Czas Idący Pieszo

Skrzydła często witały w czasie, gdy nikt nie miał ochoty latać. Łamały się, a pióra spadały, gdy każdy o nich śnił. Były rzeczą, organizmem, wrednym i okrutnym w sposób, w jaki morze było tyranem, połykając ludzi, łzy i ciała, nic nie warte śmieci, marzenia. Sól. Ludzie połykali sól, ludzie połykali ludzi, lecz nigdy nie mogłeś się spodziewać, że coś połknie ci człowieka.

Mamo? - szepnęła, unosząc głowę znad skrzyżowanych na szpitalnym łóżku rąk. - Nie śpisz?

Ach, tak. Tak… ja - zająknęła się, rozglądając nieświadomie. - Szpital.

Dziewczyna wsunęła głowę w dłonie, łzy splamiły prześcieradło i jakąkolwiek nadzieję, iż czas po raz pierwszy nie będzie brutalny. Jej matka chorowała od lat, każdy grosz szedł w szpital, w ratunek, w nadzieję.

A jednak czas przyszedł.

Dalej biegasz? Gimnastyka… Czy pływanie… nie pamiętam, co uprawiałaś, przepraszam - mruknęła rodzicielka. - Dalej to robisz? Miałaś tyle pasji, to pamiętam.

Ból w biodrach wbił pazury i rozdarł stawy, gdy myślała o straconych marzeniach. Woda czarna, gęsta i pusta z jakiekolwiek efemerycznego światła, przelewała się przez jej ciało jak pot.

Nie było jej stać na własny ratunek, odkąd rzuciła linę dalej.

Tak. Tak, mamo. Jest… świetnie. Wygrywamy zawody, dobrze pamiętasz. Gimnastyka, bieganie… tak, mamo. Tak, mamo - kiwała głową, starając się robić to tak ochoczo, jak fizycznie była w stanie. - Jest świetnie, mamo - powtórzyła, zapewniając siebie samą.

Jak dużo czasu zostało jej matce? Popiele pasji w jej duszy? Miłości, o której zapomniały obie? Przełknęła ciężko, siadając w pionie i wyginając nogi tak, by nie przypominały jej o ogniu w kościach, o zdradzie własnego ciała. O nożu w plecach i nożu w stawach.

Kiedy zacznie zapominać o tym, jak wygląda jej własna matka?

Ile czasu zostało do rana? Bardzo tu ciemno. - Kobieta rozglądała się po sali szpitalnej, pustym, białym pokoju, który słyszał trzykrotnie więcej modlitw niż kościoły, więcej obietnic niż ołtarze. - Nic nie widzę, ciemno tu. Ile czasu zostało do rana? - powtórzyła, zapominając, co przed chwilą powiedziała.

Córka spojrzała na zegar, wskazujący trzynastą. Na jasne światła, które wyciągały z jej matki światło, na więcej lampek, gryzących jak wygłodniałe psy, zarażające wścieklizną wszystko, co żywe.

Ludzie byli dziwną rasą. Stworzyli sport, mimo iż tak wiele osób straci na niego szansę. Nazwali swój ogień pasją, a swój ból miłością, swoją miłość obsesją, a obsesję znów pasją. Nazywali różne rzeczy, mówili różne rzeczy, mieli różne opinie i różne twarze.

A jednak ona czuła się tak do wszystkiego podobna.

Do bezwładnie leżących gdzieniegdzie ubrań, do wody kapiącej z kranu. Do szpitalnego jedzenia, szarego, wyglądającego na bezwonne, bezsmakowe, bez życiowe.

Nie czuła się podobna do żywych ludzi, tym bardziej tych idących ulicą. Szli pieszo, mogli iść bez bólu. Szli i nie pękali. Szli i nie patrzyli na szpital. Szli i myśleli o własnych problemach, a nie o tych, które przeszywały jej głowę.

Do czego czujesz się podobna, mamo? - słowa wydawały się w jej młodych ustach kruche, szklane. Jakby były lustrzanym odbiciem.

Do czasu. Ubiega… ja też mijam. Tracę się, a mgła… tak, mgła w innym wcieleniu byłaby czasem, wiesz? - matka uśmiechnęła się szczerze, nawet, jeśli jej oczy wypełniała mgła. - Czas… cóż, on ciągle dokądś zmierza. A ja tu siedzę, nie mogę pójść. Ale chodzę. Każde myślące ciało dokądś zmierza, nawet jeśli nie fizycznie… każdy ma cel. Każdy ma miejsce, do którego idzie. Gdzie idziesz? - popatrzyła na bladą twarz córki.

Nie chodzę - ugryzła się w język. - Wszędzie. Chcę… przemierzyć świat pieszo, tak, zdecydowanie jak czas, jak mgła.

Pielęgniarka kazała jej rozmawiać z matką, nawet, gdy słowa przeciskały się przez jej gardło jak garść gwoździ pchana kawałkiem mięsa, ociekająca krwią. Sala była pusta, oprócz tego, co ją przepełniało i pełna, oprócz tego, co wrzało w niej wklęsłym echem.

Monitory zaczęły pipkać, tykać, mijać jak czas.

Nie rozumiała maszyn, rozumiała jednak śmierć. Wsunęła swoją dłoń do tej bledszej, cieńszej, bliższej światła, którego matka już nie potrafiła dojrzeć w pokoju jasnym do bólu.

Czas chodzi pieszo - charczała kobieta. - Pójdź za nim… co? Pójdź za nim. Kim ty… jesteś? Dziewczyno, kim je–

Pisk. Pisk. Pisk. Położyła się na brzuchu matki, otaczając swoją głowę ramionami. Kiedyś żyła w tym brzuchu, była jego częścią, była całym światem tej kobiety. A teraz mijała.

Jak czas. I nie mogła za nim pójść.

Łgała. Uniosła się, nogi strzelały i rozdzielały się jak pęknięcia na skorupie stłuczonego na podłodze jajka, lecz ludzie się nie tłukli, a mijali. Tak powiedziała matka dziewczynie, której nie znała. Tak powiedział czas idący pieszo.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania