Cmentarny zapisek na kolcu róży
Światło zgaszonej latarni parzyło ją w oczy. Zacisnęła drżącą dłoń w rękawiczce na kredowym papierze, który już i tak był niebotycznie zmięty. Sarknięcie samo wydarło się z jej gardła, gdy zobaczyła zmierzającą ku niej postać. Postura wątła, sylwetka jakby odebrano jej z pół duszy, za którą i ciało podążyło, lecz wciąż... wciąż ten sam uśmiech gościł na tej podłużnej twarzy. Gdyby trzeba było ocenić, co tę twarz oblało w jakimś innym, wyimaginowanym świecie - byłaby to gruba farba ironii; jednak w tym świecie - Alice nie miała tego przywileju. Wręcz przeciwnie - jej interlokutorka - już tak.
Białe jak blask księżyca włosy jak zawsze okalały jej żylaste skronie. Mimo to kobieta z listem w ręku robiła wszystko, by ustać na nogach i nie wpaść w błoto, które i tak już sięgało jej po końce wysokich kozaków. Przygryzła wargi i... czekała.
Tak po prostu - śmiała stać sam na sam, twarzą w twarz, oko w oko z istotą, przed którą i Lordowie, a niegdyś i carowie klękali. Alice mimo to nie spojrzała w dół, nie odwróciła - nie daj Bóg! - wzroku, ni kropla potu nie spłynęła jej po karku z włoskami stojącymi dęba - tylko trzymała kurczowo list w rękawiczce.
Kruk przeleciał nad ich głowami.
A świat - jak milczał, tak milczał wciąż.
Tamta w końcu otworzyła usta; wtem czarna otchłań rozwarła się przed Alice, z której cała odwaga (o ile jej poczucie odwagą nazwać można było) z nagła uleciała, nie wiadomo dokąd. Ach nie, tak naprawdę, to wiadomo, tyle że kobieta nie chciała tego sama przed sobą przyznać.
- Dlaczego?
- Dlaczego... co? - wychrypiała tamta.
- Dlaczego mi to robisz?
Nim się spostrzegła - już łkała, zataczając się od mrozu, który naznaczył niepostrzeżenie szronem wszystkie wyrzeźbione gargulce w okolicy. Teraz otrzepały się biedaczki.
-Dobrze wiesz, dlaczego - odparła i już zaczęła się obracać, by wrócić do swojego domu poprzez otchłań.
- Nie! - krzyknęła Alice. - Mam coś dl... dla niego. Mam tu list. Musisz go mu przekazać!
Zlituj się, dodała w myślach, które tamta i tak bez trudu odczytała.
Sapnięcie. Obłok pary z ust. Koścista dłoń o długich szponach wyciągnięta w jej stronę; i listu już nie było.
Świat zawirował. A gdy Al otworzyła oczy, znalazła się w ogrodzie różanym. Tyle że to nie kwiaty ją otaczały, lecz kolce z plamkami na swej powierzchni, które wydawały melodyjne jęki; jęki te się układały w melodię zwaną cierpieniem.
Alice pragnęła wybiec z tej okropnej cieśniny zgromadzonego zła, z pęt kar szatańskich, lecz wtem się boleśnie zorientowała, że jest... zaklęta? Chciała otworzyć usta, lecz ust - nie było. Usłyszała jedynie ciche parsknięcie. Głos, które je nieostrożnie wydał, znała od zawsze, jeszcze zanim zapuściła się w zaświaty, zanim zaczęła swój taniec z szatanem, zanim zaczęła targować się ze śmiercią, a nawet nim zaczęła się modlić. Bo ten głos...
Ten głos był bowiem najmilszym jej wspomnieniem ze spisanego na stratę dzieciństwa. Bo do tego głosu pragnęła się dostać, bo to jego chciała usłyszeć za każdą cenę. Ale czy ta cena - cena jej mąk przy przycinaniu przez Ogrodnika jednego pędu kolców raz dziennie - nie była aby za wysoka?
Adresat listu był tuż obok. I co najgorsze - nie śmiała nawet w jego kierunku spojrzeć. Nawet zerknięcie mogłoby ją zabić.
Ale czyż można być jeszcze bardziej martwym, niż przeżywając i cierpiąc z miłości, której nie było?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania