Coś wspaniałego
W życiu najczęściej bywa tak, że najpiękniejsze dzieła i rzeczy największe powstają przez przypadek i są splotem nieprzewidzianych czynników i okoliczności.
Mały Albercik urodził się na północy kraju z ogromnymi tradycjami, który całe wieki trząsł zarówno Europą zachodnią, jak i wschodnią. Chłopiec miał niebywałe szczęście i pierwszy roczek przeżył wśród propagandy sukcesu. I choć czynnikom antypolskim udało doprowadzić się do wybuchu w Rotundzie, a zima stulecia i kolejki w sklepach dały się wszystkim we znaki, to Polacy nie stracili wewnętrznej siły i niezmiennie mieli nadzieję na lepsze jutro.
Punktem kulminacyjnym tego okresu był wybór niejakiego Wojtyły, syna Emilii i Karola, a szok, który przyszedł potem, dodatkowo zahartował młodego obywatela. Albercik wraz z innymi przeżył czas apokalipsy, poczuł strach ludzi uczestniczących w wypadkach na wybrzeżu i na własnej skórze zobaczył, jak to jest, gdy brakuje wszystkiego i politycy bawią się w wojenkę. To chyba najlepsze określenie na tamte straszne czasy, a to dlatego, bo choć wielu dobrych i prawych ludzi cierpiało lub ginęło, i choć wszędzie straszyły czołgi i koksowniki, to grzyb atomowy na szczęście nie spopielił Europy.
To było ważne, jednak nie najważniejsze w życiu chłopca.
Wszystko, co istotne dla historii ludzkości, zapoczątkowane zostało niezbyt romantycznie, bo od zatrzymania przenośnika węgla w elektrociepłowni Żerań. Awaria nie była niczym nowym w gospodarce sterowanej centralnie. Stare, spracowane urządzenie wiele razy miało przeróżne problemy, tym razem jednak wygięło się w ważnym miejscu milimetr za dużo i nieodwracalnie zakończyło współpracę z systemem.
Gdy przenośnik zastrajkował, zabrakło paliwa w kotle tuż obok, ten stracił temperaturę i nie zamieniał już wody w parę, a podłączona do niego turbina zaczęła zwalniać, nie wytwarzając prądu, który przestał płynąć do pobliskiego zakładu produkcji leków.
To był pierwszy element całej układanki.
Drugim okazał się robot przemysłowy NX56, który znajdował się na linii szczepionek. Został on zakupiony przez firmę państwową i pracował właściwie bezawaryjnie, co dało argument racjonalizatorom, którzy powiedzieli, że ze względu na koszty licencji nie dostanie aktualnego programu. To było częste w jedynym słusznym systemie politycznym, w którym kupowało się coś z pierwszego obszaru dewizowego, ale nie dbało o wsparcie. Właśnie to nieszczęście stało się z NX56, który zimowego wieczora przez ćwierć sekundy zasilany był o połowę mniejszym prądem. W tym czasie nie zdążyły jeszcze załączyć się akumulatory awaryjne. Krótka jak błyskawica chwila wystarczyła, żeby w prymitywnym mózgu elektronowym zmniejszeniu uległy wartości dwóch komórek pamięci, stanowiących element programu dozującego składniki szczepionek. Wartości były kopiowane z bufora do bufora i tego wieczora zostały źle ustawione tylko jeden raz, a stary prymitywny program nie skorygował tego ani nie zgłosił żadnego wyjątku.
Cały skok napięcia został oczywiście wykryty i zapisany na taśmie magnetycznej, ale brak fachowego nadzoru i kontroli tego, czy NX56 mógł źle zadziałać, spowodował, że stworzonych szczepionek nie wyrzucono profilaktycznie do kosza.
To był kolejny element tej układanki.
Był jeszcze jeden, czyli cząsteczki promieniowania kosmicznego, które przeniosły i zamknęły w fiolkach drobiny nieznanej w tym wszechświecie substancji.
Na końcu łańcucha zdarzeń stała gruba pani Krysia w białym fartuchu, która pewnego pięknego marcowego dnia wyciągnęła z lodówki kilka niepozornych buteleczek. Zadziało się to w przychodni w Gdańsku, a fiolki zostały przygotowane dla dzieci, które tego dnia powinny być zaszczepione. Pani Krysia miała raczej słabowity wzrok i nie zauważyła, że poszczególne dawki mają inną barwę. Było to dziwne, bo zdecydowanie wyglądała na kobietę, a te zazwyczaj odróżniają każdy możliwy odcień kolorów, ale cóż, stało się.
Żeby ją usprawiedliwić, to trzeba powiedzieć, że rodzice chłopca również mieli udział w całej tej historii. Początkowo to matka miała przyjść z chłopcem, ale coś jej wypadło, i ostatecznie to ojciec pojawił się w przychodni.
Mężczyzna nic nie zauważył, a mały chłopiec był niezwykle dzielny i nie płakał, gdy dostał zastrzyk. Rodzic przyjął to za dobry znak i nie wnikał w szczegóły, zaś cała historia miała ciąg dalszy ponad rok później, gdy Albercik po raz pierwszy zobaczył swojego wymyślonego przyjaciela.
W tamtym dniu chorował na ospę, a jego niewielki świat zamykał się pomiędzy łazienką i pokojem. Wymyślony przyjaciel po raz pierwszy pogłaskał go po główce. Tak się wydawało Albertowi, ale tak naprawdę nikt przy nim nie stał.
Na tym się jednak nie skończyło.
Pasożyt uspokajał malucha i podpowiadał mu, co ma robić, a chłopiec rósł jak na drożdżach i dokonywał zdumiewających czynów. Naukowcy galaktyczni badający wypadki na podstawie promieniowania pierwotnego zgodnie podkreślali, że inteligentny grzyb, którzy opanował ziemską powłokę organizmu, niewątpliwie nie mógł rozwinąć się ani na wschód ani na zachód od Wisły. W oficjalnym procesie beatyfikacyjnym uczeni mężowie podawali różne przyczyny, niemniej jednak ostateczną liczbą głosów trzy do pięciu wybrano teorię, że we wszystkim bardzo ważny udział miała niezwykła zaradność chłopca i korzenie genetyczne jego przodków.
Ciekawe, że nikt nigdy nie zakwestionował największego dzieła Alberta „o inteligencji ciał wiadomych”, w którym dowiódł, że maszyny operujące na zerach i jedynkach nie są w stanie odtworzyć czystej, nieskażonej grzechem pierwotnym inteligencji. Wszyscy uznali, że opracowanie dało solidną podstawę do odrzucenia zarówno maszyn logicznych, jak i konstrukcji kwantowych, i doprowadziło do zbudowania organizmu Ewa jeden, który działał asynchronicznie i operował na nieskończonej ilości stanów. To był fakt niezaprzeczalny.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania