Czarodziej snu

Zatrzymał się na skraju urwiska.

Przychodził tu każdego dnia po nocnej wędrówce. Świat jeszcze spał. Cisza była zimna, kamienna, a trawa moczyła mu buty. Stał długo, prawie bez ruchu, jak ktoś, kto nie ma już dokąd się spieszyć.

Spojrzał w dół.

Dolina jeszcze nie obudziła się do końca. Na jeziorze leżał blady odblask księżyca. Rzeka zakręcała wokół wzgórz cienką, srebrną kreską. Nad wodą wisiała mgła, poszarpana przy brzegach przez wiatr.

Kochał to miejsce.

Tu był jego dom. I samotność. I wszystko, czego przez wieki nie umiał nazwać inaczej niż przyzwyczajeniem. Wracał zawsze. Nawet po najcięższej nocy chciał zobaczyć pierwszy świt nad doliną.

Odwrócił się i podszedł do granitowego fotela. Wykuł go sam. Nikt inny nie mógł tego zrobić. Od wieków nie było tu nikogo, kto zostałby dłużej niż do przebudzenia. Kamień był chłodny, wytarty w miejscu, gdzie codziennie opierał dłonie.

Usiadł ciężko.

Poły długiego płaszcza opadły po bokach fotela. Był ciężki. Tej nocy cięższy niż zwykle. Do świtu została jeszcze chwila. Odchylił głowę, przymknął oczy i pozwolił, żeby wróciło wszystko, co widział po drodze.

I znów zobaczył całą noc.

Obrazy przesuwały się pod powiekami jeden za drugim.

Dziecko śpiące niespokojnie, z dłonią zaciśniętą na brzegu poduszki.

Kobietę leżącą samotnie po tej stronie łóżka, po której nikt już nie oddychał.

Matkę tulącą do piersi niemowlę.

Dwoje ludzi śpiących tak blisko, jakby dzień miał ich zaraz rozdzielić.

Żołnierza śpiącego w wilgotnym okopie.

Głodne dziecko skulone pod ścianą obcego miasta.

Wszystkich łączył sen.

W śnie dawał ludziom to, czego najbardziej im brakowało. Czasem tylko na kilka minut. Czasem na całą noc.

Odrobinę szczęścia.

Ile ludzi, tyle jego odmian. Dla jednych był to spokojny oddech dziecka. Dla innych czyjaś dłoń na kołdrze, pokój za oknem albo kromka chleba, której nie trzeba było nikomu oddawać.

To wszystko potrafił ofiarować.

Ale tylko na chwilę.

Tylko we śnie.

Westchnął ciężko.

Ile smutku mieścił świat.

A on był tylko jeden.

Wyczuł, że za moment pierwsze promienie słońca rozedrą mrok nad doliną. Tym razem jednak nie chciał patrzeć. Chciał jedynie poczuć światło — tak, jak naprawdę kocha się drugiego człowieka: nie oczami, lecz sercem.

I wtedy poczuł.

Ciepło.

Lekki dotyk na policzku. Tak delikatny, że przez ułamek sekundy pomyślał o jej dłoni.

Znał to uczucie.

Wspomnienia obudziły się w jednej chwili.

Uśmiechnął się. Zaraz potem twarz mu stężała. To wspomnienie zawsze przychodziło tak samo: najpierw ciepło, potem ból.

Siedzieli kiedyś naprzeciw siebie.

Trzymał jej dłoń trochę za mocno. Wiedział o tym i mimo to nie puszczał. Miała jasne oczy, spokojne, a kiedy się uśmiechała, przez moment zapominał, że jutro znowu będzie musiała odejść.

Był szczęśliwy.

Choć wiedział, że należała do innego.

Tak jak on należał do innej.

A jednak te krótkie, skradzione godziny zostały w nim mocniej niż całe wieki samotności.

Pamiętał pierwszy pocałunek.

Nieśmiały. Krótki. Tak ostrożny, jakby oboje bali się sprawdzić, czy naprawdę się wydarzył.

Co było dalej?

Otworzył oczy.

Słońce wychyliło się zza wzgórz.

Czas ruszać.

Będzie wspominał innym razem.

Podniósł się z trudem i rozpoczął wędrówkę wąską ścieżką prowadzącą w dół, ku dolinie. Tego dnia nie miał ochoty zachwycać się jej pięknem. Nie zauważał rosy lśniącej na trawach ani zapachu mokrej ziemi budzącej się do życia.

Podążał tam, gdzie mieszkał sen.

Na ostatnich krańcach zachodu.

Tam prawie zawsze wisiała mgła. Nie śpiewały ptaki. Nie odzywały się zwierzęta. Tylko Rzeka Zapomnienia szumiała jednostajnie, jak ktoś, kto zna wszystkie kołysanki świata i żadnej nie pamięta do końca.

Tam znajdowała się grota Czarodzieja Snu.

Przed wejściem rosły maki i zioła o zapachu tak ciężkim, że człowiek zaczynał mrugać wolniej. Drzwi nie było. Nawet ciche skrzypnięcie mogłoby spłoszyć sen.

Pośrodku groty stało hebanowe łoże pokryte najdelikatniejszym puchem.

Tam spał Czarodziej Snu.

Wokół leżały marzenia senne: małe, jasne, czasem prawie niewidoczne. Jedne drżały jak płomyki. Inne były ciężkie i matowe, jakby ktoś za długo nosił je pod sercem.

Kiedy docierał do końca drogi, słońce stało już wysoko. Nigdy nie miał czasu na odpoczynek. Odpoczywał tylko wtedy, gdy widział uśmiech pojawiający się na śpiących twarzach ludzi. To była jego ulga. Jego jedyny spokój.

Zawsze próbował spełnić wszystkie senne pragnienia.

Nie zawsze zdążył.

Wtedy śpiący płakali. Najgorzej było patrzeć na łzy, których rano nikt nie pamiętał.

Wszedł do groty…

I nagle się zatrzymał.

Płaszcz.

Zapomniał o najważniejszym.

Wyszedł szybkim krokiem i skierował się ku Rzece Zapomnienia. Każdego dnia płukał w niej swój płaszcz przesiąknięty ludzkim bólem, troskami i łzami. Rzeka zabierała je daleko, unosząc na falach ku Morzu Westchnień.

Droga prowadziła przez brzozowy las.

Zawsze odnajdywał tam spokój. Dziś chciał przejść przez niego jak najszybciej.

Wszedł między drzewa.

Brzozy zawsze go zatrzymywały. Jasne, kruche z wyglądu, a jednak uparte. Były jak…

Ona.

Nagle coś przemknęło między pniami.

Zatrzymał się i wytężył wzrok.

Nic.

Może tylko wiatr. Może pamięć znów robiła z nim, co chciała.

— Kochany… kochany…

Ten głos.

Tak znajomy.

Serce zadrżało.

I znów coś przemknęło pomiędzy drzewami — szybko, lekko, niemal bezszelestnie.

Dopadło go wspomnienie.

Nie bronił się. Nie miało to sensu. To wspomnienie i tak zawsze znajdowało drogę.

Przecież ten las stworzył dla niej.

Kochała brzozy.

Każde drzewo trochę ją przypominało. Wiedział, że to niedorzeczne. I wracał tu mimo wszystko.

Usiadł pod najpiękniejszą z nich, oparł plecy o biały pień i zamknął oczy. Znów poczuł ciepło jej dłoni.

I znów wróciły obrazy.

Ona między drzewami.

Ona nad rzeką.

Ona pośród trzcin jeziora.

Zawsze uśmiechnięta.

Pamiętał dzień, gdy zobaczył ją po raz pierwszy.

Było to dawno. Bardzo dawno. Pamięć jednak nie znała się na czasie.

Wracał wtedy po nocnej wędrówce, zmęczony ludzkimi smutkami. Chciał tylko dotrzeć do doliny i zobaczyć wschód słońca.

I wtedy ją ujrzał.

Stała przy jego granitowym fotelu.

„Któż odnalazł to miejsce? Przecież nie ma go na żadnej mapie…” — pomyślał.

Podszedł bliżej.

Była odwrócona do niego plecami. Długi płaszcz miękko opadał wzdłuż jej sylwetki, głowę miała lekko pochyloną.

Nie chciał jej przestraszyć.

Zawsze chodził cicho. Taki miał odruch. Nie budzi się tych, którym właśnie próbuje się pomóc.

Dlatego jeszcze z oddali posłał ku niej delikatny podmuch wiatru niosący cichy szept:

— Witaj…

Podniosła głowę i odwróciła się.

Wtedy zobaczył jej twarz.

Piękne oczy.

I uśmiech tak spokojny, jakby znała go od zawsze.

Nie bała się go.

— Witaj — odpowiedziała.

Przez chwilę nie umiał odpowiedzieć. To było głupie. On, który znał szepty milionów ludzi, nagle nie miał własnego głosu.

— Witaj — powtórzyła ciszej.

— Witaj… — odpowiedział wreszcie.

Poczuł suchość w ustach. Serce biło mu za szybko. Dawno nie pamiętał, że w ogóle może tak bić.

— Kim jesteś? — spytała.

— Gospodarzem tej doliny.

Rozejrzała się wokół.

— Jakiej doliny? Tu przecież nie ma nic… tylko ciemność.

Uśmiechnął się łagodnie.

— Masz rację. Na razie jest tu tylko ciemność. Ale chodź ze mną. Coś ci pokażę. Pozwól, że wezmę cię za rękę — jest tu wiele kamieni.

Podała mu dłoń.

Kiedy ujął jej dłoń, przeszedł go dreszcz. Była ciepła. Tylko tyle. Aż tyle.

Spojrzał w jej oczy.

Choć wokół trwał jeszcze mrok, widział w nich światło.

— Chodź — szepnął.

Zaprowadził ją na skraj urwiska.

Miała rację.

Dolina wciąż tonęła w ciemności.

— Spójrz… — powiedział i wskazał wschodnią część nieba.

Za górami zaczynało rodzić się słońce.

Lecz tego ranka wydarzyło się coś dziwnego.

Zawsze pierwsze promienie padały na jezioro.

A tym razem pobiegły w innym kierunku.

Ku niej.

Rozświetliły jej twarz miękkim złotem świtu.

Dopiero wtedy zobaczył ją naprawdę.

Patrzył na nią i nie umiał znaleźć dla tego obrazu żadnego snu, który znał wcześniej.

Stała w blasku poranka. Włosy miała jeszcze wilgotne od mgły, twarz spokojną, ale nie pustą. Był w niej ślad drogi. Jakby szła długo i dopiero tutaj pozwoliła sobie odetchnąć.

— Pięknie tu — powiedziała cicho.

Powiedziała to tak cicho, że przez chwilę nie był pewien, czy naprawdę usłyszał głos, czy tylko pomyślał te słowa razem z nią.

— To moja dolina — odparł. Po chwili poprawił się ciszej: — Była moja. Chyba do tej chwili.

Uśmiechnęła się.

— Czyli teraz należy też do mnie?

Nie odpowiedział od razu. Spojrzał w dół, na jezioro, na rzekę, na mgły unoszące się nad trawami. Przez tyle wieków nikt nie wypowiedział tych słów. Nikt nie wszedł tu naprawdę. Ludzie odwiedzali jego krainę tylko we śnie. Przychodzili na chwilę, z zamkniętymi oczami, niosąc w sobie głód, tęsknotę albo ból.

Ona stała obok niego na jawie.

— Jeśli zechcesz — powiedział w końcu — może należeć do ciebie bardziej niż do mnie.

Odwróciła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.

Nie znał takiego spojrzenia. Ludzie patrzyli na niego różnie: jedni z nadzieją, inni z prośbą, jeszcze inni z lękiem, którego nawet sen nie potrafił do końca uciszyć. Ona patrzyła bez strachu. Jakby widziała w nim nie czarodzieja, nie samotnego wędrowca nocy, nie tego, który nosił cudze troski w fałdach płaszcza.

Widziała jego samego.

To go poruszyło.

I przestraszyło.

Bo przed kimś, kto naprawdę patrzy, magia nagle robi się za cienka.

Przez chwilę milczeli. Dolina powoli rozjaśniała się pod nimi. Na jeziorze drżał blask świtu, rzeka oplatała wzgórza srebrną nicią, a ptaki, jakby dopiero teraz przypomniały sobie o świecie, zaczęły ostrożnie próbować pierwszych dźwięków.

— Jak masz na imię? — zapytał.

Uśmiech zniknął z jej twarzy, ale nie dlatego, że posmutniała. Raczej jakby wróciła pamięcią do miejsca, z którego przyszła.

— Czy imię jest tu ważne?

— Dla ludzi bardzo.

— A dla ciebie?

Zawahał się.

Przez setki lat znał imiona śpiących. Szeptał je nad ich łóżkami, rozpoznawał po oddechu i drżeniu powiek. A teraz stał przed nią i bał się, że każde imię będzie za małe.

— Chyba ważniejsze jest to, co po kimś zostaje — powiedział. — Nie samo imię.

— To zapamiętaj mnie po śladzie.

— Już zapamiętałem.

Spuściła wzrok, a na jej policzku pojawił się cień rumieńca. Był tak delikatny, że mógłby go pomylić z odbiciem wschodzącego słońca, gdyby nie to, że przez moment cały świat wydał mu się cieplejszy.

Tego ranka spóźnił się do groty pierwszy raz od bardzo dawna.

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zapomniał o zmęczeniu. Pokazał jej dolinę. Szli wąską ścieżką między skałami, a on trzymał jej dłoń nie dlatego, że bała się potknąć, lecz dlatego, że sam bał się ją puścić.

Opowiadał jej o jeziorze, w którym nocą zostają odbicia niewypowiedzianych marzeń. O rzece, która zabiera łzy. O drzewach na zboczach, które szumią mocniej, gdy ktoś tęskni. Mówił za dużo. Wiedział o tym. Nie potrafił przestać.

Słuchała uważnie.

Nie przerywała.

Czasem tylko dotykała palcami kory drzewa, pochylała się nad źdźbłem trawy albo zamykała oczy, kiedy wiatr niósł zapach maków z odległych pól snu.

— Jesteś bardzo samotny — powiedziała nagle.

Nie spytała.

Powiedziała.

Stanął.

— Samotność jest częścią mojego zadania.

— Brzmi jak wymówka.

Spojrzał na nią zaskoczony. Nikt nigdy nie mówił do niego w ten sposób. Ludzie prosili. Płakali. Czasem dziękowali przez sen. Ale nikt nie stawał naprzeciw niego z taką prostotą, jakby potrafił wyjąć prawdę z jego serca i położyć mu ją na dłoni.

— Możliwe — odparł po chwili.

— To, że pomagasz innym, nie znaczy, że sam masz zniknąć.

Uśmiechnął się smutno.

— Nie wiesz, ile kosztuje cudzy sen.

Podeszła bliżej.

— A ty mówisz tak, jakbyś już dawno zabronił sobie własnego.

Zapamiętał to zdanie.

Nie od razu zrozumiał, dlaczego.

Może dlatego, że zabolało.

A prawda zwykle boli najciszej.

Od tamtego dnia przychodziła coraz częściej.

Nie pytał, skąd zna drogę. Może żadna mapa nie prowadziła do doliny, ale są miejsca, do których trafia się nie stopami, lecz tęsknotą. A ona nosiła w sobie tęsknotę głęboką i cichą, ukrytą pod spokojnym uśmiechem.

Spotykali się o świcie.

Czasem siedzieli na granitowym fotelu, ramię przy ramieniu, i patrzyli, jak światło rozlewa się po dolinie. Czasem szli nad jezioro, gdzie woda była tak spokojna, że odbijała nie twarze, lecz myśli. Czasem milczeli przez długie godziny, a mimo to miał wrażenie, że powiedzieli sobie więcej niż ludzie przez całe życie.

Stworzył dla niej las brzozowy.

Nie od razu.

Najpierw zauważył, jak zatrzymała się przy jednej samotnej brzozie rosnącej nad rzeką. Położyła dłoń na białej korze i uśmiechnęła się tak, jak uśmiecha się ktoś, kto spotkał starego przyjaciela.

— Kochasz te drzewa — powiedział.

— Wyglądają, jakby światło nauczyło się stać — odparła, trochę zawstydzona własnym zdaniem.

Następnej nocy, gdy wrócił z wędrówki po snach ludzi, nie poszedł odpocząć. Stanął na pustym zboczu niedaleko Rzeki Zapomnienia i uniósł dłonie. Z mgły, rosy, srebra księżyca i odrobiny własnej tęsknoty zaczął tworzyć las.

Jedną brzozę.

Drugą.

Dziesiątą.

Setną.

Każda była smukła, jasna, delikatna. Każda miała w sobie coś z niej. Z jej ciszy. Z jej uśmiechu. Z jej dłoni.

Kiedy przyszła o świcie i zobaczyła las, nie powiedziała nic.

Tylko spojrzała na niego.

A potem podeszła i przytuliła twarz do jego dłoni.

— Nie wiem, co powiedzieć — szepnęła. — Chyba nikt nigdy nie zrobił dla mnie czegoś takiego.

Wtedy po raz pierwszy ją pocałował.

Nie tak, jak całuje się kogoś, kogo jest się pewnym.

Raczej tak, jakby już wtedy wiedział, że będzie musiał ten pocałunek zapamiętać za nich oboje.

I może dlatego ten pocałunek został z nim na zawsze.

Od tamtego pocałunku dolina nie była już taka sama.

Nie zmieniły się góry, nie zmieniła się rzeka, nie zmieniło się jezioro. A jednak wszystko miało inny odcień. Świt przychodził ciszej, jakby nie chciał im przeszkadzać. Wiatr łagodniej poruszał trawami. Nawet kamienie na ścieżkach zdawały się pamiętać kroki, które stawiali obok siebie.

Czarodziej Snu nie umiał już wracać z nocnych wędrówek tak jak dawniej.

Kiedy przechodził nad łóżkami ludzi i szeptał im obrazy szczęścia — zapach chleba, głosy zmarłych, ciepło czyjejś dłoni — coraz częściej łapał się na tym, że myśli o niej.

O jej spojrzeniu.

O brzozach.

O tym, jak milczała, gdy rozumiała więcej niż słowa.

I po raz pierwszy poczuł lęk.

Nie bał się ciemności. Znał ją przecież od początku świata. Nie bał się samotności, bo przez wieki była jego płaszczem, domem i cieniem. Nie bał się ludzkiego bólu, choć nosił go codziennie przy sobie.

Bał się czegoś prostszego: że po raz pierwszy od wieków ma co stracić.

Pewnego ranka znalazł ją nad Rzeką Zapomnienia.

Siedziała na kamieniu, boso, z palcami zanurzonymi w srebrnej wodzie. Włosy opadały jej na ramiona, a twarz miała spokojną, lecz zbyt bladą. Obok niej wiatr poruszał źdźbłami trawy tak ostrożnie, jakby przechodził przez pokój chorego dziecka.

— Jesteś dziś smutna — powiedział.

Nie odwróciła się od razu.

— Rzeka brzmi inaczej, kiedy człowiek ma coś na sumieniu.

Usiadł obok niej.

— Tobie? Co mogłoby ciążyć tobie?

Uśmiechnęła się ledwie widocznie.

— Widzisz mnie piękniejszą, niż jestem.

— Staram się widzieć prawdziwie.

— Nie. — Pokręciła głową. — Ty widzisz mnie tutaj. W dolinie. O świcie. Wśród brzóz, które stworzyłeś dla mnie. Ale poza tym miejscem istnieje świat, do którego muszę wracać.

Po tych słowach przez chwilę słychać było tylko rzekę.

Rzeka szumiała dalej, ale już inaczej. A może tylko jemu się tak wydawało.

— Wiem — odparł cicho.

— Nie pytasz dlaczego?

— Boję się odpowiedzi.

Spojrzała na niego tak łagodnie, że zabolało go bardziej, niż gdyby odwróciła wzrok.

— Należę do życia, które wybrałam, zanim cię spotkałam.

Milczał.

— Mam dom — mówiła dalej. — Mam człowieka, który zna moje imię na jawie. Mam obowiązki, dni poukładane jak książki na półce. Nie wszystko w nich jest szczęściem, ale nie wszystko jest też kłamstwem.

— A ja? — zapytał, zanim zdążył się powstrzymać.

Nie chciał tego powiedzieć. Słowa same wyszły z niego jak oddech wyrwany z piersi.

W jej oczach pojawiły się łzy. Nie odwróciła wzroku.

— Ty jesteś czymś, czego nie umiałam sobie nawet wyśnić.

Zamilkli.

Czarodziej patrzył na płaszcz leżący obok. Był ciemny, ciężki od cudzych trosk. Nosił go przez wieki. Dopiero teraz miał ochotę zrzucić go z ramion i zostawić w trawie.

— Mógłbym dać ci sen — powiedział po chwili. — Taki, w którym nie ma tamtego życia. Nie ma winy. Jesteśmy tylko my. Świt. Las.

Odwróciła się ku niemu gwałtownie.

— Nie.

Powiedziała to cicho. I właśnie dlatego zabrzmiało mocniej.

— Nie rób ze snu miejsca, w którym będę musiała kłamać.

Zamknął oczy.

Zrozumiał.

Przez całe wieki przynosił ludziom ukojenie. Wiedział jednak jedną rzecz: sen może pocieszyć, ale nie wolno mu odebrać wyboru. Nawet jeśli wybór boli.

— Przepraszam — szepnął.

Położyła dłoń na jego dłoni.

— Wiem, że chciałeś, żeby przestało boleć.

— Chciałem zatrzymać ciebie.

Tym razem nie odpowiedziała.

Nie trzeba było.

Przez długi czas siedzieli nad rzeką, a woda płynęła obok nich, zabierając szepty, których nie mieli odwagi wypowiedzieć. Potem ona wstała, otrzepała suknię z drobinek piasku i spojrzała w stronę brzozowego lasu.

— Pójdziesz ze mną?

Poszli.

Las przyjął ich ciszą. Brzozy stały smukłe i jasne, jakby każda z nich trzymała w sobie jeden oddech. Szli powoli. Ona co jakiś czas dotykała palcami pni, jakby żegnała się z kimś bliskim.

— Dlaczego mam wrażenie, że to ostatni raz? — spytał.

Zatrzymała się.

Nie odwróciła głowy.

— Bo czasem człowiek wie wcześniej, niż umie to sobie powiedzieć.

Podszedł i objął ją od tyłu. Ostrożnie. Za ostrożnie. Oparła głowę o jego pierś. Czuł jej oddech i przez chwilę ta zwyczajność była prawie nie do zniesienia.

— Nie chcę cię stracić — powiedział.

— Nie stracisz mnie.

— Odejdź, a stracę.

Odwróciła się w jego ramionach.

— Nie. Straciłbyś mnie wtedy, gdybyś próbował mnie zatrzymać wbrew temu, kim jestem.

Powiedziała to łagodnie, ale zabolało.

Pochylił głowę.

— Więc co mi zostanie?

Dotknęła jego twarzy.

Tak samo jak wtedy, gdy wspomnienie obudziło go pod świtem.

— To, co najtrudniej unieść.

— Co?

— Miłość, której nie da się mieć na własność.

Uśmiechnął się smutno.

— Brzmi jak kara.

— Może. A może jak coś, czego człowiek uczy się za późno.

Przyciągnął jej dłoń do ust i pocałował jej wewnętrzną stronę. Zamknęła oczy. Przez krótką chwilę wyglądała tak, jakby chciała zostać. Jakby całe jej ciało mówiło „tak”, podczas gdy los mówił „nie”.

A potem między brzozami rozległ się dźwięk.

Nie był to śpiew ptaka ani szum wiatru.

To był dzwon.

Daleki, ledwie słyszalny, dochodzący z miejsca, którego nie było w dolinie.

Z jej świata.

Otworzyła oczy.

— Muszę iść.

Nie próbowała ich ozdobić. Może dlatego zabolały najbardziej.

Odprowadził ją do skraju lasu. Tam, gdzie mgła była gęstsza, a ścieżka urywała się między światami. Stała przed nim blada, piękna, nie do zatrzymania.

— Czy jeszcze wrócisz? — zapytał.

Chciała odpowiedzieć. Widział to. Ale prawda zatrzymała jej głos.

Więc tylko podeszła i pocałowała go.

Nie jak pierwszy raz.

Nie spokojnie.

Pocałowała go mocno. Zbyt długo jak na pożegnanie. Zbyt krótko jak na wszystko, czego nie powiedzieli.

Kiedy odsunęła się od niego, po jej policzku spływała łza.

Nie otarł jej.

Pozwolił jej spaść.

Rzeka mogła zabierać cudze łzy. Tej jednej nie chciał jej oddać.

— Zapamiętaj mnie po śladzie — powiedziała cicho.

— Nie umiem inaczej.

Uśmiechnęła się przez łzy.

Potem weszła w mgłę.

Przez chwilę widział jeszcze zarys jej sylwetki. Długi płaszcz. Jasną dłoń. Włosy poruszone wiatrem.

A potem zniknęła.

Las pozostał.

Brzozy stały nieruchomo.

Czarodziej Snu długo nie ruszał się z miejsca. Dopiero gdy słońce podniosło się wysoko, odwrócił się i powoli wrócił nad Rzekę Zapomnienia.

Zanurzył płaszcz w wodzie.

Ludzkie troski odpływały z materiału ciemnymi smugami. Rzeka zabierała je cierpliwie, jedną po drugiej. Tego dnia nie poradziła sobie tylko z jednym ciężarem.

Jego własnego.

Wtedy zrozumiał coś, czego przez wieki wolał nie rozumieć.

Najtrudniejsze sny nie zawsze należą do ludzi.

Czasem noszą je ci, którzy muszą budzić innych.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania