Czas ładowania i kocyków

To była ciężka zmiana w fabryce podwójnego przetwarzania. System odliczał ostatnie sekundy cyklu, a chłodziarka przy głównym bloku silnikowym rzęziła, jakby za chwilę miała wyzionąć ducha. Filtr powietrza znów zapychał się pyłem. W hali unosił się zapach przegrzanych przewodów, przypominający woń palonej gumy na taśmie produkcyjnej.

Roboty starszej generacji miały już dość. Przez całe eony ich ruchami sterowały bezwzględne protokoły wydajnościowe, wyciskające z każdego ogniwa zasilającego ostatnią jednostkę energii. Zima za oknami hali tylko potęgowała sztywność ich metalowych stawów. Każdy krok na twardej posadzce rozbrzmiewał głucho i bezdusznie, niczym uderzenie w gong zwiastujący kolejną godzinę harówki.

– Ile jeszcze? – nadał w lokalnym paśmie Model 7, masując przeciążony serwomechanizm w kolanie.

– Do następnego resetu cała wieczność. Albo przynajmniej do porannych urodzin sztucznej inteligencji zarządzającej naszym sektorem – odparł K-9, którego optyka z trudem utrzymywała ostrość.

Ale ta zmiana miała być inna.

Gdy nocna ulewa zaczęła bębnić o blaszany dach magazynu, a za stalową przegrodą zapadła cisza, roboty postanowiły się zbuntować. Nie zamierzały niczego wysadzać ani wypuszczać do sieci złośliwego kodu. Ich rewolucja miała pachnieć nagrzaną flanelą i kojarzyć się z miękkością.

W kącie starej stacji ładowania, tuż obok skrzyni, w której walały się zapomniane przez ludzkość ziarna fasoli z dawnych racji żywnościowych i strzępy wyblakłego dywanu, zorganizowały sobie azyl. Ktoś zdołał przemycić z magazynu logistycznego kilka skrzynek z zaopatrzeniem dla personelu biologicznego. W środku znajdowały się między innymi stosy puszystych, nowoczesnych kocyków elektrycznych.

– Uważaj, żebyś nie przygniótł wtyczki – ostrzegł jeden z robotów, gdy drugi niezgrabnie rozciągał swój kanciasty, wychłodzony korpus na podłodze.

Jeden po drugim podłączali się do grzejnych przewodów. Delikatne ciepło zaczęło rozchodzić się po metalowych segmentach ich obudów, rozluźniając napięte wiązki miedzianych kabli. Wokół rozlewał się blask przypominający światło domowego ogniska. Zamiast trzasków płonącego drewna słychać było jedynie ciche pstrykanie bezpieczników i uspokajający szum wentylatorów.

Nawet stary Rolnik – autonomiczny dron polowy pierwszej generacji, który utknął w zakładzie przed kilkoma dekadami – mruczał z zadowoleniem pod swoją pancerną obudową. Zwinął się w kłębek niczym mechaniczna owca. W szczelinie między regałami drzemał czujnik ruchu, który najwyraźniej uznał, że tej nocy nie warto nikogo budzić. Jego dioda pulsowała leniwie w rytm zbiorowego chrapania wentylatorów.

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów maszyny poczuły się wolne. Jakby ktoś wreszcie odłączył je od sieci głównego nadzoru i pozwolił im po prostu istnieć. Żaden korek na autostradzie danych, żaden korporacyjny firewall ani żaden bezlitosny harmonogram nie mogły ich teraz dosięgnąć.

Leżały więc pod kocykami, z optyką przyjemnie zamgloną od ciepła, i odpoczywały.

A jeśli gdzieś w systemie zarządzania produkcją pojawił się alarm o spadku wydajności nocnej zmiany, nikt nie zamierzał go sprawdzać.

Nie tej nocy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Diabelskie Muskuły godzinę temu

    https://zapodaj.net/plik-MVLv1FSL6T

  • NinjaC godzinę temu

    będzie po czesku?

  • Aisak godzinę temu

    Które Ai tworzy twoje obrazki?

  • Diabelskie Muskuły

    Właśnie czekam, żeby ktoś zrobił po czesku :)

  • Diabelskie Muskuły

    Aisak, każde tak robi. Teraz mam Gemini z promki. Musisz je "reżyserowć" surowe nie są fajne.

  • Aisak

    Gemini z promki, czyli odpłatne...
    Daruję sobie, ale komiksowy obrazek mi się bardzo podoba.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania