Cudak
Rodzina kształtuje nas od pierwszych dni naszego życia, później dochodzą jeszcze po drodze inni niespokrewnieni ludzie, którzy też mają wpływ na to, kim się stajemy, jako dorośli. Niemal każdy dzień przynosi nam nowe doświadczenia, wyzwania, doznania oraz inne często na początku nieokreślone bodźce. Wszyscy uwielbiamy najbardziej te najlepsze chwile naszej egzystencji, a o gorszych staramy się jak najszybciej zapominać, lub wymazać z pamięci.
Podział czynności w każdej rodzinie raczej jest niezmienny i dziecko rosnąc traktuje to za pewnik. Dorastanie w stabilnej rodzinie nie wykształca lęku przed nagłymi zmianami oraz przed niepewnością następnego dnia. Sielanka trwa do czasu, gdy napotykamy w naszym życiu erupcję niszczącą naszą opokę.
Laurę poznałem przypadkiem na przystanku autobusowym, kiedy wracałem do domu. Pierwsze wrażenie było dość nieprzyjemne, nie tylko spowodowane przez zimny deszczowy dzień, lecz jej suchy ostry kaszel rozlegający się za moimi plecami. Chyba nikt nie lubi jak ktoś wydala z siebie zarazki na niego, nawet nie zasłaniając przy tym buzi. Kiedy wyraźnie poczułem kropelki śliny spadające na mój kark przy każdym odgłosie wyjątkowo głośnego kaszlu. Pod wpływem oburzenia obróciłem się i z zaskoczeniem stwierdziłem, że przed sobą mam zamiast spodziewanego chama, śliczną panienkę, zajętą odbieraniem i wysyłaniem błyskawicznych wiadomości. Palce jej sprawnie śmigały po klawiaturze komórki i nic innego w tej chwili nie było ważniejsze od wklepywania. Urok jej został przyćmiony kolejną porcją śliny wydzielonej z prychania.
- Zasłoń usta jak parskasz dookoła – powiedziałem wzburzony wycierając rękawem ślinę z twarzy.
Dopiero moje słowa wyrwały ją z amoku informatycznego, podniosła oczy z nad ekranu, popatrzyła na mnie, lecz nie usłyszałem spodziewanego słowa przepraszam.
- Przyjmuję przeprosiny i nie gniewam się, widocznie dobre nawyki wynosi się z domu – prawie warknąłem do niej i odwróciłem się tyłem.
Pozostali przyszli pasażerowie komunikacji miejskiej moje wystąpienie skwitowali głośnym śmiechem, wtedy były kolega z dzielnicy dostrzegł mnie. Bez ceregieli podszedł do mnie, rozpychając innych oczekujących i nie przejmując się deptaniem po ich stopach.
- Miłek, za co to za miotła pluje na ciebie – wypowiedział to jednym zdaniem nadwyrężając przy tym swoją inteligencję.
Byłem przekonany, że musiał słyszeć gdzieś to powiedzenie, ponieważ jego złote myśli zawierały same wulgaryzmy, z których potrafił zbudować skomplikowaną wypowiedź dodając jedynie on, ona, ty, i, my. Tylko pomyśleć jeszcze niedawno w okresie buntu nastolatka imponowały mi takie zwroty i posługiwałem się nimi z wprawą. Jednak wyjątkowo często takie odzywki zamykały dużo drzwi przed samym nosem, a za nimi działo się dużo ciekawych i interesujących mnie rzeczy. Automatycznie przez słuchacza byłem kwalifikowany do marginesu społecznego i taką w przyszłości karierę mi wróżono. Pewnego dnia zbuntowałem się przeznaczeniu i zaprzestałem włóczyć się po ulicach miasta. Kilkakrotnie w najmniej spodziewanych chwilach moja przeszłość daje jednak o sobie znać.
- Nie znam brzyduli, dziś nawinęła się pod patrzałki po raz pierwszy – odpowiadam komunikatywnym dla Szybkiego językiem, z pominięciem przekleństw.
- Gdyby tak zacharkała na mnie, pozamiatałbym nią całą dróżkę rowerkową. Jak tylko pozwolisz w ramach akcji odwetowej, cię wyręczę – z pełnym przekonaniem wypalił stary druh.
Właściwie, czemu nie, lekcja dobrego wychowania i ekskluzywnych manier z pewnością by jej się przydała. Tylko szkoda jej facjaty, ładna jest, a po akcji Szybkiego dużo straciłaby ze swojej atrakcyjności. Chcąc ją chronić powiedziałem.
- Szkoda twojego wysiłku jeszcze się spocisz i przez to przeziębisz. Przy tej paskudnej pogodzie sezon grypowy jest murowany. Następnym razem jak się nawinie, wypłacisz jej z nawiązką.
Dłuższą chwilę wahał się jak ma postąpić, energia rozpierała go i wredną miną popartą wzrokiem wiercił w jej świadomości dziurę. Dziewczyna przerwała pisanie czując zagrożenie i przysunęła się do mnie. Strach w niej narastał z każdą chwilą wpatrywania się Szybkiego w nią.
- Przepraszam – powiedziała do mnie patrząc w kierunku zagrożenia.
Jej przerażenie sięgało granic wytrzymałości, jeszcze chwila i zacznie krzyczeć, pomyślałem. Wtedy Szybki odpuścił i kiwnięciem głowy pożegnał się. Dopiero jak straciła go z oczu powoli uspokajała się, nie chciałem jej zostawiać samej, więc przepuściłem swój autobus.
- Laura jestem –powiedziała.
Właśnie w taki nietypowy sposób zaczęła się nasza znajomość, później były już coraz częstsze spotkania. Podobne zainteresowania poza szkolne zbliżyły nas do siebie, widocznie tak miało być, ponieważ staliśmy się parą. Było to w czasach, kiedy byliśmy bardzo młodzi, więc o wspólnym życiu nawet nie rozmawialiśmy. Szkoła, egzaminy, zaliczenia były najważniejsze i pierwsze kariery zawodowe przebiegały podobnie. Prawdopodobnie była to nasza najgłupsza decyzja, podjęta pod wpływem mojego wyjazdu na kontrakt, zdecydowaliśmy się na ślub. Byliśmy pewni swoich uczuć, potwierdzonych przez długoletnie chodzenie. Wydawało się wtedy, że nic nieznanego w naszych relacjach nie mogło zaistnieć.
Moja praca zapewniła nam spore dochody, dlatego stać nas było na własne mieszkanie i drogie umeblowanie. Jednak do domu przyjeżdżałem tylko w nieliczne weekendy, urlopy spędzaliśmy zawsze w atrakcyjnych miejscach. Nasze szczęście zostało zmącone kryzysem, pracodawca pozbył się wszystkich obcokrajowców i zatrudnił krajan.
Powróciłem do domu na stałe i tak jak inni zaczynałem od poszukiwania pracy. Kiedy ją dostałem to wynagrodzenie za nią wynosiło zaledwie dziesięć procent wcześniejszych dochodów. Nastał czas zaciskania pasa i w tak ciężkim okresie najważniejsze miało być wspólne wsparcie. Często niepowodzenia w pracy przenosimy do domu, a zwłaszcza zły humor. Jakoś inni potrafią odnajdywać kompromis, natomiast u nas poszło o gotowanie. Wcześniej stać nas było na jedzenie poza domem, lub zamawianie żarcia z dostawą. Tylko kranik z gotówką wysechł i koniecznie trzeba było przerzucić się na domowe zupki. Wydawało mi się, że skoro ja pracuję całymi dniami, to żona powinna zajmować się domem tak jak moja mama.
- Ja nie będę stała przy garach pół dnia, wybij sobie to z głowy. Sam gotuj, lub zatrudnij kucharkę – oznajmiła zdecydowanym głosem Laura.
- Przecież przysięgałaś w zdrowiu i chorobie – odpowiedziałem.
- Właśnie, o gotowaniu, praniu, sprzątaniu w przysiędze małżeńskiej nie było mowy, więc nie oczekuj tego ode mnie.
Podobnie w słowach przysięgi zabrakło przyszywania guzików, prasowania i tysięcy innych czynności, jakie wykonuje każdego dnia w domu moja mama. Nagle zdałem sobie sprawę, że zostałem sam z cyrkiem zwanym życiem. Jednocześnie pchać i ciągnąć wózek najlepszy koń nie da rady, a ja zbyt szybko z nas zrezygnowałem.
Pozostały mi tylko portale randkowe i każdorazowo siedząc przed komputerem poznaję idealną kobietę. Jednak już na spotkaniach bywa różnie, albo ja, lub ona nie spełnia oczekiwań. Nastały takie czasy, że prawdziwe gospodynie domowe są na wagę złota. Nawet największy idiota nie chce się takiej z domu pozbyć, a te wolne to są w podeszłym wieku. Widocznie przyszedł czas wąskiej specjalizacji, więc może tylko pięknie wyglądać, pachnieć i nic ponad to.
Pewnego dnia w podróży musiałem zrobić przerwę, do tego nadawała się doskonale stacja paliw z czynną toaletą, lub grunt zadrzewiony. Akurat przejeżdżałem przez tereny nadleśnictwa i zapragnąłem wykorzystać drugą opcję. Zanim znalazłem odpowiedni krzaczek i ustronne miejsce zjawiły się atrakcyjne panie z propozycją lokalnej atrakcji turystycznej. Będąc z natury człowiekiem wrednym odpowiedziałem kontrofertą.
- Przyjechałem w te ostępy leśne szukać żony, która prowadziłaby wzorowo dom, poprzez pranie, sprzątanie, gotowanie, dbanie o dzieci i o mnie. Czy któraś z pań jest zainteresowana tym razem moją propozycją.
Zanim zakończyłem pełną wypowiedź, panie już gnały po lesie jak najdalej od świra z prędkością dorodnego jelenia. Zwierzęta dzikie spłoszone odgłosami łamanych gałęzi i wyrywanych sadzonek, pognały przed siebie. Wszystko, co stało na ich drodze w panice tratowały i przez to ucierpiało kilku myśliwych omawiających wczorajszą popijawę. Mogę tylko przeprosić za swoje zachowanie w lesie, ponieważ od dziecka wpajano mi zasadę nie płoszyć zwierzyny, a ja ją swoim zachowaniem złamałem.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania