Czego zazdroszczę Fiatowi
Na różnych portalach pojawiają się wpisy od sasa aż poza linię drzew.
Trwa brudna kampania wyborcza.
Jeden z tekstów z użytymi znakami pisarskimi i wersyfikacją nasuwa na myśl krzykliwy makijaż może dziewczynki, może już szalonej babci z nadczynnością moralizatorstwa.
Ponieważ autor/ka/ jest akolitą premiera rządu popierającego jednego z kandydatów.
Wolno mu tak samo jak wylać do zlewu pięćdziesięcioletni, zacny destylat, albo małpkę.
Kwestia gestu.
O premierze mówią, że kłamie nawet jak śpi, współpracownicy szepczą: panicznie boi się więzienia.
Autor nie musi, chociaż ,,zasmakował" nie tylko kłamstwa, mało konkurencyjny dla proroctw Baby Wangi.
Można by nawet się pośmiać, ale nie ma z czego.
Miałem dziesięć lat, gdy przyjechał po mnie FIAT, śpiewał kolega bez garażu, przygarnięty przez fertyczną wdowę. Związkowiec, formalista w trakcie bezustannego strajku włoskiego, musieliśmy za niego dopinać napięte terminy.
Przechodzę do meritum, bo czytelnicy mogliby się postarzeć przy lekturze.
Na Żeraniu latami trzepali Fiaty, jak Gazeta Wyborcza wstępniaki. Aż powyrabiały się matryce od wytłoczek, zużyty park maszynowy powodował, że detale nie trzymały tolerancji.
Pewnie poszło także o pieniądze i po upływie ważności licencji z taśmy schodziły już nie FIATY, ale FSO 1500.
W rozwinięciu Fiat Się Opamiętał.
I tego opamiętana brakuje Polsce, która pcha się z jednej licencji w jeszcze gorszą.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania