Cokolwiek powiesz, będzie padać deszcz

Do Düsseldorfu przyleciałem z samego rana. Odprawę celną miałem już za sobą kilka godzin wcześniej, we Frankfurcie.

— Cel podróży?

— Biznes.

Funkcjonariusz kontroli granicznej zmierzył mnie uważnym wzrokiem. Musiałem budzić zaufanie, bo na jego twarzy pojawił się wyraz sympatii. Wbił stempel do paszportu i oddał mi go bez słowa. Na postoju czekał sznur taksówek. Z tej na początku wysiadł kierowca, do bagażnika pomógł włożyć walizkę i torbę podręczną. Usiadłem obok niego.

— Hanseat Hotel, bitte.

Nic nie mówiąc, ruszył w stronę miasta. Na dworze zalegał półmrok, niebo było pochmurne, ulice mokre od deszczu. Wyprzedził kilka samochodów, zmienił pas i wjechał na most zawieszony na dwóch pylonach, wbitych w dno rzeki. Zaraz za mostem skręcił w lewo i po kilku minutach zatrzymał się przed hotelem. Spojrzałem na odczyt licznika umieszczonego u góry, pod lusterkiem.

— Poproszę o rachunek.

Zapłaciłem i schowałem pokwitowanie do kieszeni. Hotel zajmował trzypiętrową kamienicę, wkomponowaną w rząd kilku budynków stojących przy samej ulicy. Nacisnąłem dzwonek, a kiedy drzwi się otworzyły, wszedłem do niedużego przedsionka, pełniącego rolę recepcji. Po prawej stronie stał stolik, przy nim dwa fotele, z tyłu drzewko świąteczne przystrojone gustowną dekoracją. Naprzeciwko, za kontuarem siedziała recepcjonistka, wyglądająca na trzydzieści kilka lat. Szczupła, wysoka, blondynka, chyba nieco tleniona. Na mój widok odłożyła książkę i wstała z krzesła.

— Ach, Herr... — tu wymieniła moje nazwisko. — Jak pański lot?

— Dziękuję, nie najgorzej.

Położyła przede mną arkusz papieru, a obok klucz przytwierdzony do dużego, mosiężnego stożka, zakończonego czerwonym pomponikiem.

— Proszę tylko tu podpisać.

Podpisałem i wziąłem klucz. W hotelu nie było chłopców do posyłek, ani windy i musiałem taszczyć bagaż po wąskich, krętych schodach na drugie piętro. Przekręciłem klucz w zamku, pchnąłem drzwi i wszedłem do niedużego przedpokoju. Po prawej stronie znajdował się pokój ze świeżo pościelonym łóżkiem na dwie osoby, skórzanym fotelem i szafką, na której stał telewizor. Zamknąłem okno, zasunąłem zasłony, podkręciłem kaloryfer. Dochodziła dziesiąta, lecz przez firankę przebijały tylko skąpe promienie światła. Zapaliłem lampkę na biurku. Z walizki zacząłem wyjmować rzeczy i układać w szafie. Spodnie i koszule na wieszakach, resztę na półkach. Kiedy skończyłem, wszystko co miałem na sobie zrzuciłem na podłogę i wszedłem do łazienki. Odkręciłem prysznic z gorącą wodą. Jakaż ulga! Dwadzieścia pięć godzin w podróży, na końcówce chyba byłem już nie pierwszej świeżości. Ogoliłem się, umyłem zęby i okryty samym ręcznikiem, położyłem na łóżku. Przedtem upewniłem się, czy zamknąłem drzwi. Włożyłem klucz od środka, przekręciłem dwa razy. Zegarek wciąż miałem na ręku. Dotknąłem pokrętła, wskazówki cofnąłem o dziesięć godzin. Z ulicy dochodził przytłumiony odgłos tramwajów, z pokoju śniadaniowego na dole, aromat rogalików i świeżo zaparzonej kawy. „Ach, Europa” — westchnąłem i zasnąłem.

 

Było już ciemno, kiedy się obudziłem. Zły, że zmarnowałem tyle czasu, ubierałem się w pośpiechu. Z kieszeni torby, w której trzymałem skórzane rękawiczki, wypadła prostokątna karteczka. Podniosłem ją, przez chwilę obracałem w palcach, po czym usiadłem na brzegu łóżka. Przysunąłem telefon, podniosłem słuchawkę i wykręciłem numer. Odpowiedział mi długi sygnał, a po nim głos z taśmy: „Panna Kate Euler jest nieobecna. Proszę zostawić...”. Odłożyłem słuchawkę i zszedłem na dół. Na recepcji siedziała kobieta, której przedtem nie widziałem. Była sporo młodsza od jej poprzedniczki. Ufarbowane na węgiel włosy, brązowe oczy, opalona bardziej niż ja, jakby jeszcze dzisiaj wróciła z Wysp Kanaryjskich. Sięgnąłem ręką po jedną z parasolek w kuble, stojącym przy drzwiach.

— Jak sądzisz, będzie padać?

Namyślała się przez chwilę, po czym odpowiedziała powoli, z silnym akcentem:

— To jest tak. Jeśli weźmiesz parasolkę, to nie będzie padać, a jeśli nie...

Nie czekając aż skończy, wepchnąłem parasolkę z powrotem. Oddałem jej klucz od pokoju, pociągnąłem za klamkę i wyszedłem na ulicę. Uderzył mnie przenikliwy chłód. Postawiłem kołnierz, na głowę włożyłem wełnianą czapkę. Jeszcze dwa dni temu kąpałem się w morzu, a tu taka zmiana. Przeszedłem plac, minąłem przystanek tramwajowy i podążałem lewą stroną ulicy, w kierunku miasta. Jazda tramwajem zabrałaby sześć minut, ale po godzinach siedzenia w samolocie, potrzebowałem ruchu. Poszwendać się trochę i do hotelu wrócić zmęczonym, żeby nie mieć problemów z zaśnięciem. Skoro do tej pory Hans nie zadzwonił, widocznie nie ma go w domu i spotkamy się jutro w biurze. Aleja, którą szedłem, wysadzana była z obu stron efektownymi platanami. Na grubych pniach kołysały się cienkie, długie gałęzie, pozbawione liści. W lutym je zetną, żeby zrobić miejsce dla tych, co wyrosną na ich miejscu. Na końcu alei wszedłem na most, pod którym ścieliły się uśpione łąki, szarą łachą piachu i żwiru oddzielone od ledwie widocznej, szerokiej wstęgi rzeki. Idąc przy samej barierce miałem wrażenie, że szybuję wysoko w powietrzu, a razem ze mną unoszą się światła jadących samochodów. Na dźwięk dzwonka usunąłem się na bok, żeby zrobić miejsce dla kobiety przelatującej rowerem. Zaczynało siąpić. Po kilku minutach dotarłem do budynku latarni na drugim brzegu. Wznosił się przy skwerze, z którego promieniście rozchodziły się wąskie uliczki, wyłożone granitową kostką. Między nimi stały rzędy kamieniczek, dobrze utrzymanych, o nienagannej elewacji. Dominowały kolory żółty i beżowy. W oddali wystrzelała ku niebu wieża o wysokości sześćdziesięciu pięter, pełniąca funkcję nadajnika telewizji. Na jej szczyt wjechałem w towarzystwie koleżanki z pracy, która oprowadzała mnie po mieście kilka lat temu. Kiedy skończyliśmy oglądać panoramę, wskazała na niewysoki budynek z czerwonej cegły.

— W tym gmachu mieściło się Gestapo. Amerykanie zburzyli wszystko dookoła, ale w kwaterę policji nie uderzyła ani jedna bomba — zaśmiała się, bez cienia zażenowania na twarzy.

Ze sposobu oświetlenia wieży można było odczytać czas z dokładnością do sekundy. Rolę wskazówek pełniły czerwone światełka. U samej góry godziny, niżej minuty i sekundy. Zatrzymałem się, żeby je policzyć. Gdy wybijał kwadrans, wieża mrugała, niczym świąteczna choinka. Jeszcze raz spojrzałem na zegarek, sprawdzić czy się nie pomyliłem. Obszedłem dookoła nieduży basen załadunkowy za wieżą, chwilę postałem na kładce przerzuconej nad wejściem do portu. W tym miejscu rzeka wykonywała gwałtowny zakręt, nadając zachodniej części miasta malowniczy charakter. Bokiem, gdzie prąd był mniej porywisty, płynęły dwie barki, szczepione jedna za drugą, obydwie po brzegi załadowane węglem. Z tyłu drugiej barki, na niedużym podeście stał samochód. Na rufie powiewała bandera, a pod nią widniała nazwa portu macierzystego: ANTWERP. Barki przepływały tak blisko, że w oknach kabiny mogłem dostrzec białe firaneczki i doniczki z kwiatami.

Od chodzenia chłód odszedł mi zupełnie, rozluźniłem szalik pod szyją, lecz czapki nie zdejmowałem. Postanowiłem przejść na dworzec główny, dwadzieścia minut piechotą. Po drodze, z rożna schwyciłem bułkę z kiełbasą, polaną musztardą. Jak zwykle o tej porze przed dworcem kręciło się sporo ludzi, mówiących w różnych językach. Z boku, przy ulicy stały zaparkowane autokary. Od razu rzucił mi się w oczy napis na szybie jednego z nich: ELBLĄG. W hali dworcowej zajrzałem do księgarni, czy nie mają najnowszych czasopism z Polski, potem schodami wjechałem na peron. Ten sam, na którym wysiadałem z pociągu, kiedy przyjechałem tutaj pierwszy raz. Po przeciwnej stronie, blisko nasypu z torowiskiem, wyrastała kilkupiętrowa kamienica. W jasno oświetlonych oknach bez firanek, wdzięczyły się panie, hojnie obdarzone przez naturę i ubrane jedynie w nocną bieliznę. Przy każdym oknie namalowany był numer, dobrze widoczny z okien przejeżdżających pociągów. Wybrałem jedenastkę, bo miała twarz niewinnej dziewczyny. Na torze obok z piskiem zatrzymał się długi pociąg. Za jedenaście godzin byłbym w domu. Wystarczyło wsiąść, stanąć w korytarzu i zaczekać do odjazdu. Kiedy pociąg ruszył, ręką pomachałem temu co odjechał, a temu co został na peronie kazałem iść w stronę wyjścia na Heinrich-Heine-Platz. Było tam jeszcze więcej ludzi niż przed dworcem. Przeszedłem na drugą stronę torów tramwajowych i stanąłem u wylotu wąskiej uliczki, zagrodzonej trój-poziomową rotundą. Na dole bufet, za nim duże, cynowe baniaki z grzanym winem, w każdym baniaku wino o innym smaku. Dwa wyższe poziomy zdobiły figury aniołków, bałwanów, pasterzy i innych postaci związanych ze świętami. Górę wieńczył wiatrak, u jego boku urządzenie o podłużnym kształcie, którego funkcji nie potrafiłem odgadnąć. Podszedłem do lady i zamówiłem szklankę Glühwein mit Amaretto. Ostrożnie, żeby nie rozlać, wycofałem się pod wystawę sklepu jubilerskiego, ponieważ przy rotundzie robiło się coraz tłoczniej. Popijając wino, oglądałem kolekcje niezliczonych pierścionków, kolczyków, bransoletek, z których niektóre kosztowały więcej niż moje roczne zarobki. Poczułem wewnętrzne ciepło i zrobiło mi się przyjemnie. Brakowało tylko jednego. Nagle, jakby na moje życzenie, zaczął prószyć śnieg.

— Ale tu zajebiście! — usłyszałem po polsku.

Odwróciłem się i zobaczyłem dwie dziewczyny. Stały tu dłuższą chwilę, lecz nie zwracałem na nie uwagi. Może tym autokarem wracają do Elbląga? Odniosłem pustą szklankę, odebrałem kaucję i zdecydowałem się wracać, bo włóczenie się samemu po mieście nie wprawiało w najlepszy nastrój. Na moście dopadł mnie deszcz, zacinający z ukosa. Zarzuciłem kaptur na czapkę, wciąż suchą pod spodem. Po kilkunastu minutach byłem w swoim pokoju. Podniosłem słuchawkę, ale w ostatniej chwili się rozmyśliłem. Rozebrałem się, zgasiłem światło i wskoczyłem do łóżka.

 

Tydzień w pracy zleciał prędko i przyjemnie. Następnej niedzieli wstałem wcześnie i o siódmej zszedłem na śniadanie. O tej porze w pokoju jadalnym nie było nikogo. Usiadłem z tyłu, przy ścianie, żeby mieć widok na drzwi wejściowe, oraz mały ogródek z boku. Lało całą noc i nie zanosiło się, że przestanie. Zaparzyłem zielonej herbaty w filiżance, a zanim ostygła, wypiłem szklankę soku grejpfrutowego, jeszcze jedną. Pokusiłem się o kilka chrupiących bułeczek, kromek czarnego chleba, z serem, łososiem, salami, bo dawno nic takiego nie jadłem. Czułem, że wciąż mam popękane usta, dlatego wychodząc skubnąłem pietruszki, przyozdabiającej talerze z delikatesami. Poszedłem na miasto, tę samą trasą co tydzień temu. Zrobiłem kilka zdjęć nad rzeką, w Alter Bahnhof, nad szklanką ciemnego piwa rozmyślałem, co robić dalej. Gdybym jeszcze raz przeszedł promenadę, okrążył martwe wody starego portu, czy udałoby mi się ją spotkać? Wpatrując się w dziwaczną maszynerię do warzenia piwa, stojącą pod ścianą, usiłowałem przypomnieć sobie ten dzień.

 

Czas się cofnął o dwa lata. Przyjęcie noworoczne w austriackiej restauracji w Oberkassel, kilka przystanków tramwajem z hotelu. Jak w każdy piątek, większość skończyła wcześnie, tylko mnie coś ważnego zatrzymało w biurze do szóstej. Przyjęcie zaczynało się godzinę później. W chwili gdy dotarłem na miejsce, Hans wygłaszał już mowę świąteczną. Żeby mu nie przeszkadzać, stanąłem z tyłu, tak aby się nie rzucać w oczy. Czułem się zmęczony, przez chwilę chciałem być sam, dlatego upatrzyłem sobie wolny stolik z boku sali. Poczęstowałem się kieliszkiem powitalnego szampana i odpowiadając zdawkowym uśmiechem na pozdrowienia znajomych, cierpliwie czekałem, aż wszyscy wykonają pierwszą rundę po bufecie. Gdy się rozluźniło, nałożyłem sobie kilka dań — na początek sznycel Esterházy, specjalność zakładu, oraz pierś z dzikiej gęsi, na które właśnie był sezon. Wracając zauważyłem, że przy moim stole siedzi jakaś dziewczyna. Postawiłem talerze, ona poderwała się z miejsca i z wielkim fasonem podała mi rękę.

— Katharina Euler.

Powiedziała to w sposób, jakby ubijała ze mną interes na ćwierć miliona euro. Przedstawiłem się i nim usiedliśmy zdążyłem uchwycić, że jest bardzo wysoka, jak na kobietę.

— Mam nadzieję, nie masz mi za złe, że się przysiadłam.

— Skądże, Katha...

— Mów mi Kate.

Wyrażała się płynnie po angielsku, z amerykańskim akcentem, ledwie wyczuwalnym. Z twarzy nie schodził jej uśmiech, z oczu przebijał entuzjazm przemieszany z autentycznym zaciekawieniem. Poczułem nagły przypływ sił, jakbym był sflaczałą dętką, w którą pompują powietrze.

— Kate, dobrze. W takim razie, czego się napijesz?

— Tego, co ty. — Pokazała ręką na pustą szklankę.

Z dziewczyną w jej wieku wszystko jest takie proste. Przyniosłem dwa piwa, stuknęliśmy się szklankami.

— Skąd tak dobrze znasz angielski?

— Studiowałam na uniwersytecie Yale, dwa lata.

— A teraz?

— Wydział prawa na tutejszej uczelni.

Po takim początku, świat nie może mieć granic — pomyślałem i z podziwu kiwnąłem głową.

W odpowiedzi uśmiechnęła się, jeszcze przyjemniej niż za pierwszym razem.

— Ty też pewnie nie marnujesz czasu.

Nim zdążyłem odpowiedzieć, dodała:

— Christian namawia mnie, żebyśmy w lutym spędzili tam wakacje. Ale ja tak bardzo się boję rekinów, pająków i węży.

Zapomniała o krokodylach. Christian to był najstarszy syn Hansa.

— Świetny pomysł. Długo znasz Christiana?

— Oczywiście, to mój chłopak.

Kiepski układ. Przyjęcie świąteczne spędzać z dziewczyną syna mojego szefa.

— Nie lepiej, żebyś teraz była z nim?

— Przecież on cały czas zajęty jest rozmową z kolegami. — Odwróciła się i wskazała na stolik, przy którym siedział. — Gdyby nie ty, nie miałabym się do kogo odezwać.

— To dlatego, że o pewnych sprawach nie da się rozmawiać w biurze.

— Ach, dajcie spokój, przecież ten wieczór jest tylko raz w roku.

Miała rację, choć niezupełnie, bo takie wieczory zdarzają się tylko raz w życiu, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałem.

— Teraz moja kolej.

To mówiąc wstała i podeszła do baru z alkoholem. Była nie tylko wysoka, ale nadzwyczaj zgrabna i poruszała się z wdziękiem. Blond włosy, proste, równiutko przycięte, opadające na plecy. Niebieskie oczy i usta pomalowane czerwoną szminką, o łagodnym odcieniu. Na sobie miała dopasowaną, satynową sukienkę z wzorami, jak na atłasowej tapecie, odsłaniającą kolana, lecz wystarczająco długą, żeby pobudzać wyobraźnię. Pełna powabu, w dodatku ambitna. Christian urodził się pod szczęśliwą gwiazdą.

— Czemu wybrałaś prawo? — spytałem gdy usiadła.

Nie byłem tego aż tak ciekaw, lecz nic innego nie przychodziło mi do głowy.

— Tradycja rodzinna.

— Rodzeństwo masz?

— Nie mam, dlatego we mnie cała nadzieja.

— Czyli, był to nie twój wybór?

Roześmiała się, jakbym przyłapał ją na jakimś drobnym szachrajstwie.

— W pewnym stopniu.

— Do tego nosisz nazwisko słynnego matematyka... Może to twój krewny?

— Nie sądzę, ale teraz jestem pewna, że mnie nie zapomnisz.

— Nie zapomnę, ale z zupełnie innej przyczyny.

Słysząc to, odstawiła szklankę i wbiła we mnie zaintrygowany wzrok.

— Jakiej?

— W życiu nie spotkałem kobiety, która byłaby równie atrakcyjna, co taktowna, bezpośrednia i niepretensjonalna. To rzadkość.

Moja odpowiedź trochę ją przygniotła, bo się nie odezwała. Spuściła wzrok i łyżeczką kręciła w pustym talerzyku po tiramisu. Ja milczałem również, szukając sposobu na przełamanie bariery, którą sam nieopatrznie stworzyłem. Pomogła mi, zmieniając temat.

— Bardzo tęsknisz za żoną i dzieciakami?

Czułem się zaskoczony tym pytaniem.

— Skąd tyle o mnie wiesz?

— Od Christiana. Jest zachwycony twoim zaangażowaniem i przy każdej okazji zanudza mnie szczegółami waszych projektów. Już dawno chciałam cię poznać.

— Jasne, teraz rozumiem — odrzekłem mimochodem, bo całą uwagę pochłonęło to, co powiedziała na końcu.

— Masz ich zdjęcie?

Podałem jej fotografię, którą nosiłem w portfelu.

— Najstarsza córka, ile ma lat?

— Jedenaście.

— A co chce pod choinkę?

Przed każdym wyjazdem pytałem się córki, co jej przywieźć i zawsze spełniałem jej życzenie. Tym razem jednak, nie byłem pewien, czy to odpowiedni prezent.

— Nie mów tylko, że szwajcarski scyzoryk.

— Dokładnie! Jak na to wpadłaś?

— Bo w jej wieku, też chciałam, żeby ojciec mi to podarował.

— Ale czemu akurat nóż?

Kate się zawahała, jakby miała zdradzić tajemnicę, którą mógłbym kiedyś wykorzystać przeciwko niej. Gdyby była w moim wieku, skłamałaby, lecz dla niej kłamstwo nie miało jeszcze żadnej wartości.

— Pewnie chce zaimponować tatusiowi.

A widząc, że nie daję się przekonać, powiedziała zabawnie pouczającym głosem:

— Nie martw się, wyrośnie z tego. Tylko naucz ją, żeby się nie skaleczyła.

 

Czas mijał, alkohol przełamywał bariery. Ludzie zmieniali miejsca, żeby móc porozmawiać ze sobą w beztroski sposób, do czego nie mieli okazji na co dzień. Większość kobiet była w towarzystwie. Nie licząc kilku, znałem wszystkie z nich. Niektóre były po rozwodzie, inne żyły samotnie długi czas i dopiero po latach znalazły sobie partnera. Były i takie, które z nikim się nie wiązały na dłużej. Jednak z żadną nie rozmawiało się tak miło i swobodnie, co z Kate.

— Jak się masz?

— Nieźle. A ty?

— Nie najgorzej

— No to fajnie.

Na tym rozmowa najczęściej się kończyła. Nie było w nas ognia wykrzesanego tą iskrą bożą, z którą się urodziliśmy, z upływem czasu zamienialiśmy się w pogorzelisko. Do stołu przysiadł się Hans z żoną. Jak zawsze był miły i bezpośredni, wzbudzający respekt tym co stworzył, inspirujący, jakimś niepojętym sposobem przyciągający ludzi na długie lata, choć lepsze perspektywy wielu znalazłoby gdzie indziej. Kate przeprosiła nas i zaczęła krążyć po sali. Zauważyłem, że rozmawia z kolegami Christiana, zwłaszcza z jednym, którego nie znałem i nigdy nie widziałem w biurze. Wyglądał na takiego co lubi dobrze się zabawić, a Kate nie szczędziła mu uśmiechów, ani zalotnych spojrzeń. Z pewnym zaskoczeniem uświadomiłem sobie, że jej zachowanie zaczyna mnie denerwować. Hans i jego żona pożyczyli mi wesołych świąt i przeszli do stołu obok. Usiadłem przy barze, tyłem do sali i poprosiłem o kieliszek czystej. Nim zdążyli podać, Kate wskoczyła na sąsiedni stołek, niczym dobry duch z nieba.

— Chowasz się przede mną i pijesz sam?

Zamówiłem to samo dla niej. Barman zdziwił się trochę, bo Niemcy mieli paskudny zwyczaj psuć wódkę sokiem, ale podał bez słowa. Wypiła po ułańsku, jednym wrzutem.

— No i jak?

— Super.

Skinęła, żeby nalał nam jeszcze po jednym.

 

Sala pustoszała, najwięcej ludzi stało przy drzwiach, czekając na taksówki, które zawiozą ich do domu.

— Jadę z Christianem do Altstadt, napić się anyżówki. Przyłączysz się?

Rozsądniej byłoby wrócić do hotelu, złapać kilka godzin snu. Z samego rana miałem samolot do Warszawy. Ale, że uśmiechała się słodko, puszczała kocie oczy, dałem się namówić. Christian miał już nieźle w głowie, za kierownicą usiadła Kate, bo była najmniej pijana z nas trojga. Na szczęście dochodziła północ, ulice opustoszały i szybko znalazła miejsce na parking. Christian nagle poczuł się głodny, jakby w restauracji nie było co jeść. Zaprowadził nas przed mały sklep z szyldem 'Schweine Brötchen'. Wewnątrz, na otwartym ogniu piekły się duże kawały mięsa, za ladą uwijało się dwóch sprzedawców w białych fartuchach. Znowu zaczynało kropić. Christian zapłacił i podał mi ogromną bułę z wieprzowiną. Smakowało trochę jak polska golonka, bo sprzedawcami i właścicielami byli bracia z Serbii. Nigdzie indziej nie można było zjeść specjału równie dobrego.

 

Chociaż Melody Bar czekał na nas niedaleko, nie śledziłem drogi i nigdy więcej nie udało mi się tam trafić. Do środka prowadził wąski korytarz, obok niego długi kantor, za nim mozaika kolorowych butelek i szkła. Stylizowany na epokę Jamesa Deana, był ulubionym miejscem spotkań nowej generacji ultra wrażliwych ludzi. Rozmawialiśmy o osobliwościach życia, serwowałem ciekawostki z Polski, nagle Kate zapragnęła odwiedzić Gdańsk. Zaczynała pleść bzdury, ale Christian nie zwracał na to uwagi, bo sam ledwo kontaktował. Wyszedłem do łazienki, a kiedy wróciłem zobaczyłem, że siedzi bez ruchu, z głową opartą na ladzie. Kate mówiła do niego coś po niemiecku, nie reagował.

— Muszę go zawieźć do domu. Pomóż mi, proszę.

Christian był ode mnie wyższy, ale ja miałem korzystniejszy stosunek masy. Złapałem go chwytem jakim strażacy wynoszą ofiary z pożaru i zaniosłem do samochodu. Kate otworzyła drzwi, odsunęła siedzenie i położyliśmy go z tyłu. Z torebki wyjęła swoją wizytówkę.

— Gdy przyjedziesz następnym razem, koniecznie zadzwoń do mnie.

Mówiła to w sposób jakby chciała mi coś wyznać. A widząc, że nie traktuję jej słów poważnie, powtórzyła:

— Kiedy tylko zechcesz, naprawdę.

Pocałowała mnie w policzek, jakbym był jej tatusiem. Nim zdążyłem ochłonąć, włączyła silnik i po chwili BMW Z3, którym jechała, zniknął na światłach za skrzyżowaniem.

 

Tyle udało mi się zapamiętać. Wróciłem do hotelu, wykręciłem numer, moment później w słuchawce usłyszałem jej głos:

— Hallo, wer spricht?

Kate, to ja. Ten facet, z którym przegadałaś całe przyjęcie w Kitzbüheler Stuben, pamiętasz? Chciałem jej to powiedzieć, lecz nie mogłem wydobyć słowa.

— Wer ist es? Bitte mach keine dummen Witze.

Odłożyła słuchawkę. Wstałem z fotela, podszedłem do okna. Na dworze padało.

 

W dniu wyjazdu, o piątej rano obudził mnie alarm komórki. Spakowałem się i zszedłem na dół. Na recepcji zastałem blondynkę, tę która przywitała mnie pierwszego dnia.

— Ach, Herr... jak te dwa tygodnie szybko minęły. Zamówić taksówkę?

Stanąłem w korytarzu i przez szybę w drzwiach spoglądałem na mokrą jezdnię odbijającą światła ulicznych latarni. Po pięciu minutach przyjechała taksówka.

— Który terminal? — zapytał kierowca.

— Lufthansa.

Ruszył ulicą, przez pusty plac. Na moście włączył wycieraczki. Odwróciłem głowę w kierunku wieży, pobłyskującej światłami, w oddali, za rzeką. Patrzyłem na nią długo, w zamyśleniu, jakbym widział ją ostatni raz.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (39)

  • Tjeri 2 miesiące temu
    Po takim tytule, to nawet, gdybyś tu umieścił przepis na sałatkę makaronową, podobałoby mi się...

    Ten tekst jest nieco inny, od tych co czytałam u Ciebie poprzednio. Nie potrafię do końca powiedzieć dlaczego.
    Na pewno ciut bardziej statyczny, opisowy i mniej dygresyjny. Reszta mi ucieka.

    Niby drobiazgowo opisujesz, a jednak króluje tu niedopowiedzenie. Czuć tęsknotę za... No właśnie. Nie do końca pewna jestem za czym. Jakby bohater mentalnie stał pod budynkiem latarni (którą opisywał), patrzył na "promieniście rozchodzące się wąskie uliczki" i widział się na każdej z nich, ale jednak stał w miejscu... Jakieś rozliczenia, policzenia, kalkulacje. A wszystko ukryte pod sznyclem, deszczem i piwem.

    Jest w tym tekście sporo pod literami. Piękne pisanie.
    Gdzieś tam jakieś powtórzenie mi mignęło i jakiś inny drobiazg, ale to bajka.
    Gratuluję kolejnego Tekstu.
  • Tjeri 2 miesiące temu
    "Do Düsseldorf przyleciałem z samego rana." - to jeno wymienię, bo jednak drażni ten brak odmiany "Düsseldorf".
  • Narrator 2 miesiące temu
    Cieszy mnie, że się Tobie podobało. Pisane z perspektywy człowieka, który połowę życia spędził w podróży, w domu był gościem. Do tego podoba mi się Twoja analiza. Potrafisz dostrzec więcej niż zamierzałem pokazać, to cieszy najbardziej :)

    Ach, "Düsseldorf" — nie odmieniałem, bo zależało mi na obcojęzycznym brzmieniu.
  • Tjeri 2 miesiące temu
    Narrator ano domyślam się, że specjalnie. W dialogu ta obcość byłaby ok. A tak nie wiem, czy w zasadzie nie jest to błąd językowy.
  • Tjeri 2 miesiące temu
    Narrator
    Teraz doczytałam: "Potrafisz dostrzec więcej niż zamierzałem pokazać, to cieszy najbardziej :)"
    Super komplement dla komentatora :))
  • Narrator 2 miesiące temu
    Tjeri Naprawdę, powinnaś rozważać dodatkową pracę jako krytyk literacki (nie umniejszając własnej twórczości).
  • cos_ci_opowiem 2 miesiące temu
    Będzie ciąg dalszy?
  • Narrator 2 miesiące temu
    Będzie, ale tylko w tym sensie, że w kółko piszę o jednym i tym samym.
  • laura123 2 miesiące temu
    Przy takim Twoim pisaniu, to wstyd swoje wypociny publikować... dopracowane wszystko na perfekt, najmniejsze szczegóły wypieszczone jak panna młoda w noc poślubną. Co prawda wolałbym więcej jakichś akcji... żeby bohater był bardziej ludzki, a nie chodzący po mieście ideał, bardziej niegrzeczny chlopak. Z klasą, ale trochę szalony...
    Niemniej tekst świetny 5
    Pozdrawiam.
  • Narrator 2 miesiące temu
    No, wystarczy już tej samokrytyki. Skromność była dobra za czasów socjalizmu. Teraz wszystko musi się świecić jak milion dolarów, bo inaczej tego nie sprzedasz. Pięknie piszesz ty, Tjeri, Szpilka, oraz wiele innych osób. Za każdym razem kiedy ciebie czytam, wyrzucam sobie, czemu mnie coś takiego nigdy nie przychodzi do głowy. Czy przypadkiem nie jest to kompleks smaczniejszych gruszek za płotem u sąsiada?

    A co do akcji — mam dość zawiści, agresji, przemocy, dlatego staram się opisywać rzeczywistość nie taką jaka jest, ale taką jaką chciałbym, żeby była. Ale jeśli naprawdę jesteś spragniona krwawych scen, może coś wymyślę :)
  • laura123 2 miesiące temu
    Aleś wymyślił... ja znam swoje ograniczenia i gdybym nie miala poczucia humoru, to bym ubolewala nad sobą, także proszę grzecznie - nie przeginaj.

    A z tą akcją, wymyśl, uwielbiam mocne akcenty. Chociaż podoba mi się Twoje podejście, czyli patrzenie na świat w różowych okularach... jest to jakiś sposób na często brutalną rzeczywistość.
  • Narrator 2 miesiące temu
    To, że znasz swoje ograniczenia, nie oznacza, że nie możesz stworzyć arcydzieła. Wprost przeciwnie — prawdziwy artysta jest świadom granic własnej sztuki, kto to powiedział?
  • laura123 2 miesiące temu
    Nie wiem, kto?
    Gdybym musiała strzelać, to może Jan Paweł II?
  • Narrator 2 miesiące temu
    Jan Paweł II był autorem wielu mądrych sentencji, możliwe również tej wspomnianej. Mnie akurat utkwiło w głowie, to co powiedział podczas wizyty apostolskiej w Gdyni, w roku 1987: „Solidarność — sposób bycia wielości w jedności” (może używając nieco innych słów).
  • Józef Kemilk 2 miesiące temu
    Przyłączam się do zachwytów Laury. Fajny tekst, płynnie się czyta. A gdybyś czasem dodał nieco grozy, byłoby wspaniałe. Może napiszesz jakiś thriller? Masz super opisy, nieco zniekształcić sposób postrzegania, a klimat sam powstanie.
    5
  • Narrator 2 miesiące temu
    Niestety, dreszczowce to nie moja specjalność, choć owszem, lubię je czytać. Dziękuję za ten wyróżniający komentarz, tym bardziej, że twoje pisanie jest tutaj doceniane przez wiele osób, od wielu lat :)
  • Józef Kemilk 2 miesiące temu
    Narrator dzięki serdeczne👍
  • Tjeri 2 miesiące temu
    Cholerka, dla mnie tu nie ma różowych okularów, przeciwnie. I dzieje się sporo, tyle że pod literą. Teraz się zastanawiam, czy odbieram przez pryzmat nastroju swojego bardziej, czy faktycznie widzę co widzę.
    Taka dygresja, nie liczę na rozwiązanie :), wiadomo, że każdy patrzy inaczej.
    Jeszcze dwa drobiazgi, z czego jeden to bardziej pytanie, czy dobrze myślę, bo co do przecinków moja wiedza jest licha.
    "Hotel zajmował trzypiętrową kamienicę, wkomponowaną w rząd kilku budynków stojących przy samej ulicy."
    Chodzi mi o ewentualny przecinek przed "stojących".
    Druga rzecz, to bardziej dyskomfort dla ucha niż uchybienie:
    "Nacisnąłem na dzwonek, a kiedy drzwi się otworzyły, wszedłem do niedużego przedsionka"
    "Nacisnąłem dzwonek".
    Wczoraj widziałam jeszcze jakieś powtórzenia, ale dziś kryją się skutecznie, to może i coś mi się pomyliło.
  • Narrator 2 miesiące temu
    Ach, co ja bym bez ciebie zrobił? Chyba muszę pomyśleć o ufundowaniu jakiejś nagrody za darmowe, bezstronne odrobaczanie moich tekstów. Wczasy w Puszczy Jodłowej, lub coś w tym stylu.

    „Nacisnąłem na dzwonek” - ewidentna pomyłka. Pisząc to, chyba musiałem być czymś nabuzowany.
    Co do tego przecinka, nie jestem pewien. Zmuszasz mnie do odświeżenia znajomości zasad interpunkcji, co zrobię z przyjemnością.

    Zachęcam do wyszukiwania dalszych błędów. W życiu często byłem bity; jeden kopniak więcej nie zrobi mi różnicy :)
  • Tjeri 2 miesiące temu
    Narrator hahaha (chyba)
    To jak znajdziesz coś o tym przecinku, daj znać. Zwrócił moją uwagę, ale z konstrukcja zdania jednak niesie wątpliwości czy słusznie. :(
  • Tjeri 2 miesiące temu
    Nie ta buźka wskoczyła...
  • laura123 2 miesiące temu
    Pisząc o rozowych okularach, nie mialam na myśli nastolatkowego piszczenia, choćby ktoś fige pokazał, tylko o umiejętność patrzenia nawet na złe strony w sposób pozytywny.
    Tyle.
  • Tjeri 2 miesiące temu
    No ja też nie miałam na myśli nastolatkowego patrzenia.
    Dla mnie po prostu wydźwięk jest bardziej smutny, pesymistyczny. Dlatego też zastanawiam się, czy to bardziej czytanie, czy mój nsstrój.
  • laura123 2 miesiące temu
    Wydźwięk taki jest, już choćby od pierwszego zamknięcia drzwi w hotelu... później te samotne spacery. No i rezygnacja z czegoś więcej, chodzi mi o Kate...
  • kigja 2 miesiące temu
    Nie podoba mi się.
  • Narrator 2 miesiące temu
    Mnie również :)
  • kigja 2 miesiące temu
    E, tam. To był żart. Tylko.
  • Jerzy 2 miesiące temu
    Moje pierwsze wrażenie. Piękny plastykowy bohater. Brak prawdziwego życia. Nuda!
  • Narrator 2 miesiące temu
    Oczywiście, że ten temat, a tym bardziej sposób pisania jest nie dla każdego. Matematyka i muzyka poważna też są nudne.
  • Jerzy 2 miesiące temu
    Muzyka poważna jest wspaniała, podobnie jak literatura.Mam wysublimowany smak i nawet w bardzo sprawnym literacko tekście wyczuwam sztuczność. Wysil wyobraźnię: każdy sprawny technicznie literat potrafi opisać Stracha na Wróble, ale już nie każdy opisze to, co on czuje podczas upału wiatru (sik!), a nawet...deszczu.Umiejętność czytania nut, nie daje gwrancji, że zagramy Chopina.Powodzenia.
  • Narrator 2 miesiące temu
    „Mam wysublimowany smak” — jakoś nie zauważyłem tego w twojej pracy. Dla mnie jest ona mało oryginalna, trywialna, na poziomie kilkunastoletniego dziecka, a jeśli już coś przeżyłeś, to masz ubogie, jednostronne doświadczenia.

    Tak ogólnie, w swoim życiu spotkałem dwa rodzaje ludzi: tych, co chcą budować, oraz tych, którym przyjemność sprawia niszczenie. Z całym szacunkiem, odnoszę wrażenie, że należysz do drugiej kategorii.
  • Szpilka 2 miesiące temu
    Narrator, Ty masz bardzo ciekawy sposób pisania i nawet gdybyś napisał o niczym, to też dobrze by się czytało. Gdzieś czytałam, że to wynika ze sposobu budowania zdań (prawostronne lub lewostronne), a nie tylko z barwnego słownictwa, jak się powszechnie uważa 😉

    Najlepszą bułę z kiełbachą jadłam w Brukseli z budy usytuowanej obok Atomium, w samym Atomium restauracja dla snobów, dlatego trzeba było się posilić na ulicy, sam zresztą wiesz, że na wyjeździe się nie wybrzydza, bo nie ma na to czasu ani ochoty, trzeba szybko brzuch napełnić i ruszać dalej 😉 Poza tym nawet w miarę dobre restauracje korzystają z cateringu albo z gotowizny w puszkach, ostatnio zamówiłam zupę węgierską w całkiem szykownej knajpce, a potem w barze przy plaży i okazało się, że i restauracja, i bar serwują zupy z puszki. Kiedyś tak nie było, knajpa miała własną kuchnię i tam warzono potrawy, ech, wszystko się zmienia, nie tylko my 😁
  • Narrator 2 miesiące temu
    Znałem znakomite miejsca w Düsseldorf, gdzie można dobrze zjeść, również w okolicy (Meerbusch–Osterath), niestety ostatni raz byłem tam w 2011, a teraz to żal patrzeć co się dzieje.

    Miło mi, że się Tobie podoba moje pisanie i masz na ten temat ciekawe spostrzeżenia, o których nie wiedziałem. Mam nadzieję, że już wkrótce będę mógł czerpać inspirację z Twoich nowych wierszy :)
  • Szpilka 2 miesiące temu
    Narrator

    Hmmm 🙂
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Przepięknie opisane. Takie opisy otoczenia, na którym opiera się całe zdarzenie, bo właściwie nie sensacyjna akcja, umiał robić tylko jeden znany mi autor dzieł portalowych, więc jeśli to Pan, Panie P.K. to pozdrawiam serdecznie, a jeśli nie, to oprócz serdecznych pozdrowień dołączam gratulacje za tak wysoki poziom.
    Jest tu wszystko, co potrzeba, żeby czytelnika przyciągnąć, zainteresować, podać mu dawke pewnych emocji, które musi sam nazwać i sam w swojej duszy odegrać, bo chociaż każdy będzie melodię znał, to odtworzy ją jedyny, niepodrabialny sposób. Tęsknota, nostalgia, projekcja marzeń, co by było gdyby, co być mogło i zrozumienie, że nic nie mogło. A jeśli marzenia są piękne, to czy aby rzeczywistość im dorówna? A jeśli wspomnienia są pięknę, to czy skonfrontowanie ich z nową rzeczywistością nie zniszczy i wspomnień i rzeczywistości?
  • Narrator 2 miesiące temu
    Niestety, nie jestem tą osobą, o której wspomniałeś, ale skoro to ktoś wyjątkowy, to czuję się tym porównaniem zaszczycony.

    Nie przywykłem do pochwał, a ty mi ich nie szczędzisz. Ale najbardziej mnie cieszy, że masz takie ciekawe refleksje. Doskonale odgadłeś moje intencje — zapis introwertyka, obiektywny świat jest ledwie rozpoznawalny, jedyna akcja rozgrywa się w umyśle bohatera. Ale czy umysł to rzeczywistość? I tak dalej. Można pisać na tyle sposobów, aż głowa boli, dlatego kocham (i jednocześnie nienawidzę) to robić, a ty mi jeszcze tym wyjątkowym komentarzem dodajesz bodźca. Serdeczne dzięki :)
  • Jerzy 2 miesiące temu
    Każdy pisać może...
  • Szpilka 2 miesiące temu
    Ale nie każdego chce się czytać, a Narratora i owszem 😁
  • Jerzy 2 miesiące temu
    Uwaga! Nie mialem czasu...napisałem dużo. Kumasz.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania