Cud wigilijny

– Pochwalony. – Starzec o ogorzałej twarzy skłonił się w pas spasionemu gospodarzowi, który niespiesznie pędził gościńcem dwie wychudzone krowiny.

– A pochwalony. Stoj, mućka. A stoj, mówię ja ci cholero jedna. – Lekko otumaniony właściciel stanął, bo pomyślał, że spotkanie kogokolwiek na tej drodze o tej porze jest świątecznym cudem.

Mężczyzna sięgnął do kieszeni, wyciągnął kolejną dawkę swojego mocnego sztacha, i zaczął nabijać fajkę, cały czas łypiąc podejrzliwie na niezbyt zdrowego starca, niepewnie wspartego o drewnianą laskę. A im więcej patrzył, tym bardziej chciało mu śmiać się z cudaka, który pewnie nie zrobił nic porządnego w życiu, a już na pewno nie zbudował domu, nie zasadził drzewa i nie spłodził bachora, jak na prawdziwego mena przystało.

– A skąd idziecie dziadzie? – W końcu przemówił, równocześnie się zaciągając z fajki.

– A idę tam, gdzie mnie oczy poniosą, kawalerze. – Staruszek najwyraźniej nie zrozumiał przytyku.

– Wzięlibyście się za jakąś robotę, a nie zaczepiali porządnych ludzi na drodze.

– Nie narzekam, kawalerze, na jej brak, nie narzekam. A wasze krowy? Widzę, że chore. Mogę je wyleczyć. I to za darmo.

– A kijem to chcecie dostać? Czy z kopniaka?

– Przecia chore bydlątka. Mleka pewnie nie dają coś z miesiąc. Popadało, oj popadało wtedy. Wyszły się popasać bidulki i padły na zdrowiu.

– Wyleczyć? A jak? – Szczerze zdziwiony gospodarz zmrużył chytrze oczy, bo wszystko zgadzało się co do joty.

– Wystarczy, że je dotknę.

– No, no. – Gospodarz się zaśmiał. – Chciałbym to zobaczyć. Najlepsi znachorzy w naszej okolicy mówili, że to klątwa. I że nie przejdzie, jak na świątynię w stolycy dalyekiej nie dam.

– Pozwólcie mi spróbować. To nic nie kosztuje.

– Nic nie kosztuje. Nic nie kosztuje. – Zaczął go przedrzeźniać. – I co? Tylko dotknąć? A jak padną?

– To mnie postawicie przed waszą radą. Bo macie radę, prawda?

– A jak mi uciekniecie?

– A co ja stary, żebym skakał jak koza?

– Chytrze prawicie, dziadku. – Gospodarz zmrużył oczy. – Dotkniecie mojej cennej krowy, a potem będziecie mieli ochlaj za miesiąc, jak nie lepiej.

– Zobaczycie, szlachetny kawalerze, że szybko pójdzie. Mam tylko ręce i głowę, i żadnych dziwactw przy sobie. Co się może stać?

– No dobra. A dotykajcie. – Ten machnął ręką. – Jak za darmo, to lepiej niż w Black Friday w promocji.

– Właściwie to mam do was tylko prośbę. Macie na pewno jakowe komputery w okolicy. Dam ja wam teksty. Przeczytajcie je proszę. O nic więcej nie proszę.

– Jeszcze mam czas marnować i za prund płacić?

– W tekstach stoi, jak krowy leczyć, i jak różne różniste cuda robić. Zrobicie z tym co chceta.

– No dobra, chodźcie dziadku. Zabawny z was głupek.

I tak oto zawiódł gospodarz kulawego starca do zagrody, gdzie hulał wiatr, i gdzie bieda aż piszczała. I wspomniał dziad swoje lepsze czasy, i popatrzył ze smutkiem na rozpadające się ściany, krzywe okiennice i odmalowane wałkiem audi w tedeiku. Tak się przy tem zamyślił, że nie reagował nawet na dzieciaki gospodarza, które krzyczały „Głupek, Głupek, na ubranie nie ma. Każde słowo, każde słowo, jedna ściema” i najnowszymi jabłkami robiły sobie filmiki, które wystawiały na tik-toki. I nie rzekł nic, gdy gospodarz jadł suty posiłek, a jemu rzucił najmarniejszego podpłomyka i pogardliwie zaznaczył:

– Znaj chamie moją dobroć. Potem popatrzajmy na te twoje cuda. Zrobisz to z jedną krasulą, i zdania nie zmienię.

I po posiłku poszli do stajenki, gdzie starzec ledwo ruszył swoimi dłońmi po grzbiecie wymęczonej krowy i oznajmił:

– Wystarczy.

– Kawalarz z was dziadku. Myślałem, że jakowe ognie czy fajerwerki tu bedom. No ale dobrze. Dałem słowo. A śpijcie se tera w stodole. Świnie nigdy nie narzekały.

I poszedł dziad spać w stodole, a gospodarz go zamkł i pobieżał do domu. I zajął się telewizornią na kanapie i padł, a rano obudziła go ślubna, która na podwórku na caluśki głos darła ryja:

– Ludzie! Ludziska! Słuchajta! Cud! Dosłownie cud! Krasula mleka dała!

I wstał gospodarz, sprawdził, co mu baba powiedziała, ofuknął ją „krowa od tego, żeby mleko dawać, głupia”, a potem ruszył w te pędy do stodoły, gdzie dziada już nie było.

I pozostały im po nim jeno teksty na małej kostce pamięci, których jednak nie rozumieli i on, i jego kobieta, i nawet dzieci i sąsiady. Udali się więc z nimi i do wójta, i potem zupełnie w tajemnicy do wioskowego mędrca, który wysłuchał, podumał, pomlaskał, postękał, wziął monetę za nic i zapytał:

– A wiecie chociaż jak ten dziad się zwał?

– A różnie się zwać kazał.

– Słyszał ja o takim, co nie robił tego, co inni. Był dobry w swoim fachu i budził zazdrość gorszych od niego. Korzystali oni za darmo z jego wynalazków, a on mimo to miał i piękny dwór, i majątek. I ukochał on swoich, ale oni woleli za obcymi gonić i im klaskać, bo byli obcy i brali furę piniendzy za nic. I ludzie go w końcu wyklęli, jak żołnierzy. Nie chcieli go słuchać, bo nie mówił ani łatwo, ani przyjemnie, tylko prawdziwie.

– Czyli to nie są głupoty, to co ten staruch zostawił? Był ja u wójta i wójt mówił, żeby herezji nie gadać.

– A który człowiek od władzy się przyzna, że czego nie wie albo nie ma racji? Pozwólcie, Tomaszu, że powiem coś jeszcze o tamtym. Zniknął tak nagle jak i się pojawił. Zostawił majątek i swoje zabawki, których nawet po miesiącach najtęższe umysły rozgryźć nie mogą. Chodziły głosy, że się przebrał i teraz po kryjomu próbuje przekazać wiedzę innym. Że wędruje w rozpaczy od wsi do wsi i zostawia swoją pracę za darmo. Próbuje znaleźć choć jednego sprawiedliwego, który zrozumie jego talenty.

– To co mi radzicie?

– Tu nie ma co myśleć. – Mędrzec wzruszył ramionami. – Wiem, że jedni potrafią mieć gospodarstwo, a inni są dobrzy w czymś innym. Dużo tego jest tutaj, i albo to wytwór bezdennej głupoty chorego umysłu, albo wielkiego geniuszu, który wyprzedził swoich. Powinni to oceniać nie ci, co wszystkie rozumy pozjadali, tylko ci, co sami tyle samo stworzyli. Com powiedział, to nie zmienię. Kto ma uszy, niechaj słucha.

– Amen – odruchowo dodał gospodarz, który się przeżegnał.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania