Czarownica - Część 1 - Szczęście

„Nic co ludzkie nie jest mi obce. Wszystko co nieludzkie, jest mi wrogie.”

 

Byłam więźniem Stosu. Organizacji powołanej do walki z czarownicami, której głównym celem jest zabicie wszystkich osób mających jakikolwiek związek z magią.

Dzisiaj opowiem ci moją historię, lecz muszę uprzedzić, że nie znajdziesz w niej zbyt dużo szczęścia i chwil, które mógłbyś uznać za wesołe. Na imię mam Wiktoria. Cóż za ironia. Victoria w łacinie znaczy zwycięstwo. Moje życie jednak jest jedną wielką porażką. Pochodzę z Polski, serca europy. Pięknego, a za razem nietolerancyjnego i okrutnego państwa. Lata młodości spędziłam w malutkiej wiosce, leżącej kilkanaście kilometrów na wschód od Warszawy. Byłam ślicznym dzieckiem. Jak przez mgłę pamiętam moje piękne, błyszczące w promieniach słońca, kasztanowe loki. Jak przez mgłę pamiętam słońce. Nie zapomniałam jednak, że wszędzie było mnie pełno. Ani jednej chwili nie potrafiłam usiedzieć w miejscu. Każdego wieczoru, kiedy wracałam do domu po dniu pełnym psot i zabawy, w pokoju, siedząc na bujanym fotelu, jak zwykle zamyślona, czekała na mnie mama. Była piękną kobietą. Moje cudowne włosy odziedziczyłam właśnie po niej. Teraz, kiedy nie ma jej przy mnie, długimi godzinami staram się przypomnieć sobie jej twarz. Nadaremnie. Wychowywała mnie samotnie. Nigdy nie poznałam ojca. Nigdy z nikim nie rozmawiałam na jego temat, nie potrzebowałam tego. Miałam wszystko, czego potrzebowałam do szczęścia. Otoczona przyjaciółmi, rodziną, żyłam w złudzeniu domu pełnego miłości. Każdego wieczoru, kiedy mama kładła mnie do łóżka, siadała tuż obok, tak, że czułam jej ciepło, głaskała mnie po głowie i pięknym głosem śpiewała kołysankę. Udawałam, że śpię i słuchałam jej cichego płaczu. Być może znała przyszłość, wiedziała co nas czeka.

Dzisiaj zastanawiam się, gdzie się podziała tamta Wiktoria. Wiecznie uśmiechnięta, rozgadana dziewczynka. Zginęła, umarła dawno demu. Zostało po niej tylko niewyraźne wspomnienie.

Teraz już wiem, że szczęście jest złudzeniem. To tylko ulotna chwila, która pojawia się nagle, żeby jeszcze szybciej zniknąć. Prawdziwe jest cierpienie. Towarzyszy nam przez większość życia, sprawia, że jesteśmy silniejsi i odporniejsi, jednak powoli wyniszcza nas od środka. Pożera człowieczeństwo, czyniąc z ludzi bezwartościowe, pozbawione uczuć stworzenia.

Nigdy nie zapomnę moich piętnastych urodzin. Wróciłam wtedy z kilkudniowej wycieczki szkolnej. Otworzyłam wejściowe drzwi i czekałam, aż przybiegnie mama, mocno mnie przytuli, powie jak bardzo tęskniła. Ale dom był pusty. Głucha cisza odbijała się od ścian, powoli potęgując moje przerażenie. Stan ten przerwały dobiegające zza okna krzyki ludzi, których dawniej nazywałam przyjaciółmi. Biegli, jakby byli spóźnieni na coś bardzo ważnego, coś, czego nie wolno przegapić. Bez zastanowienia wybiegłam z mieszkania i ruszyłam za nimi. Być może domyślasz się co było dalej. Tłumy wrzeszczących ludzi, rzucających w stronę przywiązanej do muru kobiety, wszystkim, co wpadało im w ręce. W ich oczach płonęła niezrozumiała dla mnie nienawiść. Stałam jak wryta, przyglądając się temu procederowi, który jest naszą normalnością. Stos dopadł czarownicę. W głębi serca czułam, kim ona jest, jednak nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Przezwyciężyłam paraliżujący nogi strach i podeszłam bliżej. Po chwili zaczęłam biec, przedzierać się przez tłumy ludzi, których z całego serca nienawidziłam i zawsze będę nienawidzić. Rozpychałam się, wrzeszczałam, żeby zostawili moją matkę. Przecież ona nie zrobiła nic złego. Upadłam na kolana, potrącona przez jakąś kobietę, która krzyczała, żeby zabili moją mamusię. Zaczęłam głośno płakać. Wpadłam w histerię, rzuciłam się na mężczyznę, który w wysoko uniesionej dłoni trzymał kamień. Nigdy jednak do niego nie dotarłam. Dwóch nieznajomych, ubranych na czarno facetów chwyciło mnie mocno za ramiona, po czym ciągnęli mnie w stronę ciemnej, bocznej uliczki. Walcząc, siłując się z nimi, próbując odzyskać wolność, wyrwać się, uciec do mamy, pomóc jej, kątem oka widziałam lecący kamień. Cały świat zatrzymał się w miejscu, usłyszałam śpiew. Moją ulubioną kołysankę, jakby zapewnienie, że wszystko będzie dobrze. Przerwał ją krzyk, otoczenie wróciło do normy. Szybko przekonałam się, że mama nie miała racji. Nic już nie będzie dobrze. Wiedziałam, że mnie opuszcza. Słyszałam jej płacz, czułam, że jej serce przestaje bić. Zostałam sama. Bezbronna, przerażona piętnastoletnia dziewczyna, pobita i zawleczona, jak bezwładny wór mięsa i kości, do ciemnego i ciasnego bagażnika czarnego samochodu. Po mojej twarzy ciekły krew i łzy.

Zabrali mnie do miejsca, które nazywali twierdzą. W długim, zimnym korytarzu ponownie mnie pobili. Nie posiadali czegoś, chociażby podobnego do sumienia. Na nic zdały się krzyki, płacz i błaganie o litość. Jednak to nie ból był najgorszy. Połamane kości, wybite zęby, kałuża krwi, w której leżałam, to nic w porównaniu do utraty godności, niewinności, kiedy każdy z nich, po kolei, brutalnie mnie gwałcił, krzycząc i nazywając mnie małą suką, z szyderczym uśmiechem pytając czy mi się to podoba, co chwilę uderzając mnie otwartą dłonią w twarz. Nie miałam wystarczająco sił, żeby się obronić. Dwóch mężczyzn mnie trzymało, jeden zaspokajał swoje żądze a jeden przyglądał się wszystkiemu, głośno się śmiejąc. Po wszystkim obrywałam jeszcze mocniej, tak, żeby na chwilę mnie zamroczyło, po czym moi oprawcy zamieniali się miejscami i wszystko zaczynało się od nowa. Myślałam, że nie będzie to miało końca. Przestałam się rzucać, próbować wyślizgnąć z objęć. Po cichu płakałam, leżąc na plecach, mając na sobie śmierdzącego, spoconego gnoja. W końcu znudziła im się ta zabawa. Usłyszałam kilka obelg, otrzymałam kilka ciosów i straciłam przytomność. Obudziłam się kompletnie sama, w ciemnej, ciasnej celi. Usiadłam na chropowatej podłodze, podkurczyłam nogi, objęłam je rękoma i trzęsłam się z zimna. Zaczęłam wrzeszczeć przez łzy, zadawałam pytania „gdzie ja jestem?”, „dlaczego mi to robicie?”, „co ja wam zrobiłam?”. W odpowiedzi, w drzwiach celi stanął ogromny mężczyzna. Najgorszy z najgorszych, przez innych nazywany Metalem. Szybko zorientowałam się skąd to przezwisko. Rura, którą trzymał w prawej dłoni, raz po razie lądowała na moich plecach, zadając niewyobrażalny ból. Szybko pojęłam tą lekcję. Nie zadawałam więcej pytań.

Po kilku miesiącach łamania kości, zrywania paznokci, podtapiania, przypalania skóry i wielu innych, bardziej lub mniej wymyślnych rozrywkach, zrozumiałam. Nie mieli dowodów na to, że jestem czarownicą, co za tym idzie, nie mogli mnie zabić. Bicie, tortury, upokorzenia, wszystko to, żebym użyła magii. Gdybym potrafiła, zrobiłabym to po pierwszym gwałcie. Byłam jednak tylko zwykłą dziewczyną. Nie odziedziczyłam po mamie nic oprócz cierpienia. Mojej przyszłości.

Następujące po sobie dni rozróżniałam licząc posiłki. Jeden ohydny i śmierdzący talerz kaszy dziennie. Już po tygodniu smakowało mi to lepiej, niż wszystko, co dotychczas jadłam. Czas we więzieniu płynie bardzo powoli. Kolejne tygodnie, miesiące były bardzo podobne. Ciągłe bicie, tortury, które powoli przestawały robić na mnie jakiekolwiek wrażenie. Jedyną różnicą było to, że po pewnym czasie przestali mnie gwałcić. Pewnie dlatego, że po uroczej, młodej dziewczynie nie został już nawet ślad. Zostało tylko wychudzone, poranione i powykręcane widmo. Cień człowieka.

Po roku przestałam płakać. Przestałam mieć nadzieję na odzyskanie wolności. Przestałam marzyć

Po trzech latach przestałam liczyć dni. Przestałam czuć ból podczas tortur. Oddychałam, ale przestałam żyć.

Po około pięciu latach przestali mnie bić, torturować. Zostałam sama w ciemnościach. Zapomnieli o mnie.

Żyjąc w ciszy, ciemnościach, znając każdy centymetr miejsca, w którym się jest. Każdy centymetr świata, w którym się żyje. Każdą nierówność, każde pęknięcie w betonowej podłodze, w ścianach, człowiek zmienia się w roślinę.

Wegetowałam w nicości, bezmyślnie czekając na dzienną porcję kaszy, wrzuconej przez mały otwór w drzwiach. Nie miałam siły podnieść metalowej, zimnej misy. Spokojnie czekałam, aż przyjdzie po mnie moja jedyna przyjaciółka. Śmierć. Uszami wyobraźni słyszałam jej kroki. Na szyi czułam chłód jej kosy. Byłam gotowa. Zamknęłam oczy i usłyszałam, jak otwierają się drzwi celi. Białe, sprawiające mi ogromny ból światło wdarło się do jej środka. Poczułam, jak ktoś mnie unosi, szarpie za włosy. Chłód trzymających za ramiona, szorstkich dłoni, całkowicie mnie sparaliżował. Byłam całkowicie zdezorientowana, trochę przestraszona, ktoś ciągnął moje chude, bezwładne ciało długim korytarzem. Chłód śliskich płytek sprawił, że zaczęłam się trząść. Zatrzymaliśmy się, mężczyzna ścisnął mnie mocno, poczułam ból. Usłyszałam cichy dźwięk i obiegł mnie delikatny dreszcz. Powiew zimnego wiatru musnął moją skórę. Było to pierwsze miłe uczucie od wielu, wielu lat. Nie trwało ono jednak zbyt długo. Zostałam odepchnięta, spadłam z betonowych schodów, zdzierając przy tym łokcie i kolana. Gdybym miała zęby pewnie bym je straciła. Całe szczęście trudno jest stracić dziąsła. Przez chwilę leżałam nieruchomo na brzuchu, plując krwią i wbijając palce w ciepły, ostry jak brzytwa piasek. Słońce ogrzewało moje plecy, natomiast ruchy powietrza, momentalnie je ochładzały. Znajdujące się pode mną drobinki dostawały się w każdy zakamarek mojego ciała, kiedy próbowałam przesunąć się do przodu, drażniły i raniły wysuszoną, delikatną skórę. Od tak dawna nie słyszałam szumu liści, śpiewu ptaków. Piskliwego, raniącego moje uszy ćwierkania. Uniosłam zmęczone powieki a słońce, o którego istnieniu dawno już zapomniałam, kompletnie mnie oślepiło. Poczułam ból, myślałam, że eksploduje mi czaszka. Skuliłam się niczym ranne zwierzę, dłońmi zakryłam oczy i leżałam tak przez kilka minut, powoli przyzwyczajając się do nowego otoczenia. Przezwyciężyłam ból, strach, odsłoniłam twarz, ręce wsparłam na suchym, doprowadzającym mnie do furii, bezlitosnym dla skóry piasku, po czym delikatnie, powoli przesunęłam się do przodu. Ziarenka żwiru przesuwały się wzdłuż mojego brzucha, wrzynając się głęboko. Słyszałam trzeszczenie własnych kości. Przeczołgałam się kilka metrów i raz jeszcze otworzyłam oczy. Po chwili, wśród otaczającego mnie światła, ujrzałam znajdującą się naprzeciw mnie bramę. Zdobyłam się na ostatni wysiłek, wsparłam dłonie na ziemi i uklękłam na kolana, po czym wstałam. Byłam słaba, z trudem utrzymywałam się w pionie. Otaczający mnie świat zawirował, zrobiło mi się niedobrze, chciałam zwymiotować, ale nie miałam czym. Opuściłam tylko głowę i skupiłam wzrok na nogach. Były blade, strasznie chude. Kości z naciągniętą na nie skórą. Zupełnie nie przypominały nóg piętnastoletniej Wiktorii. Krzywe, połamane palce, wystające żebra, sucha i wrażliwa skóra. Byłam uwięziona w obcym, niczym nie przypominającym mojego ciele.

Tuż za plecami stał ohydny, stary budynek z czerwonej cegły. Moje więzienie. Byłam przerażona, nie wiedziałam co mam robić. Powoli, kulejąc ruszyłam w stronę otwartej bramy. Unoszący się w powietrzu pył drażnił moje nozdrza, czułam, jak z oczu ciekną mi łzy. Strasznie bolały mnie nieprzyzwyczajone do dźwigania ciężaru ciała stopy. Stanęłam na chodniku i momentalnie runęłam na kolana, wrzeszcząc i zakrywając uszy. Nie mogłam znieść hałasu przejeżdżających przed moim nosem samochodów, bawiących się i wrzeszczących przy tym dzieci, muzyki dochodzącej z okna, znajdującego się na drugiej stronie ulicy. Mój krzyk usłyszał każdy, kto znajdował się w okolicy. Nikt nie zwrócił uwagi. Bezwładnie osunęłam się na ziemię i położyłam pod płotem, w moim ukochanym cieniu.

Hałas, smród spalin, spadające na kostkę brukową łzy.

Jestem wolna. Opuściłam celę, wyszłam z więzienia. Cały świat stoi przede mną otworem. Ogromny, jasny, głośny świat.

Jestem wolna, ale to już nie moje miejsce. Mój dom zostawiłam za plecami.

Skuliłam się, jakby miało mnie to obronić przed całym złem tego świata i zasnęłam.

Otworzyłam oczy. Te same szare, puste ściany, ta sama betonowa podłoga, otaczająca mnie ciemność i cisza. Pod ciężkimi, metalowymi drzwiami czekała już na mnie miska kaszy. Ogarnął mnie spokój. Wróciłam do domu. To był tylko sen, okrutny koszmar.

Nazywam się Wiktoria Janowiec, jestem więźniem Stosu.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania