Cykada

Na portalu pojawiła się któregoś dnia Cykada.

Tak po prostu.

Nowy nick, dziewczynka w wianku na zdjęciu profilowym i pierwszy wiersz:

„Cyk cyk cyk cykada”.

Przeczytałem.

Cyk, cyk, cyk. Łąka, zakochanie, dłonie, światło, serce. Nic, nad czym należałoby zwoływać nadzwyczajne posiedzenie Akademii. Ot, lekki wierszyk. Może nawet zbyt lekki.

Tyle że coś mnie w nim zatrzymało.

Przeczytałem drugi raz, tym razem na głos.

„Cyk cyk cyk cyk cyk cyk”.

I wtedy usłyszałem, że to „cyk” nie jest tylko cykaniem.

To był metronom.

Dalej:

„pod otwartym oknem

muza traw rozgrzanych

w zakochaniach moknę”

Krótko. Równo. A potem:

„serca rytmem cykam

cyk cyk cyk i cykać będę”

I rytm nagle się rozszerzał. Jakby ktoś podczas grania dołożył kilka uderzeń, ale nie zgubił pulsu.

Jeszcze ciekawsze było:

„cyk cyk cyk cykaniem

płomień w nich rozniecę”.

Trzy osobne „cyk” przechodziły w „cykanie”. Dźwięk stawał się słowem.

Pomyślałem wtedy, że albo Cykada ma dobre ucho, albo przypadkiem zrobiła coś całkiem sprytnego.

Nie napisałem tego.

Na portalu lepiej czasem najpierw pomilczeć.

---

Kilka dni później pojawił się „Świetlik”.

Znów prościutko:

„Noc rozlała czarną ciszę,

księżyc zasnął pośród chmur,

świetlik błądzi w łąk rozkwicie,

latarenką pośród pól”.

Pomyślałem: cholera.

Przecież to idzie prawie samo.

Osiem.

Siedem.

Osiem.

Siedem.

Przeczytałem następną strofę.

Znowu.

Potem trzecią.

Znowu.

Regularność krótkiego wersu, rymy krzyżowe, wyraźny puls. Wiersz niemal sam podpowiadał sposób czytania.

Komentarze jednak zaczęły zajmować się czym innym.

Że infantylne.

Że gwiazdka spada z nieba.

Że świetlik ma skrzydełka.

Że ciemność ma duszę.

Że wszystko to już było.

Trudno było z częścią tych zarzutów polemizować. Treściowo Cykada rzeczywiście nie próbowała przesuwać granic światowej metafizyki.

Tylko dlaczego, do diabła, kolejny jej tekst tak dobrze siedział w uchu?

---

Potem pojawił się „Świerszcz”.

I wtedy zaczęła się zabawa.

„Pod liściem stroi swe skrzypce,

Po deszczu, pod słońcem zza chmur.

Dziś lato pieściło go lipcem,

gdy gonił motyle wśród zbóż”.

Tym razem przestało się zgadzać proste liczenie.

Jeden wers krótszy, drugi dłuższy. Odległości między akcentami nieidentyczne.

A jednak wiersz płynął.

Czytałem:

pod LIŚciem | STROi | swe SKRZYPce,

po DESZczu | pod SŁOŃcem | zza CHMUR,

dziś LAto | PIEŚciło go | LIPcem,

gdy GOnił | moTYle | wśród ZBÓŻ.

Trzy uderzenia.

Nie wszędzie równie czyste. Nie zawsze dające się oddzielić nożem. Ale były.

Druga strofa brzmiała jeszcze wyraźniej:

„Gdy zagra swój koncert trawom,

czupryny postawią na sztorc,

a może do tańca cykadom —

niech tańczą, bo przecież są stąd”.

Tu puls był niemal perkusyjny.

Zaczęły się komentarze.

Jedni liczyli sylaby.

Drudzy akcenty.

Trzeci twierdzili, że rytm się sypie.

Czwarty tłumaczył, że właśnie się nie sypie.

Ktoś napisał o toniku.

Ktoś odpowiedział, że jeśli to tonik, to nieczysty.

Ktoś inny stwierdził, że poezja nie polega na tym, żeby do każdego nierównego wersu dorabiać teorię wersyfikacyjną.

I wtedy portal zrobił to, co portale literackie robią najlepiej.

Zaczął się kłócić.

A ja zacząłem się Cykadzie przyglądać.

Bo było w jej pisaniu coś znajomego.

Rymy nie zawsze ścisłe. Czasem tylko echo brzmienia. Rytm ważniejszy od linijki. Słowo potrafiące lekko wyjść poza schemat, jeśli wymagała tego fraza.

Znałem to.

Sam tak pisałem.

Nie chodziło o podobieństwo słów. Chodziło o sposób słuchania wiersza.

Jakby po drugiej stronie ekranu siedział ktoś, kto podobnie jak ja uważał, że wiersza nie buduje się suwmiarką.

Pomyślałem nawet:

Bratnia dusza?

I zaraz sam się z siebie roześmiałem.

---

Potem Cykada wrzuciła „Motyla”.

I zrobiło się jeszcze dziwniej.

„Nie wie, dokąd wiatr go niesie,

nigdy nigdzie się nie spieszy,

czy to latem, w złotą jesień,

wszystkim się potrafi cieszyć”.

Osiem.

Osiem.

Osiem.

Osiem.

Następna strofa.

Osiem.

Osiem.

Osiem.

Osiem.

Szesnaście wersów prowadzonych niemal cały czas w tym samym ośmiozgłoskowym porządku. Do tego rymy krzyżowe:

niesie — jesień,

spieszy — cieszyć,

łąką — moknąc,

wrzosie — płocie,

przecież — świecie,

lekkości — zatroszczyć,

samotności — miłości,

zaszlochał — pokochać.

Nie wszystkie rymy idealne. I właśnie to zaczęło mnie zastanawiać.

Bo gdyby Cykada nie umiała pisać regularnie, „Motyl” powinien się rozjechać.

Nie rozjeżdżał się.

A jeśli potrafiła utrzymać przez cały tekst ośmiozgłoskowiec, dlaczego wcześniej w „Świerszczu” pozwalała sobie na nierówności?

Przypadek zaczynał wymagać coraz większej wiary.

Na portalu tymczasem wrzało.

Jedni pisali, że Cykada jest początkującą poetką z niezłym uchem.

Inni, że zwykłą rymopisarką.

Ktoś zaczął rozbierać akcenty.

Ktoś odpowiedział średniówką.

Ktoś komuś zarzucił, że nie rozumie tonizmu.

Ktoś inny, że naczytał się podręczników i teraz próbuje nimi poprawiać muzykę.

Niektóre komentarze były świetne.

Inne zaczynały przypominać pojedynek na linijki.

I wtedy Cykada opublikowała:

„Kiedy łzy już wyschły”.

„Kiedy łzy już wyschły na mych starych kapciach,

smutek się ośmielił, dał mocnego klapsa.

nie wiem, czy zasnęłam, nie wiem, co się stało —

Jawa się zacięła, omam wszedł na całość”.

A potem:

„I nagle chochliki starły się z Prześmiewcą:

«Dosyć tej krytyki! Ona jest poetką!»

Ciary mnie obsiadły i szukały pięt,

gdy do mnie dotarło, że to nie jest sen”.

Roześmiałem się.

No dobrze.

Teraz już odpowiadała nam wierszem.

Prześmiewca, krytyka, poetka, chochliki.

Portal wszedł do utworu.

A może od początku w nim był?

---

Mieszkam w Kanadzie, ale mam w Polsce starego znajomego, Adriana. Znamy się wystarczająco długo, żebym mógł zadzwonić do niego z czymś kompletnie idiotycznym i mieć pewność, że przynajmniej mnie wysłucha.

Adrian pracował wysoko w strukturach związanych z kulturą.

Zadzwoniłem.

— Potrzebuję profesora.

— Lekarza?

— Od poezji.

Zapadła cisza.

— Marek, u was jest środek nocy?

— Nie.

— To niedobrze.

Opowiedziałem mu o Cykadzie.

O portalu.

O sporze.

O toniku.

O świetliku, świerszczu, motylu i cykaniu.

— Chcesz mi powiedzieć — odezwał się w końcu — że mam wykorzystać kontakty, żeby jeden z najwybitniejszych ludzi od polskiej wersyfikacji rozstrzygnął wam awanturę na portalu literackim?

— Dokładnie.

— Jesteś nienormalny.

— Pomożesz?

Westchnął.

— Spróbuję.

---

Profesor Leon Radecki zgodził się porozmawiać cztery dni później.

Nie wiem, co Adrian mu powiedział. Podejrzewam, że nie całą prawdę.

Rozmawialiśmy przez internet.

Profesor miał siwe włosy, okulary zsunięte na koniec nosa i ten szczególny rodzaj spojrzenia, którym człowiek przez czterdzieści lat egzaminujący studentów potrafi powiedzieć „proszę nie marnować mojego czasu”, zanim jeszcze otworzy usta.

— No dobrze — powiedział. — Co pan ma?

Pokazałem mu „Świerszcza”.

Czytał.

Raz.

Potem drugi.

Poruszał ustami.

W pewnym momencie zaczął lekko stukać palcem w blat.

Skończył.

Czekałem na wyrok.

Grafomania.

Rymowanka.

Proszę mi więcej nie zawracać głowy.

Profesor jednak zapytał:

— Jest tego więcej?

— Jest.

— To proszę.

Pokazałem mu „Cyk cyk cyk cykadę”.

Potem „Świetlika”.

„Świerszcza” już miał.

Dostał „Motyla”.

Na końcu „Kiedy łzy już wyschły”.

Czytał długo.

Za długo.

W końcu zdjął okulary.

Popatrzył na mnie.

I parsknął śmiechem.

— A to małpiszon jeden.

Nie wiedziałem, czy mówi o mnie, czy o Cykadzie.

— Słucham?

— A to małpa. Bawi się z wami.

— Profesorze...

— Niech pan patrzy, a nie wierzy.

Wziął pierwszy tekst.

— „Cyk cyk cyk cykada”. Od tego zaczęła?

— Tak.

— I nikt nie zauważył, że ona się przedstawiła?

— Przecież tytuł...

— Nie nickiem. Warsztatem.

Pochylił się do kamery.

— „Cyk” jest jednosylabowe. Każde może być samodzielnym impulsem akcentowym. Cyk | cyk | cyk | cyk | cyk | cyk. To nie jest jeszcze metrum w klasycznym sensie. To metronom. Ona najpierw uruchamia zegar.

Przewinął tekst.

— Potem wpuszcza do niego język: „serca rytmem cykam / cyk cyk cyk i cykać będę”. A później robi rzecz jeszcze zabawniejszą: „cyk cyk cyk cykaniem”. Najpierw daje serię autonomicznych impulsów, a następnie ten sam materiał dźwiękowy wciela w normalny wyraz. Onomatopeja staje się częścią składni.

Postukał palcem.

— Cyk. Cyk. Cyk. Rozumie pan?

Rozumiałem.

— Na końcu wraca sześć uderzeń i zostawia jedno: „cyk...”. Koda. Zatrzymanie mechanizmu. Prosty chwyt, ale świadomy. I dlatego ten utwór nie jest czystym tonikiem ani regularnym sylabotonikiem. To wiersz rytmizowany, tonizowany, wykorzystujący onomatopeję jako dodatkową warstwę metryczną. Ona pokazuje wam: umiem zrobić rytm z dźwięku.

Sięgnął po „Świetlika”.

— A tutaj mówi: umiem również liczyć.

Wziął ołówek.

— Osiem, siedem. Osiem, siedem. Krótkie wersy, wyraźny puls, krzyżowe rymowanie. „Ciszę — rozkwicie”, „chmur — pól”, dalej analogicznie. Nie wszystkie rymy są ścisłe. Ale organizacja jest czytelna.

— Czyli sylabotonik?

Profesor skrzywił się.

— Niech pan uważa z etykietami. To właśnie jest choroba dyskusji internetowych. Ludzie znajdują nazwę i zaczynają bronić nazwy zamiast wiersza. Powiedzmy ostrożniej: bardzo silnie zrytmizowany wiersz o regularności sylabicznej, z wyraźnymi tendencjami sylabotonicznymi. To wystarczy.

Przeszedł do „Świerszcza”.

— A teraz najlepsze. Tutaj przestaje wam dawać równą liczbę sylab i sprawdza, co zrobicie.

Przeczytał:

— pod LIŚciem | STROi | swe SKRZYPce...

po DESZczu | pod SŁOŃcem | zza CHMUR...

— Słyszy pan?

— Trzy.

— Właśnie. Tyle że nie wszędzie równie czyste. I bardzo dobrze.

— Dlaczego dobrze?

Profesor odchylił się na krześle.

— Bo wiersz toniczny to nie defilada wojskowa. Podstawą jest liczba zestrojów akcentowych, nie identyczna liczba sylab pomiędzy nimi. Tutaj mamy bardzo wyraźną tendencję do trójzestrojowości. Szczególnie druga strofa:

„Gdy zagra swój koncert trawom,

czupryny postawią na sztorc,

a może do tańca cykadom —

niech tańczą, bo przecież są stąd”.

— Trzy podpory wracają. Nie zawsze w identycznych odległościach. Dlatego jedni z pańskich komentatorów słyszą tonik, a inni wskazują odstępstwa.

— Czyli kto ma rację?

Uśmiechnął się.

— Wreszcie właściwe pytanie. Jedni i drudzy.

— To bez sensu.

— Przeciwnie. To poezja.

Profesor pochylił się bliżej.

— Ci, którzy zauważają nieregularność, mają rację. Ci, którzy słyszą zasadę toniczną, też mają rację. Błąd zaczyna się dopiero wtedy, gdy pierwsza grupa mówi: „skoro nie jest idealnie regularne, rytmu nie ma”, a druga: „skoro słyszę trzy uderzenia, każdy wers musi być wzorcowym tonikiem”. Nie musi.

Wskazał ekran.

— Ten tekst jest tonizujący, bardzo bliski trójzestrojowemu tonikowi, ale pozostawia sobie swobodę. I teraz pytanie najważniejsze: czy ta swoboda wynika z nieumiejętności?

— No właśnie.

— Dlatego potrzebowałem pozostałych wierszy.

Otworzył „Motyla”.

— Bo tutaj pańska Cykada odbiera nam wygodny argument, że po prostu nie potrafi utrzymać regularności.

Zaczął liczyć.

— Osiem. Osiem. Osiem. Osiem.

Druga strofa.

— Osiem. Osiem. Osiem. Osiem.

Spojrzał na mnie.

— I tak dalej. Szesnaście wersów. Ośmiozgłoskowiec. Krzyżowy układ rymów. Jeśli autor potrafi utrzymać taki rygor, a w innym utworze świadomie go rozluźnia, nie wolno automatycznie tłumaczyć każdego odstępstwa nieudolnością.

— Czyli ona wie, co robi?

— Powiedziałbym ostrożniej: mamy bardzo mocne przesłanki, że wie. Krytyk nie siedzi w głowie autora. Ocenia ślady pozostawione w tekście.

Zamilkł na moment.

— I właśnie dlatego chciałem wszystkie wiersze. Jeden może być przypadkiem. Dwa mogą świadczyć o dobrym uchu. Ale jeśli autor przechodzi od metronomicznego „cyk”, przez regularność 8/7, później tonizację, następnie konsekwentny ośmiozgłoskowiec, to zaczynamy obserwować repertuar, nie przypadek.

Został ostatni tekst.

„Kiedy łzy już wyschły”.

Profesor uśmiechnął się jeszcze szerzej.

— A tutaj odpowiedziała krytykom.

— Też tak pomyślałem.

— Ale zrobiła jeszcze coś.

Zaczął liczyć pierwsze wersy.

— Początek ustanawia długi, regularny tok. Trzynastozgłoskowość jest bardzo mocno zasugerowana, miejscami ze słyszalnym podziałem przypominającym 7+6. Ale proszę nie pisać potem na portalu, że cały wiersz jest wzorcowym trzynastozgłoskowcem, bo zrobią z pana miazgę i będą mieli rację.

Roześmiałem się.

— Dlaczego?

— Bo ona zaczyna go skracać.

Wskazał:

„Jawa się zacięła, omam wszedł na całość”.

— Już krócej. A potem przychodzą chochliki, Prześmiewca i kolejne wersy schodzą w okolice dwunastu, jedenastu zgłosek. Konstrukcja się rozszczelnia.

— Błąd?

Profesor pokręcił głową.

— Gdybym miał tylko ten jeden tekst, pozostawiłbym pytanie otwarte. Ale po czterech poprzednich? Nie byłbym taki pewny. Zwłaszcza że rozluźnienie pojawia się dokładnie wtedy, kiedy do uporządkowanego świata wchodzą omam, chochliki, Prześmiewca i awantura o poetkę.

Przerwał.

— Forma zaczyna robić to, o czym opowiada treść.

Przez chwilę obaj milczeliśmy.

— Profesorze, ale dlaczego ktoś miałby robić coś takiego na małym portalu?

— Bo może.

— To wszystko?

— A dlaczego pan pisze?

Nie odpowiedziałem.

— No właśnie.

---

Profesor wstał, przeszedł gdzieś poza kamerę i wrócił z filiżanką.

— Jest jeszcze jedna rzecz. Gra pan na czymś?

— Na gitarze.

— To powinien pan zrozumieć.

Usiadł.

— Jest zasadnicza różnica między napisaniem słów do istniejącej melodii a komponowaniem muzyki do gotowych słów. Nie twierdzę, że jedno jest z definicji lepsze. To dwie różne sytuacje twórcze. Ale doświadczone ucho często potrafi usłyszeć różnicę.

— Dlaczego?

— Bo kiedy melodia istnieje pierwsza, słowo zostaje wybrane również ze względu na nią. Liczba sylab, miejsce akcentu, samogłoska na długiej nucie, spółgłoski, oddech — wszystko może podporządkować się muzycznej frazie. Słowo zaczyna nie tylko coś znaczyć. Zaczyna grać.

Podniósł palec.

— Kiedy sytuacja jest odwrotna i komponujemy do gotowego tekstu, muzyka musi negocjować z już istniejącą składnią, akcentem językowym i długością fraz. Wybitny kompozytor potrafi oczywiście zrobić z tym cuda. Dlatego nie wolno tworzyć głupiej hierarchii. Ale relacja między słowem i muzyką jest inna.

Wrócił do wierszy Cykady.

— Tutaj mam chwilami wrażenie, że ta kobieta nie układa słów do abstrakcyjnego wzorca metrycznego. Ona najpierw słyszy frazę, a potem ją zapisuje.

— Czyli muzyka jest wcześniej?

— Nie wiem. I ona prawdopodobnie też nie rozdziela tego w taki sposób. U ludzi z dobrym uchem rytmicznym słowo i puls rodzą się czasem razem.

Zastanowił się.

— Najgorsze, co można wtedy zrobić, to przyjść z linijką i poprawić wszystko na idealny schemat.

— Dlaczego?

— Bo można naprawić metrum i zabić wiersz.

To zdanie zapamiętałem.

Profesor ciągnął:

— Schemat jest rusztowaniem, nie budynkiem. Początkujący często sądzi, że mistrzostwo polega na bezwzględnym wykonaniu schematu. Nie. Najpierw trzeba umieć go wykonać. Dopiero potem można wiedzieć, gdzie wolno go naruszyć.

— Czyli wybitny poeta łamie zasady?

— Nie. To zbyt banalne. Wybitny poeta sprawia, że odstępstwo zaczyna brzmieć jak jego własna zasada.

Zapisałem to.

Profesor zauważył.

— Proszę zapisywać. Rzadko mówię coś mądrego przed drugą kawą.

Zaśmiałem się.

— Każdy znaczący poeta zostawia w formie odcisk palca. Sposób stawiania akcentu. Charakterystyczną składnię. Rodzaj przerzutni. Upodobanie do konkretnej długości frazy. Sposób rymowania albo unikania rymu. To coś, czego nie znajdzie pan w tabelce pod hasłem „metrum”. Tabelka opisuje system. Poeta zostawia w systemie siebie.

— I Cykada to robi?

Profesor spojrzał ponownie na wszystkie teksty.

— Jeszcze za mało materiału, żebym ogłaszał narodziny nowej Szymborskiej. Niech pan mnie nie kompromituje.

— Nie zamierzałem.

— Zamierzał pan.

Uśmiechnął się.

— Ale jedno mogę powiedzieć. Ktoś, kto uzna te teksty wyłącznie za naiwne rymowanki, zobaczy tylko powierzchnię. Ktoś, kto ogłosi je wersyfikacyjnym arcydziełem, też przesadzi. Najciekawsze jest coś pomiędzy.

Wskazał kolejno tytuły.

— „Cykada”: rytm jako dźwięk.

— „Świetlik”: regularność krótkiego wersu.

— „Świerszcz”: tonizacja i trzy akcentowe podpory przy swobodzie sylabicznej.

— „Motyl”: demonstracja, że regularny ośmiozgłoskowiec nie stanowi dla niej problemu.

— „Kiedy łzy już wyschły”: ustanowienie porządku, a potem jego rozluźnienie, dodatkowo wykorzystane jako komentarz do tego, co dzieje się wokół autorki.

Rozłożył ręce.

— Przecież ona urządziła wam mały kurs rytmiki, a wy się pokłóciliście, czy świetlik może mieć duszę.

Parsknąłem śmiechem.

Profesor nie.

Patrzył na ekran.

— Chcę z nią porozmawiać.

— Z kim?

— Z Cykadą.

— Nie znam jej.

— Jest pan na tym portalu.

— Ona też.

— Więc proszę napisać.

— To anonimowy portal. Nie wiem, kim jest.

— Proszę się dowiedzieć.

— Profesorze...

— Koniecznie.

Pierwszy raz podczas naszej rozmowy zobaczyłem w jego oczach coś, czego wcześniej tam nie było.

Nie akademicką ciekawość.

Ciekawość dziecka.

---

Zadzwoniłem do Adriana.

— Profesor chce Cykadę.

— Jaką Cykadę?

— Tę od wierszy.

— Marek, błagam cię...

— Chce wiedzieć, kim jest.

— To napisz do niej.

— A jeżeli nie odpowie?

— To nie odpowie.

— A można sprawdzić?

Adrian zamilkł.

— Legalnie?

— Oczywiście.

— Zapytam.

Kilka dni później odezwał się ponownie. Znalazł specjalistę od bezpieczeństwa cyfrowego. Nie żadnego hakera z piwnicy. Człowieka, który zgodził się przyjrzeć wyłącznie informacjom, które można było zweryfikować zgodnie z prawem i za zgodą administratora.

Po dwóch dniach zadzwonił Adrian.

Nie żartował.

— Dziwna sprawa.

— Co?

— Nie wiem.

— Adrian.

— Człowiek, którego ci dałem, też nie wie.

— Czego?

— Skąd ona jest.

— Przecież musi być jakiś adres poczty.

— Jest.

— No to?

— Prowadzi donikąd.

— Jak to donikąd?

— Tak mi powiedział.

— A logowania?

— Są ślady techniczne, ale niczego sensownego nie da się z nich wyprowadzić. Żadnej stabilnej lokalizacji, żadnej tożsamości, której można zaufać. Każdy trop kończy się, zanim się zacznie.

— VPN?

— Pytałem.

— I?

— Powiedział, że gdyby miał proste wyjaśnienie, właśnie by mi je podał.

Poczułem nieprzyjemne zimno na karku.

— Czyli co?

— Czyli zostaw tę kobietę w spokoju.

— Dlaczego?

— Bo albo bardzo nie chce być znaleziona...

Urwał.

— Albo?

— Nie wiem.

— Adrian.

— Powiedziałem: nie wiem.

Rozłączył się.

---

Tej nocy długo siedziałem przed komputerem.

Nie pisałem.

Nie czytałem.

Myślałem.

Przypominałem sobie pierwsze:

cyk.

Potem drugie:

cyk.

Świetlik.

Świerszcz.

Motyl.

Chochliki.

Prześmiewca.

Profesor powiedział:

„Ona się wam przedstawiła”.

Może rzeczywiście.

Tylko kim?

Spojrzałem na zegarek.

Dochodziła druga.

Wyłączyłem komputer.

Ekran zgasł.

W pokoju została tylko ciemność i słabe światło zza okna.

Wstałem.

I wtedy usłyszałem:

cyk.

Zatrzymałem się.

Cyk.

Rozejrzałem się.

— Bardzo śmieszne — powiedziałem do pustego pokoju.

Cisza.

Podszedłem do drzwi.

Za plecami coś rozbłysło.

Odwróciłem się.

Monitor był włączony.

Nie dotknąłem go.

Na czarnym ekranie nie było pulpitu.

Nie było przeglądarki.

Nie było nawet kursora.

Był tylko jeden napis.

Cykada

Pod nim pojawiło się zdjęcie profilowe.

Dziewczynka w wianku.

To samo, które widziałem na portalu dziesiątki razy.

Patrzyłem.

Dziewczynka też patrzyła.

Po chwili obraz zadrżał.

Najpierw ledwie zauważalnie.

Potem twarz zaczęła się zmieniać.

Dziecięce policzki wydłużyły się. Oczy stały się głębsze. Włosy opadły na ramiona. Wianek pozostał, ale wyglądał już inaczej — jakby był spleciony nie z kwiatów, lecz ze światła.

Po kilku sekundach z ekranu patrzyła na mnie przepiękna kobieta.

Nie fotografia.

Ona.

Żywa.

Przechyliła lekko głowę.

Uśmiechnęła się.

Patrzyłem na nią, nie mogąc wydobyć słowa.

A ona powoli uniosła palec do ust.

Potem...

puściła do mnie oko.

Ekran zgasł.

W pokoju znów zrobiło się ciemno.

Siedziałem nieruchomo jeszcze przez długą chwilę.

A gdzieś za otwartym oknem, chociaż był już październik, usłyszałem tylko:

cyk...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • piliery godzinę temu

    Marabut tylko nie zapomnij, ponownie, pod kolejnym jej tekstem, w imieniu "Cykady" podziękować. :D

  • Marabut

    Powiedziałeś ,że mam powiedzieć pierwszy powiedziałem a ty dałeś długą co jest z tobą.🤣

  • Grafomanka

    Teraz to się dopiero uśmiałam, Marabut co Ty wymyśliłeś? Trzeba było chociaż styl wypowiedzi ''profesora'' podmienić na kogoś innego, a nie swoim nadawać... cyrki na tym portalu niesamowite xD

  • Aisak

    Mam nadzieję, że Netflix nakręci serial o tej historii😆

  • Marabut

    Nie mają tyle kasy.🤣

  • Aisak

    Zrobimy zrzutkę😆

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania