Czas nie leczy ran. Rozdział I.

- Louise, to chyba nie jest dobry pomysł.

Stoję nad brzegiem klifu, a Matthew od dobrych piętnastu minut próbuje mnie zachęcić do powrotu. Nie żebym zamierzała skoczyć, po prostu lubię to uczucie, gdy adrenalina krąży w moich żyłach. A nawet gdyby, to nie jest tu specjalnie wysoko - może z pięćset jardów; sam klif jest dość łagodny, w sumie to ciężko tę formację nazwać klifem, bardziej jest to strome zbocze, pod którym ciągnie się plaża z drobnym, białym piaskiem.

- Wyluzuj, Matty. Może jak podejdziesz i poczujesz ten wiatr we włosach, to zrozumiesz - odpowiadam chłopakowi.

Zapach bryzy i przyjemne zimno, jakie ze sobą niesie, wywołują u mnie gęsią skórkę.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • zsrrknight ponad rok temu
    czemu takie krótkie? Wygląda to jakby ktoś urwał kawałek strony z książki. Ciężkie oceniać taki fragmencik - na pierwszy rzut oka przynajmniej nie ma rażących błędów i mały plusik za jardy, bo nasze europejskie umysły często zapominają, że istnieją jeszcze narody, które używają dziwnych, bezsensownych jednostek...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania