Ciężar milczenia
Pewnego jesiennego popołudnia wieś tonęła w deszczu. Droga prowadząca do starego młyna zamieniła się w pasmo błota, a wiatr niósł zapach wilgoci i gnijących liści.
Kalina szła szybko, z kapturem naciągniętym na głowę. W oddali majaczyły ruiny budynku, który od lat stał pusty. Mówiono, że kiedyś należał do rodziny Krasińskich, ale po pożarze nikt nie chciał tam mieszkać.
Przed drzwiami stał Kamil.
- Myślałem, że nie przyjdziesz - powiedział cicho.
- Musiałam - odpowiedziała. - Nie możemy dłużej udawać, że nic się nie stało.
Weszli do środka. Podłoga skrzypiała, a przez dziury w dachu kapała woda. W kątach zalegał brud i kurz, jakby czas zatrzymał się tu wiele lat temu.
- Pamiętasz, jak bawiliśmy się tu jako dzieci? - zapytał Kamil, rozglądając się.
- Pamiętam aż za dobrze.
Zatrzymała się przy oknie bez szyb. Krople deszczu wpadały do środka, mocząc jej twarz.
- Wtedy wszystko było prostsze - dodał.
- Nie było prostsze. Po prostu byliśmy mali i nie rozumieliśmy konsekwencji.
Zapadła cisza. Tylko wiatr świszczał między deskami.
- Powiedz wprost - odezwał się Kamil. - Obwiniasz mnie?
- Obwiniam nas oboje - odpowiedziała. - Ale to ty uciekłeś.
Kamil odwrócił wzrok.
- Bałem się. Kiedy zobaczyłem ogień... miałem w ustach smak dymu i popiołu. Nie mogłem oddychać.
- A ja? - jej głos zadrżał. - Ja zostałam sama z pytaniami. Z plotkami. Z ludźmi, którzy mówili, że to nasza wina.
Przeszedł kilka kroków w jej stronę.
- To był wypadek. Stara lampa przewróciła się, pamiętasz?
- Pamiętam też, że powiedziałeś, żeby nikomu nie mówić, że tam byliśmy.
Kamil usiadł na zniszczonej skrzyni.
- Bo wiedziałem, że nikt nam nie uwierzy.
Kalina przymknęła oczy.
- Wiesz, co jest najgorsze? Że przez te wszystkie lata nosiłam w sobie ten brud - nie na rękach, nie na ubraniu. W środku. Jakby osiadł mi w ustach, w gardle, nie pozwalając mówić prawdy.
Kamil spojrzał na nią zaskoczony.
- Myślisz, że ja nie? Każdej nocy śni mi się ogień. Budzę się z uczuciem, jakbym znów miał popiół w ustach.
Deszcz przybrał na sile. Krople bębniły o blachę jak nerwowe palce.
- Dlaczego wróciłeś? - zapytała po chwili ciszy.
- Bo mam dość milczenia. Chcę powiedzieć prawdę. Nawet jeśli będzie bolała.
Kalina wpatrywała się w mokrą ziemię za oknem.
- Prawda niczego nie cofnie.
- Nie cofnie - zgodził się. - Ale może przestaniemy żyć w cieniu tamtego dnia.
Zrobiła krok w jego stronę.
- Myślisz, że ludzie zrozumieją?
- Może nie. Ale przynajmniej my przestaniemy kłamać.
Znów zapadła cisza, tym razem mniej ciężka.
Kalina wzięła głęboki oddech.
- Dobrze. Powiemy wszystko. O lampie. O tym, że byliśmy tu sami. O strachu.
Kamil kiwnął głową.
- Razem.
Wyszli na zewnątrz. Błoto chlupotało pod butami, a deszcz obmywał twarze. Kalina poczuła, jak chłodna woda spływa jej po policzkach, mieszając się ze łzami.
- Wiesz - powiedziała cicho - może ten brud nigdy całkiem nie zniknie.
- Może nie - odpowiedział Kamil. - Ale przynajmniej przestanie nam zalegać w ustach.
Ruszyli w stronę wsi. Deszcz wciąż padał, lecz droga, choć pełna błota, wydawała się prostsza niż kiedykolwiek wcześniej.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania