Czas Odrodzenia - Rozdział I - Incipiens
Witam! Chciałabym najpierw napisać coś od siebie. Jest to opowiadanie nieco pokrętne, starałam się napisać je jak najbardziej zrozumiale i wszystko wytłumaczyć od A do Z. Jednak jak mi wszyło, sami oceńcie. Mam nadzieje, że jednak pomysł ten komukolwiek się spodoba, a jeśli ktokolwiek się tym zainteresuje oraz postanowi skomentować, niech tak zrobi :) Krytyka mile widziana! Zatem zapraszam do czytania :D
Czas Odrodzenia - Rozdział I: Incipens
Zastanawialiście się kiedykolwiek nad sensem prawdziwej wolności? Czym ona jest? Czy jest ograniczona? Czy jesteśmy naprawdę wolnymi istotami? Od dzieciństwa dywagowałem sam ze sobą, nad tym jakże zamierzchłym słowem, które gdzieś zaginęło w głuchym echu zapomnienia wraz z pojęciem miłości, nienawiści, wiary i nadziei.
Otóż urodziłem się w 582 roku, jednakże okres w którym przyszedłem na świat nazywany jest Erą Odrodzenia. Nie pamiętam dokładnie, którego dnia, jednakże było to w okolicach zimy. W moim świecie nie obchodzi się urodzin, rocznic, czy świąt. W 2067 roku wybuchła jedna z najkrwawszych wojen w historii ludzkości, o której nauczają w szkołach po dziś dzień, aby nie zapomnieć i nie powtórzyć tego błędu. Była to wojna na tle nuklearnym, biologicznym oraz technologicznym. Nie wiadomo co było prawdziwym zapalnikiem tego globalnego konfliktu, aczkolwiek domyślano się, że przyczyna leżała w zlepku wszystkich niesnasek ludzkości, która w końcu znalazła swe ujście w postaci wojny. Ogromne narody stanęły naprzeciwko siebie ciągnąc w kierunku dna pozostałe państwa. Ludzkość niemalże doprowadziła się do zagłady. Na skutek tejże wojny zostało doszczętnie wszystko zniszczone, natura wraz z ludzkością ledwo przetrwały. Przetrwała tylko 1/4 całej populacji ludzi. Wszystko naradzało się od początku.
Uczyliśmy się żyć w zgodzie z naturą, by czerpać od niej jak najwięcej dobra. Ludzie rozwijali się wraz z Matką Ziemią. Dzięki wspólnej egzystencji rozwinęliśmy swój umysł, sięgając niemalże 75% jego możliwości. Stworzyliśmy siedem głównych wiosek, których nazwy miały na zawsze wyrzeźbić w pamięci grzechy wszystkich ludzi. Superbia, avaritia, luxuria, invidia, gula, ira oraz acedia – takie nosiły nazwy. Wioski te posiadały wspólną starszyznę, nazywaną Saligia. Najstarszy mieszkaniec wioski ze względu na swoje doświadczenie stawał się jej reprezentantem oraz został wysyłany do Saligii, gdzie miał z pozostałymi wybrańcami kierować losem wszystkich wiosek. Ludzie nauczyli się kontrolować żywioły. Każdy rodził się z umiejętnością kontrolowania chociaż jednego żywiołu, nieliczni kontrolowali więcej niż jeden żywioł lub mieszany. Świat stał się oazą ciszy i pokoju. Nie istniały podziały. Nie istniały religie. Nie istniały odmienne języki, czy dialekty. Nie istniały armie. Jedynymi służbami porządkowymi byli Kontrolerzy, którzy trzymali pieczę nad utrzymywaniem porządku w wiosce.
Jednakże naturalną rzeczą w świecie jest poświęcenie. Aby nauczyć się kontroli nad żywiołami, życiu zgodnie z naturą, kontrolowaniu swoich emocji, by nie móc dopuścić do kolejnych konfliktów, by móc ciągle się rozwijać, musieliśmy zrezygnować z swoich uczuć. Ludzie porzucili miłość, nienawiść, smutek, żal, zazdrość, nadzieje, radość w obawie, że te jakże namiętne emocje mogłyby ostatecznie zapanować nad nimi i wszcząć kolejną wojnę. Ponadto zakazano kontaktowania się mieszkańcom różnych wiosek, jedyne kontakty były akceptowane podczas wymiany handlowej, rozmów politycznych, czy też między członkami Saligii. Nie istniały wyjątki. Obawiano się, iż wysuną się pewne różnicę między mieszkańcami różnych wiosek. Mimo wszystko w wioskach nie mieszkali chorowici, słabi oraz starzy. Byli oni wysyłani do legendarnej ósmej wioski, zwaną Arkadią. Jednak żaden zwyczajny mieszkaniec wioski nie widział napomkniętej wioski na własne oczy.
Obecnie jest rok 599.
Nazywam się Adray Astiks, mam siedemnaście lat. Jest to okres, kiedy dorastający człowiek ma za zadanie wybrać swój przyszły przydział zawodowy. Wspomniany przydział jest wybierany dzięki specjalnym testom. Urodziłem się i mieszkałem w wiosce Luxuria – nieczystość. W wieku trzech lat moich rodziców wysłano do Arkadii z powodu choroby ojca, matka postanowiła mu towarzyszyć. Starsza o pięć lat siostra opiekowała się mną, a naszym prawdziwym opiekunem był najmądrzejszy i najstarszy człowiek w wiosce – Jeril Astiks. Odkąd Jeril przejął nad nami opiekę przyjęliśmy jego nazwisko, porzucając swoje rodowe nazwisko oraz kompletnie o nim zapominając. Podobnie było z rodzicami, nigdy nie czułem potrzeby poznania ich czy przytulenia. Rodzice stali się opiekunami. Łączyli się w pary nie ze względu na miłość, ale ze względu na atrakcyjność zewnętrzną partnera, jego siłę oraz inteligencję, by przyszły potomek mógł przejąć jak najlepsze geny. Dziecko stało się produktem, dzięki któremu wioska miała przetrwać oraz zapewnić ciągłość ludzkiej rasy.
- Mamo? - Nic tak nie uspakaja dziecka jak łagodny uśmiech matki. Drżąca zakrwawiona dłoń musnęła blado lico trzyletniego chłopca pozostawiając po sobie smugę gorącej czerwieni. Kobieta upadła bezsilnie na świeży śnieg. Krzyk rozpaczy ośmioletniej dziewczynki przeszył jesienne powietrze. Chłopiec nie rozumiał co się wokoło niego dzieje. Wszystko toczyło się zbyt szybko, a wokoło stało tylu nieznajomych dorosłych. Mimo jesiennej pory, wszędzie otaczał ich lód oraz biały puch.
- Wszystko będzie dobrze synku. Zamknij oczy, a cały ból, strach i smutek odejdzie w niepamięć. Pamiętaj...Ja i mama kochamy was, bez względu co zrobicie. - Kojący głos ojca brzmiał niczym usypiająca kołysanka dla chłopca. Podszedł do cierpiącego mężczyzny, który przygarnął swojego syna do zakrwawionej piersi.
- Już czas Eroy. - rozgrzmiał potężny głos starca. Ojciec odtrącił od siebie dziecko z szerokim uśmiechem.
- Zamknij oczy Adray. To jest tylko sen. - Chłopiec wykonał posłusznie rozkaz ojca. Następnie nastała martwa cisza.
- Adray! Adray! Znowu uciekłeś poza obrzeża wioski! - burknął Netel, mój przyjaciel który towarzyszy mi od dwunastu lat. Oboje byliśmy w tym samym wieku. Wybudził mnie ze snu, który kroczył za mną odkąd pamiętam. Był on bardzo dziwny oraz tajemniczy. Ignorowałem go, bo sądziłem iż to skutek uboczny uzależnienia się od ksiąg przodkó. Netel nachylił się nad moją twarzą przysłaniając ciepłe promienie słońca, które ogrzewały moją twarz. Leżąc na zielonej trawie wdychałem przyjemną woń polnych kwiatów oraz okolicznych rzek, które przywędrowały wraz z wiatrem. Rozchyliłem powieki spoglądając na zaniepokojoną twarz blondyna.
- Spokojnie. Nic się nie stanie dopóki nie kontaktuje się z nikim spoza terenów wioski, jedynie co mi grozi to jeden dzień w harcerze.
- Bez możliwości napitku czy posiłku. Powątpiewam czy wytrzymałbyś takie katuszę. - Przysiadł obok mnie z szerokim uśmiechem. Ściągnąłem brwi w akcie poirytowania jego słowami.
- Nie jestem studnią bez końca. Każda studnia posiada swoje dno.
- Jesteś wyjątkiem potwierdzającym regułę, Adray. Zastanawiam się czemu tutaj przesiadujesz...Ryzykujesz swoją przyszłością. - Usiadłem, spoglądając przed siebie. Wokoło królowała zieleń, a w oddali rozciągał się las. Kilometr dalej za naszymi plecami rozciągał się ogromny mur otaczający wioskę, a nad głowami lśniło błękitne niebo.
- Nie martwi mnie to. - podparłem się łokciami spoglądając w górę.
- Jak to?! Możesz zostać Kontrolerem! Krążą plotki, że nawet możesz zostać Wybrańcem! Jesteś wyjątkowy, Adray! - słyszałem to od dzieciństwa. A to wszystko dzięki mojej zdolności panowania nad lodem. Nie rozumiałem ogólnego szału wokół mojej osoby. Nie chciałem zostać kimś wyjątkowym. Szczerze powiedziawszy podczas władania moją mocą, okropnie się bałem. Rozmawiałem o tym uczuciu z siostrą, lecz o lęku dawno zapomniano i nikt by mnie nie zrozumiał. Dzięki starożytnym książką pojąłem co to jest uczucie strachu. Bałem się własnej mocy, kompletnie nie wiedziałem dlaczego.
- Taa...wyjątkowy. A co z tobą Net? Kim zostaniesz? - Wybraniec to ktoś wyjątkowy. Wybierany jest co każde pokolenie, w każdej wiosce. Ta osoba bezpowrotnie odchodzi z wioski, oddaje się służbie w imię Saligii. Są oni uczeni na następców starszyzny. Błękitnooki spojrzał na mnie z zmieszaniem na twarzy.
- Sam nie wiem. Nie jestem tak wyjątkowy jak ty, Adray. Nie jestem zbyt inteligenty więc pewnie zostanę wysłany do sektoru budownictwa.
- Pewnie tak...Wracajmy. - Wstałem otrzepując się z wyimaginowanego pyłu. Chłopak spojrzał na mnie zaciekawiony, nie chcąc wstać dopóki nie uzyska odpowiedzi na jeszcze nie zadane przez niego pytanie.
- Dlaczego chociaż jesteś tak wyjątkowy i znamy się tak długo, tylko raz widziałem jak korzystasz z swej mocy? - Wzdrygnąłem się.
- Wiesz czym jest pojęcie lęku, Net? - Przeszyłem go spojrzeniem, ale jego niezrozumiały wyraz twarzy jednoznacznie dał mi do zrozumienia, że nawet on nie wiedział czym jest strach.
- Nazywam się Netel! Nie, czym jest? - Westchnąłem cierpiętniczo.
- Nie ważne. Po prostu nie lubię się chwalić. Skromność jest cnotą. Wracajmy, Net.
- Eh. Jesteś jak zamknięta księga, ciekawe czy ktoś wreszcie cię otworzy. - Wróciliśmy do wioski tajemnym podziemnym przejściem, które znalazłem siedem lat temu. Od tamtej pory moim ulubionym miejscem przemyśleń była ta łąka, acz do lasu nigdy nie odważyłem się zajść. Podobno kto do niego wszedł, już nigdy nie wrócił.
W wiosce panowały bardzo rygorystyczne warunki. Wszyscy byli ubrani identycznie. Kobiety w skromne sukienki, sięgające za kolana, zaś mężczyźni w spodnie oraz zwyczajne koszule. Ludzie mieli wybór tylko jeśli chodzi o dobranie kolorów. Ubrania mogły być szare, białe, kremowe, jasnobłękitne lub ciemnozielone. Wioska była podzielona na sektor mieszkalny, gdzie wszystkie domy – podobnie jak cała nasza społeczność – były niemalże identyczne, sektor szpitalny, szkolny, rolny oraz centralny. Sektor centralny zajmował się najważniejszymi sprawami Luxurii. Znajdowała się tam Rada Najwyższa, która decydowała o wszystkim i wszystkich. To im byli podwładni Kontrolerzy. Od pewnego czasu można było wyczuć spore napięcie rozprzestrzeniające się wśród mieszkańców. Jakby ktoś włączył załącznik tykającej bomby, która wraz z wzrastającą irytacją czekała tylko na ukazanie swego wnętrza, światu. Ludzie zaczęli się niepokoić ze względu na Kontrolerów. Nikt o tym nie mówił, ani nawet nie myślał, ze względu na konsekwencje, jednakże gołym okiem było widać ich strach. Kontrolerzy byli ponad nimi, ubierali się lepiej – aczkolwiek podobnie jak reszta, identycznie. Mieszkali w lepszych domostwach. Dostawali lepsze racje żywnościowe. Posiadali cząstkę władzy. Ludzie boją się tego, czego nie rozumieją. Nie rozumieli czemu Kontrolerzy są tak wysuwani na piedestały w świecie, w którym wszyscy są równi. Nie rozumieli po co jakakolwiek kontrola w świecie tak idealnym i wyzutym z nienawiści, iż kłótnie stały się echem przeszłości. Ja również nie rozumiałem tego wszystkiego. Całego porządku oraz fasadowego równo uprawnienia.
- Jutro będziesz jednym z nich, lub kimś ważniejszym. Jestem dumny mając ciebie za mego długoletniego towarzysza. - napomknął mi do ucha, porozumiewawczo kiwając głową w kierunku dwóch ubranych mężczyzn w nieskazitelnie białe uniformy.
- Przyjaciela...- burknąłem niezbyt zadowolony z wizji przyszłości.
- Co to jest przyjaciel?
- Synonim towarzysza. Według języków naszych przodków przyjaciel był to ktoś niespokrewniony z tobą, komu bezgranicznie ufałeś...Nie ważne. - Netel zaśmiał się melodyjnie.
- Nie powinieneś aż tak bardzo zagłębiać się w historię naszych przodków. Może ci to zaszkodzić, Adray. Powinniśmy żyć naszym światem, nie światem przeszłym, który został zgładzony przez grzechy przodków...Obiecaj mi coś. - Spojrzał na mnie z uwagą i przenikliwością. Odwzajemniłem to spojrzenie.
- Co takiego, Net?
- Masz pozostać sobą i nie zaprzepaścić swojej przyszłości. - Możliwe, że nie rozumiał swego uczucia, ale martwił się o mnie. Posłałem mu delikatny uśmiech, chcąc poklepać go po ramieniu w akcie uspokojenia jego rozjuszonych uczuć względem mojej osoby. W ostatnim momencie się powstrzymałem, przypominając sobie o kolejnym zakazie. Ludzie niespokrewnieni sobą mieli zakaz naruszania czyjejś przestrzeni osobistej. Prościej mówiąc jakiegokolwiek dotykania się. Włożyłem dłoń do kieszeni swoich spodni.
- Obiecuję. Zbliża się pora obiadowa. Czas wracać.
- Do zobaczenia, Adray. - Obrócił się chyba nieco uspokojony moją odpowiedzią.
- Taa... - Również się obróciłem w kierunku mojego domu. Może w tamtej chwili to była tylko moja wyobraźnia, jednakże dwójka Kontrolerów uważnie mi się przypatrywała, coś szpecąc sobie do ucha. Zignorowałem to, udając się do ustalonego celu. Wokoło rozbrzmiały dzwony oświadczające godzinę czternastą. Pora na posiłek. Zanim sięgnąłem po klamkę drzwi się otworzyły, a w nich stała moja uśmiechnięta od ucha do ucha siostra trzymająca na rękach swą trzyletnią córeczkę.
- Witaj w domu, bracie!
- Dahilia? Jeril nie wspominał nic o wspólnym obiedzie. - Wszedłem do środka, zdejmując buty i odkładając je na wycieraczkę. Zamykając za sobą drzwi, mój nos został nęcony przez kuszący zapach pieczonego indyka, tłuczonych ziemniaków oraz gotowanej marchewki. Brunetka, której włosy dosięgały do pasa, odstawiła córkę na podłogę, by ta mogła sobie trochę poswawolić. Jak to dziecko. Jak zwykle jej zielone tęczówki iskrzyły się nadmiarem optymizmu, który odkąd pamiętam, dorośli próbowali poskromić z niepowodzeniem.
- Witaj wujku! - zakomunikowała Leorin z ogromnym uśmiechem na śniadej buźce. Lokowane blond włosy odziedziczyła po swym ojcu, zaś intrygujące oczy po matce. Przygarnąłem ją na ręce, tańcząc w koło, co jej się bardzo podobało. - Zrób to! Zrób to! Proszę!
- Zostaw Adraya w spokoju, Leorin. Wiesz, że nie lubi chwalić się swoją mocą. - rzekła karcącą tonacją głosu kobieta, dokonując ostatnich poprawek przy stole. Niestety nie mogłem oprzeć się szczenięcemu spojrzeniu mojej siostrzenicy, zatem postanowiłem zapomnieć o strachu oraz sprawić jej drobną chwilę radości. Wyciągnąłem lewą dłoń przed siebie, zamykając ją na ułamek sekundy. Skupiłem się. Przymknąłem powieki. Czułem jak moja skóra staje się zimna. Rozchyliłem powieki. Spostrzegłem odbicie swojej osoby w lustrzę, które wisiało naprzeciwko mnie. Moje włosy zbielały, a oczy stały się fioletowe. Otworzyłem dłoń, a w nich stał ukształtowany dzięki mojej mocy łabędź. Dziewczynka zaklaskała dłońmi, podziwiając łabędzia ze wszystkich stron. Śmiała się i śmiała, aż tą radość ktoś nie przerwał swym surowym głosem. Powróciłem do swojej pierwotnej postaci.
- Witajcie drogie dzieci. Adray naruszasz przestrzeń osobistą... - Przybył Jeril odkładając swój czarny płaszcz na wieszak wraz z drewnianą laską. Długie, siwe, włosy lśniły w blasku słońca. Była to siwizna świadcząca o niezwykłym doświadczeniu oraz sile życia. Oczy szare acz lśniące młodzieńczym wigorem. Wąsy długie, zawijające się ku górze. Odstawiłem Leorin na podłogę.
- Oczywiście Lordzie Jeril. Jak posiedzenie Saligi?
- Bracie doskonale wiesz, że wuj Jeril ma zakaz rozmawiania o swej pracy. Wybacz mu wuju, za jego opieszałość. Zapraszam cię na specjalny obiad, który sama przygotowałam. - zaproponowała siostra, gestem dłoni wskazując na dębowy stół zastawiony przygotowanym obiadem w asyście kompotu z jabłek.
- Adray zawsze taki był. Ciekawski, czyż nie mój synu? A gdzie jest twój mąż Ilo, Dahilio? Wrócił już z wymiany handlowej z wioską Ira? - Przysiedliśmy wszyscy do stołu. Mała Leorin jeszcze wierciła się na krześle, za co została zganiona przez swą matkę.
- Już wrócił. Zaraz przybędzie, tylko musiał się odświeżyć.
- Ah, rozumiem. Zatem poczekajmy jeszcze. Chciałbym wam coś oświadczyć. Jest to niezwykle radosna wieść. Skoro już czekamy, chciałbym porozmawiać z tobą Adray. Jutro wielki dzień... - Jeril zawsze taki był. Surowy, acz wzbudzał u ludzi zaufanie oraz sympatię. W przeciwieństwie do mnie. Zawsze wyczuwał mą wrogość wobec siebie. Sam nie rozumiałem czemu, lecz ufałem swojemu instynktowi. Skoro go niezbyt trawiłem, musiał istnieć ku temu odpowiedni powód. W opozycji była moja siostra, która wręcz uwielbiała tego starucha. Uważała go za drugiego ojca.
- Owszem.
- Nie ukrywam, iż Rada widzi cię w szeregach Kontrolerów lub u swego boku. Krążą również plotki, że możesz stać się kolejnym Wybrańcem. Co o tym sądzisz? - Splótł razem dłonie, opierając o nie podbródek. Zerknął w głębie mojej duszy, chcąc przejrzeć każde uczucie, które wymaluje się na mojej twarzy. Znałem jego grę. Postanowiłem zostać nierozszyfrowany.
- Jestem...Szczerze powiedziawszy wolałbym zostać handlarzem, podobnie jak Ilo. - Wywołało to ogólne zaskoczenie.
- Jak to?! Nic mi o tym nie wspominałeś, bracie! - Dahilia powstała z krzesła, niemalże zrzucając cały obiad ze stołu. Starzec uspokoił ją ruchem dłoni, dając do zrozumienia by usiadła z powrotem na swoim miejscu.
- Rozumiem twoje obawy. Również to przeżywałem. Podobnie jak ty zaczynałem od funkcji Kontrolera. Pokładano we mnie wielkie nadzieje, których nie zmarnowałem. Jesteśmy podobni Adray. Wierzę w ciebie i twoje umiejętności.
- Tu nie chodzi o obawy. Chciałbym poznawać świat, a tylko funkcja handlarza, by mi to umożliwiła. - Jeril nie lubił wszelkiego rodzaju sprzeciwu czy objawu buntu. Uderzył dłonią w stół, oznajmiając mi ten sposób, iż nie życzy sobie takiego tonu głosu oraz takich szczeniackich marzeń.
- Oczywiście możesz dokonać sam wyboru swego zawodu. Test ma tylko ci w tym pomóc, ale radziłbym ci w tym przypadku synu uciszyć głos swojego serca, a podążyć za rozsądkiem. Masz niezwykły talent, który nie może się zmarnować.
- Witajcie. - Całą tą dyskusję przerwał Ilo. Przykuł całą uwagę, a mała Leorin zeskoczyła z krzesła przybiegając do swego ojca. Pragnęła jego aprobaty po tygodniowym nie widzenia jego autorytetu. Niestety ze względu na nakaz przestrzegania przestrzeni osobistej mógł tylko pogłaskać ją po złotej czuprynie oraz zasiąść z nami do stołu.
- Witaj. Jak podróż? - rozpoczął konwersację staruch.
- Przyjemna i bez przeszkód. Ostatnie misję pokoju, chyba uspokoiły rebeliantów.
- Cieszy mnie to niezwykle. Zatem pożywmy się, a następnie przekażę wam radosne wiadomości. - oświadczył staruszek ostatecznie przerywając wszelkie rozmowy. Misje pokoju polegały na pozbyciu się rebeliantów. Ludzi, którzy są niezadowoleni z obecnego systemu i ich głównym celem jest zwalczenie go. Ukrywają się w lasach oraz górach. Ostatnio ich działalność znacznie się uciszyła. Po spożytym obiedzie, Jeril wreszcie przeszedł do sedna sprawy.
- Obecne Drzewo umiera, zapewne już o tym wiecie. Rada szuka nowej Ofiary. - Wyczułem to. Wyczułem co ma zamiar powiedzieć ten cały Jeril.
- Ty chyba nie... - mruknąłem, czując jak serce podskakuje mi pod samo gardło, wiążąc język.
- Doskonale wiecie, że Ofiarą jest młody mężczyzna, którego wszystkie cnoty przewyższają innych mieszkańców wioski. Jest on odważny, inteligentny, rozsądny, silny, a co najważniejsze, pokorny. Zatem Ilo...To ciebie Rada wybrała na nową Ofiarę. Posiadasz wszystkie te cechy, które rozwinąłeś do najwyższego stopnia. Rada nie wyobraża sobie lepszego kandydata od ciebie. - Wiedziałem. Nastąpiła głucha cisza, która swoim ciężarem niemalże mogłaby zgnieść wszystkich zebranych. Słyszałem bijące serce siostry, przyspieszone tętno szwagra. Może to tylko moje widzimisię. Może nie. Sam byłem zaskoczony tym oświadczeniem. Żadnym pytań, żadnej propozycji. To był czysty rozkaz opleciony w ładną wiązankę słów.
- Leorin pójdziesz do ogrodu przygotować jakieś zabawy? Chciałbym trochę się z tobą pobawić, dobrze? - zapytałem, a dziewczynka przytaknęła nieświadoma niczego wybiegając na zewnątrz. Chciałem tylko, aby nie była świadkiem tej dorosłej rozmowy.
- Zabieg ten był niepotrzebny, Adray. Leorin powinna dorosnąć. - zakomunikował oschle mój wuj. Aż się we mnie zagotowało, już chciałem mu powiedzieć nieco do słuchu, lecz uprzedziła mnie Dahilia, która ponownie powstała.
- Wuju, zawsze ale to zawsze byłam lojalną mieszkanką naszej wspólnoty, ale to...Jak mogę na to pozwolić? Ilo jest mi potrzebny w wychowywaniu naszej córki. Co mam powiedzieć Leorin, gdy będzie chciała ujrzeć ojca? Jeśli Ilo stanie się Ofiarą...Zapomni o nas. Swojej rodzinie. Przestanie czuć cokolwiek. Nie chcę by Leorin cierpiała! - podniosła głos co było niestosowne w naszej społeczności. Pokazała uczucia, odsłoniła się. Jeril chrząknął, wzdychając.
- Nie bądź apodyktyczna, Dahilio. Poza tym uczucia w naszym społeczeństwie są niestosowne.
- Przepraszam, ale nie zgodzę się na to. Wybierzcie kogoś innego. - W jej zielonych oczach ujawniły się krystaliczne łzy żalu. Spiorunowało mnie. Łzy? Nigdy nie byłem świadkiem, by ktokolwiek płakał w naszej wiosce. Nie ważne czy to z smutku, czy z radości.
- Wszystko jest już postanowione. Rada przegłosowała kandydaturę Ilo. - Zamurowało ją, otwierając drżące usta. Jakby chciała coś powiedzieć, ale nie wiedziała co.
- Spokojnie, Dahilio. Nic na to nie poradzimy. Poza tym to zaszczyt, że mnie wybrano. - Ilo przybrał dobrą minę do złej gry. Widziałem malujący się strach na jego twarzy.
- Zaszczyt? - spytała łamliwym głosem bliska wybuchu wszystkich emocji.
- Wszelkie oznaki emocji są przejawem buntu wobec systemu. Puszczę mimo uszu twoje słowa i zapomnę o twoim zachowaniu, lecz powinnaś się zgłosić do punktu szpitalnego po specjalne leki, by twoje uczucia nie wymknęły się spod kontroli, droga córko. To wszystko co chciałem wam przekazać. Minęła pora obiadowa, powinniśmy wracać do swoich zajęć. Dziękuje za obiad. - Po prostu wyszedł pozostawiając nas z milionem pytań. Skierowałem swój wzrok na moją roztrzęsioną siostrę, która upadła bezsilnie na krzesło. Ilo położył dłoń na jej ramieniu. Cały ten system był przerażający. Nawet Ilo, gdy jego oczy skrzyżowały się z moimi były puste. A wręcz przepełnione dumą.
- To zaszczyt. To radosne wieści. Powinniśmy się cieszyć!
- Zostanę sama, Ilo.
- Nic z tego. Masz Adraya. Masz Lorda Jerila. Masz naszą całą społeczność. Nie rozumiem waszego oburzenia. - Wówczas zrozumiałem. Ja oraz moja siostra chociaż bardzo chcieliśmy i się staraliśmy, nie potrafimy być tacy jak inni. Może nieprzyjemne spojrzenia ze strony Kontrolerów, które dręczą mnie od roku, wcale nie są moimi urojeniami.
- Ilo ma rację. Droga siostro nigdy nie zostaniesz sama. Cokolwiek się stanie, jestem z tobą. Pamiętaj o tym. - Ująłem jej dłonie w swoje, klęcząc przed nią. Ujrzała to. Ujrzała w moich oczach, iż również się nie zgadzam z tym co ma nadejść.
- Tak. Dziękuje ci, bracie. Więc postarajmy się, aby ten czas, który nam pozostał został wykorzystany jak najlepiej. - zakomunikowała siostra sprzątając brudne naczynia oraz resztki ze stołu. Zostałem sam na sam z mym szwagrem.
- Ilo błagam, powiedz mi, że tylko udajesz takiego opanowanego.
- Nie, a czemu miałbym? Zawsze pragnąłem bezpieczeństwa mojej rodziny. Będąc Drzewem mam pewność, że z całą pewnością będziecie wszyscy bezpieczni. - Uśmiechnął się ze stoickim spokojem. Miałem ochotę nim potrząsnąć.
- Ale staniesz się kimś innym. Utracisz swoje całe człowieczeństwo!
- Kto ci nagadał takich bzdur, Adray? Może i zapomnę, ale zawsze będę przy was. Co nasz czyni ludźmi, skoro twierdzisz, że stając się opoką was wszystkich utracę swoje człowieczeństwo? - Zatkało mnie. Święcie był przekonany w swoją rację. Nie mogłem tego pojąć. Może byłem zbyt ograniczony. - Posłuchaj mnie. Nigdy nie byłem tak wyjątkowy jak ty. Byłem zwykłym handlarzem. To jakiś cud, że Dahilia się mną zainteresowała. Teraz mam szansę, by stać się kimś ważnym w naszej wspólnocie. Kimś kto może zapewnić harmonię oraz bezpieczeństwo. Jakbym nie mógł cieszyć się z tej wieści?
- Masz rację. Teraz rozumiem. Wybacz, Ilo. Ja po prostu...Sam dorastałem bez rodziców. Byłem w tym samym wieku co Leorin, gdy mama wraz z ojcem odeszli.
- Nie byłeś sam, poza tym Leorin ma nadal matkę oraz całą naszą wioskę. - Zmierzył mnie pewnym siebie, spojrzeniem. Nie byłem w stanie go przekonać do swej racji, nie ważne w jakie słowa bym to ujął. Postanowiłem wywiesić białą flagę.
- Muszę przygotować się na jutrzejszy dzień. Pobawisz się z Leorin zamiast mnie? - Wcale nie rozumiałem jego słów.
- Oczywiście. Akurat na dziś skończyłem z swoją pracą. - Wbiegłem po schodach, zamykając drzwi od swojego pokoju. Czułem się zagubiony oraz przerażony ogólną znieczulicą panującą wokoło. Jedyną drogą ucieczki od rzeczywistości był świat książek, którą pozostawili po sobie przodkowie. Świat nie tylko wypełniony wojnami, lecz również radością, współczuciem, nadzieją, wiarą i miłością. Światem za którym w sposób niewytłumaczalny, tęskniłem. Powoli rozumiałem, że nie pasuję do obecnego stanu rzeczy, co mnie wkrótce zgubi.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania