Czerń i biel

Szli w stronę krakowskiego rynku jak zwykle trzymając się za ręce. Lubili tak chodzić, czuć to ciepło i bliskość, ale był też drugi, znacznie bardziej przyziemny powód. Jacek był wysoki, miał długie nogi i chodził szybko, a Iza często nie mogła za nim nadążyć.

 

Znaleźli się tu przypadkowo, właściwie planowali odwiedzić inne miasto, ale pociąg został odwołany i musieli przenocować w Krakowie. Teraz nie było już sensu jechać dalej, szli więc popatrzeć na staromiejskie kamienice, potem może skoczą na Wawel.

 

Iza nie czuła się zbyt dobrze po nocy spędzonej w tanim hostelu. Materac był twardy, a w wieloosobowym koedukacyjnym pokoju nocowały jeszcze dwie dziewczyny. Ale dzień był piękny: nie za gorący, nie zbyt chłodny, trochę chmur, trochę słońca i lekki wiatr - pogoda, którą lubiła najbardziej. Poza tym Kraków wydał się jej odrobinę mniej zatłoczony niż zwykle, ale zwykle bywała tu w weekendy, nie w środku tygodnia. Tak, to może być jeszcze całkiem udany wyjazd - stwierdziła i oblizała palce jeszcze trochę lepiące się przepyszną czekoladową muffinką, którą przed chwilą jadła w galerii.

 

To się stało nagle. Kierowali się do przejścia podziemnego, kiedy zalał ich blask białego światła, oślepił i wywołał powidoki. Jacek pomyślał, że to piorun, ale nie było słychać grzmotu. Sprawdził szybko, czy jego żonie nic się nie stało. Oprócz tego, że czuła się tak, jakby ktoś zaświecił jej reflektorem w twarz, wszystko wydawało się być w porządku. Mrugał i przecierał oczy chcąc pozbyć się niemiłego uczucia, Iza robiła to samo. Mimo tych zabiegów z kolorami było coś nie halo. Straciły swoją intensywność, świat stał się niemalże czarno-biały. Kiedy patrzył w stronę dworca niebo robiło się bardziej błękitne a reklamy jaskrawsze, ale im bliżej rynku, tym wszystko blakło i szarzało. Rozglądali się zaciekawieni tym fenomenem, zauważyli słup białego światła na samym środku Starego Miasta.

Jak promień do nieba w blockbusterach - pomyślał Jacek. W tej chwili owionął ich ciepły podmuch powietrza ewidentnie wywołany przez ten dziwny słup światła i zrobiło się cicho.

- Gdzie są ludzie? I samochody? - zapytała Iza.

 

Rzeczywiście wszystko wokół nich zniknęło. Przechodnie, sprzedawcy, samochody, nawet tramwaj. Tylko gołębie gruchały jakby nic się nie stało.

- Wspaniale... - burknęła Iza, a Jacek znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że faktycznie mogła tak pomyśleć. I to nie byłaby ironia.

- Halo! Jest tu ktoś? - Usłyszeli słaby okrzyk, ale ciężko im było określić skąd dokładnie dobiegał. Wyszli na opustoszałą jezdnię. Gdzieś daleko, pomiędzy drzewami na Plantach, mignęły im dwie ludzkie, chyba kobiece sylwetki.

- Haalooo, czy ktoś mnie słyszy? - Okrzyk powtórzył się, tym razem nieco głośniej. Teraz dało się już nawet poznać, że krzyczał mężczyzna.

- Tam byli ludzie, idziemy do nich? - spytała Iza wskazując na leżące przed nimi Planty.

- A ten facet krzyczy jakby z tej strony. - Jacek machnął ręką w prawo. Przez chwilę patrzyli na siebie, ale nie podjęli żadnej decyzji, gdyż w nieomal tym samym momencie oboje zauważyli ruch w oknie restauracji hotelowej po drugiej stronie ulicy.

- Sprawdzimy to? - zapytał Jacek. Iza nie odpowiedziała od razu, ale zaczęła iść w stronę restauracji. Wydawało jej się, że widzi postać, która cofa się od okna w głąb budynku, tak jakby się ich przestraszyła. Może to było jakieś dziecko? Nie, żeby przepadała za dziećmi, ale w tej sytuacji gówniarz, który nagle został sam, na pewno potrzebował pomocy.

 

Weszli do przestronnej sali z łukowym sklepieniem. Niektóre ściany były ceglane, wcześniej zapewne bardziej czerwone, teraz ledwo zabarwione kolorem. Cała restauracja była zastawiona cztero- i sześcioosobowymi stolikami, w głębi stał drewniany bar. Wszędzie było pusto.

- Jest tu ktoś! - krzyknęła Iza na podobieństwo tego faceta z ulicy. Nikt nie odpowiedział.

- Może znajdźmy jakieś schody albo przejście i sprawdźmy gdzieś dalej - zaproponował Jacek. - Przecież widzieliśmy, że nikt stąd nie wyszedł.

W tej chwili usłyszeli trzaśnięcie drzwi. Iza podskoczyła, ją zawsze było można łatwo wystraszyć. Jacek odwrócił się do wejścia z zamiarem sprawdzenia o co chodzi, ale dostęp do drzwi ktoś blokował. A dokładnie jakaś wysoka, czarno-biała istota.

 

To coś wyglądało jak ze starego horroru. Nie miało włosów ani brwi, twarz przypominała ludzką, ale oczy były całe czarne. Zaś skóra... Skóra była spękana i szara, z fakturą jak dno wyschniętego jeziora. Wyglądała, jakby zaraz miała zacząć się łuszczyć i odpadać. Ubrane toto było w coś przypominające jednoczęściowy kombinezon motocyklowy, zasuwany na suwak z przodu. Oczywiście cały jego strój nie miał ani kropli koloru, jedynie różne odcienie szarości.

- Uciekamy przez kuchnię! - rzucił szybko Jacek i chciał złapać swoją żonę za rękę, by pociągnąć ją za sobą. Ale ona zabrała dłoń.

- To pułapka. Musimy się stąd wydostać, znaleźć tamtych ludzi. - Podbiegła do okna i próbowała je otworzyć. Na szczęście to był parter i mogli skoczyć bez większego ryzyka. - Nie możemy iść na tyły, to byłoby jak schodzenie do piwnicy w horrorach... - przerwała, bo czarno-biały potwór zaatakował jej męża. Jacek był od tego czegoś lepiej zbudowany, ale nie miał zbyt dobrej kondycji. Był informatykiem, a od nich wymaga się przede wszystkim sprawnego umysłu. Złapał potwora i chciał przytrzymać go jak najdłużej, żeby dać Izie jak najwięcej czasu na ucieczkę. Co dziwne, po chwili poczuł, że jego przeciwnik jest silny, bardzo silny, i spokojnie mógłby go powalić na ziemię, albo rzucić o ścianę, jednak z jakiś powodów tego nie robił. Stali więc i siłowali się w uścisku. Jacek nie był już pewien, kto kogo tu trzyma: stwór już chyba nie pozwoliłby mu odejść.

 

Iza rzuciła w potwora najpierw torebką. Niestety miała przy sobie tę mniejszą, lżejszą, dużej torebki właściwej nie zabierała na dłuższe spacery. Potem wazonikiem z kwiatami, który stał na stoliku obok. Wzięła w ręce obrus, planowała zarzucić go na szyję tej istoty i udusić ją, a przynajmniej odciągnąć od Jacka. Nie zdążyła, gdyż za barem zauważyła jeszcze dwa takie potwory, na szczęście mniejsze od tego pierwszego. Tu będzie potrzebna lepsza broń - pomyślała i wzięła do rąk ciężkie tapicerowane krzesło.

 

Potwory przy barze spojrzały na siebie. Niższy skinął głową, wyższy zaczął iść w stronę Izy. Powoli, bardzo powoli - a przynajmniej tak się Izie wydawało. Krzesło zaczęło jej ciążyć, adrenalina spowodowała drżenie mięśni. W tej chwili nie mogłaby już uciec, nogi chyba by jej nie posłuchały. Trochę pociemniało jej przed oczami, ale zdobyła się na to, by walnąć tę szarą paskudę z całych sił, tak, jak umiała najlepiej. Stwór prawie się przewrócił, ale jednak złapał równowagę. Potrząsnął głową, zupełnie jak pies, któremu woda wpadła do ucha, po czym spojrzał do tyłu na swojego kompana. Tamten uśmiechnął się i zrobił coś niesamowitego: skoczył przez całą salę, złapał Izę za ubranie i wrzucił ją na stolik przy oknie. Iza odsunęła się najdalej jak mogła, ale w końcu poczuła ścianę za plecami. Stwór zbliżał się, próbowała go odepchnąć, ale był zbyt silny. Znów złapał ją za koszulę i podniósł do góry. Na stolik wskoczył drugi, ten, który wcześniej oberwał krzesłem. Iza szarpała się i wyrywała, ale to nic nie dawało. Szare stwory złapały jej głowę i skierowały w stronę wiszącego obok okna lustra, niemalże wcisnęły jej twarz w zimne szkło. Lustro szybko zaparowało od jej przyspieszonego oddechu, ale zdążyła zauważyć jedną rzecz: jej oczy zrobiły się czarne.

 

Przestała się wyrywać. Stwory puściły ją i nieco się odsunęły. Przetarła lustro, popatrzyła uważnie - tak, oczy wciąż były jednolicie czarne i błyszczące, takie same, jak u tych istot. Jak to możliwe?... Krzyknęła cicho, bo zauważyła, że skóra wokół oczu zaczyna jej szarzeć i tracić barwę. Stwory uśmiechały się i wydawały się być zadowolone z siebie. Iza zerwała lustro ze ściany i zeszła ze stołu. Jacek leżał na podłodze, próbował się podnieść, a ten największy stwór przytrzymywał go jedną ręką, delikatnie, jakby od niechcenia.

- Puść, go, albo dostaniesz w łeb! - krzyknęła na niego Iza usiłując brzmieć groźnie. Szarość zaczęła obejmować coraz to więcej jej ciała, ubrania również blakły i wyglądały tak samo, jak kombinezony potworów. Zamachnęła się lustrem, ale potwór puścił jej męża i odszedł do pozostałych. Przysięgłaby, że się z niej śmieje.

- Ja... ja się chyba zamieniam w jednego z nich... - powiedziała niepewnie. Zszarzała już prawie całkowicie i wyglądała jak kopia istot, które na nich napadły. Co chwilę na ułamek sekundy, dosłownie na mgnienie oka, wracała do swojej ludzkiej, kolorowej formy, ale to było tylko takie migotanie. Pochyliła się nad mężem, a on odsunął się. Wyciągnęła do niego rękę, ale bał się jej dotknąć. Spojrzała mu w oczy. Oczy, które też robiły się jednolicie czarne.

- Zobacz, masz tak samo - podstawiła mu lustro pod nos. Teraz oboje obserwowali postępy czerni i bieli. To nie trwało długo. W końcu trzymali się za szare ręce, pokryte skórą, która wyglądała jak popękana, ale w dotyku była gładka .

 

- No wreszcie się przemieniliście, teraz jesteście tacy, jak my - powiedział ten najwyższy stwór i też zmienił formę. Teraz stał przed nimi wysoki, szczupły chłopak przed trzydziestką, z potarganymi brązowymi włosami śmiesznie sterczącymi mu na czubku głowy. Miał kolczyka w brwi, kilka widocznych tatuaży i strój jakby za chwilę miał jechać na Woodstock. Uśmiechał się z entuzjazmem, ale co chwilę migał na szaro i widać było te wielkie, czarne oczy. Wyglądało to upiornie.

- Co to znaczy jak wy? - spytała Iza.

- No zombie, wszyscy jesteśmy zombie.

- To wygląda daleko od bycia zombie - skomentował Jacek. W międzyczasie zdążył poszarzeć do końca.

- No bo to tylko taka nazwa, zombie. Jesteśmy czymś innym, ale tak tylko mówimy, dla ułatwienia. Przecież wiadomo, że nie ma prawdziwych zombie - tłumaczył chłopak. - Tak w ogóle to jestem Dawid, a to Daria, moja siostra, i Ala.

Pozostałe stwory również się przemieniły. Daria była kilka lat młodsza od Dawida i bardzo do niego podobna. Pokrewieństwo podkreślał jeszcze podobny strój, też utrzymany w festiwalowej konwencji. Ala natomiast wyglądała zupełnie inaczej, była starsza - Iza dałaby jej co najmniej czterdzieści kilka lat, - niska i ubrana o wiele bardziej elegancko. Na głowie miała całkiem fajną fryzurę z upiętych kręconych ciemnych włosów, co zdziwiło Izę, bo często kobiety w tym wieku mają włosy nijakie i na jedno kopyto.

Iza z Jackiem również się przedstawili. Teraz to oni byli jak potwory z horroru, a ich rozmówcy prawie normalnymi ludźmi.

- Och, możecie wrócić do dawnej postaci, wystarczy o tym mocno pomyśleć - powiedziała Ala trafnie odgadując ich myśli. - Ciało zombie jest praktyczne, ale nie wygląda najpiękniej.

Rzeczywiście, po chwili koncentracji udało im się znowu wyglądać normalnie, tylko migali jeszcze od czasu do czasu.

- Będziemy tak mrygać, na zlocie nikt nie jest w stanie utrzymać na stałe ludzkiej formy - powiedziała Daria, szybko i entuzjastycznie, zupełnie jak jej brat. - Ale teraz chodźcie, musimy iść do króla.

- Zlot zombie, pięknie... - mruknął pod nosem Jacek.

- Zaraz zaraz, jakie zombie, jaki zlot i jaki król. - Iza domagała się natychmiastowych odpowiedzi. Wzięła jedno z krzeseł i usiadła, sygnalizując tym, że nie ma zamiaru nigdzie iść, zanim nie dostanie satysfakcjonujących odpowiedzi.

- No jak będziesz tu siedzieć to na pewno niczego się nie dowiesz - stwierdziła Ala. - Zresztą nie ma sensu wam tłumaczyć, bo i tak teraz nic nie zrozumiecie. Musielibyśmy tu siedzieć i gadać do wieczora.

- Jejku, pamiętasz jak my też chcieliśmy od razu wszystko wiedzieć? - Daria zaczęła gadać z bratem. - Też byliśmy tacy wystraszeni...

- Taa, a ja prawie złamałem rękę. Słuchajcie, naprawdę chodźcie z nami, wszystko wyjaśni się na miejscu. Przecież was nie zjemy.

 

Jacek z Izą popatrzyli na siebie. Entuzjazm Darii i Dawida jakoś nie chciał im się udzielić. Bardziej dotarły do nich konkretne wypowiedzi Ali. Jakby nie patrzeć ich życie właśnie diametralnie się zmieniło i mądrze będzie dowiedzieć się jak najwięcej o nowej rzeczywistości.

- Dobra, pójdziemy z wami - oznajmiła Iza gwałtownie wstając z krzesła. Pozwolili poprowadzić się w stronę Rynku. Otoczenie coraz bardziej szarzało, sprawiało wrażenie dekoracji ze starego horroru. Spomiędzy kamienic czasem dało się słyszeć krzyki. Widocznie nie tylko oni zostali zaatakowani przez zombie.

Co za chora gra wstępna - pomyślała Iza. Jacek natomiast zaczął zwracać uwagę na inne grupki ludzi - czy raczej zombie - pojawiające się w równoległych uliczkach i zbliżające się do Rynku. W pewnym momencie z bramy wyłonili się trzej mężczyźni koło pięćdziesiątki, wszyscy ubrani w czarne skórzane kurtki. Wyglądali na twardych gości, motocyklistów, ale w tej chwili byli bardziej zdezorientowani i przestraszeni. Za nimi szła dwójka nastoletnich gówniarzy, chłopiec i dziewczyna, strasznie ucieszonych i zadowolonych z siebie. Widocznie straszenie nowych było tu jakimś rytuałem, przez który musieli przejść wszyscy.

 

W końcu weszli na Rynek. Ich formy zaczęły zmieniać się coraz szybciej, czarno-białe ciała zombie wypływały na powierzchnię na coraz dłużej. Ala przestała się starać i na stałe przeszła do potwornej postaci. Część innych wokół nich też tak zrobiła. Bo Rynek może nie był pełny, ale na pewno było na nim sporo... ludzi? Zombie? W każdym razie sporo istot siedzących jak na pikniku w kilku czy kilkunastoosobowych grupkach. Były koce, krzesła, namioty, ktoś brzdąkał na gitarze - normalnie klimat jak na juwenaliach albo na plaży. Niektórzy machali do nich i krzyczeli na powitanie, atmosfera była niby przyjazna, ale Jacek z Izą wciąż byli zestresowani. Daria zaczęła paplać o jakiejś grze komputerowej, wyrażała się o niej, jakby to była najwspanialsza rzecz pod Słońcem.

- No i dostaniecie swoje hasła, i całą instrukcję jak tam wejść, bo ta gra jest tajna. Tylko my się tam spotykamy, gadamy ze sobą, no wiecie... To taki Facebook i Simsy w jednym, bardziej się tam pisze ze sobą niż gra...

- I przez tą grę rozpoznajemy się w normalnym świecie, no bo wiecie, głupio byłoby tak podejść do kogoś i spytać: Ej, a ty też jesteś zombie? - wtrącił się Dawid. Iza pomyślała, że kto jak kto, ale on i jego siostra śmiało mogliby tak zacząć rozmowę z przypadkowo spotkanym człowiekiem. - Jest cała procedura na to, jak rozmawiać z nowo poznanymi, ze starymi znajomymi też, przecież nie wiecie, czy któryś z nich nie jest taki jak my. Po prostu musicie tak pokierować rozmową, żeby zeszła na hobby albo gry, i wtedy pytacie: Czy grasz w The Mystery of Death? No i już wiadomo, bo poza nami nikt tego nie zna, bo jest schowana w Internecie.

Jaceka zaciekawił ten temat i chętnie pogadałby z Darkiem, ale Ala im przerwała i poleciła ustawić się w kolejce.

- Przecież król nie będzie na was czekał - syknęła. - Później sobie poplotkujecie.

 

Mogli rozmawiać dalej, ale wzmianka o królu speszyła Jacka, który znów zaczął się denerwować. Iza chwyciła go za dłoń i też nic nie mówiła. Przed nimi w kolejce stało kilkanaście grup składających się z rozbawionych zombie i zestresowanych nowych. Z tyłu przystanęli mijani wcześniej motocykliści, a towarzyszący im młodzi zombie przerzucali się kiepskimi żartami, które były tak suche, że aż zabawne.

Najciekawsze rzeczy jednak działy się z przodu. Pomiędzy kościołem świętego Wojciecha a Sukiennicami bił w niebo wielki słup białego światła, jasnego, ale już nie oślepiającego. A na jego tle stał król. Niby niczym się nie wyróżniał z grupy innych zombie, która go otaczała, był tak samo szary, czarnooki i bezwłosy, ale od razu wiedzieli, że to właśnie on. Iza i Jacek obserwowali go uważnie i jeszcze mocniej złapali się za ręce. Ala zauważyła ich zainteresowanie i stwierdziła:

- A tak, to jest właśnie nasz król Grzegorz, ale możecie mu mówić Grzesiek.

 

W kolejce przed nimi zostało już tylko dziewięcioro nowych: wysoka i bardzo szczupła nastolatka, pięciu chłopaków w wieku okołostudenckim i ostatnia grupka, dwie panie koło pięćdziesiątki z młodym mężczyzną, który niewątpliwie był synem jednej z nich. I to właśnie te panie sprawiały wrażenie najbardziej wyluzowanych, jakby cieszyły się, że w ich życiu wreszcie wydarzyło się coś ciekawego.

 

Uwagę Jacka zwrócili ludzie siedzący trochę w oddali, pod ścianą kamienic. Jedna z tych osób - niezbyt duża, więc założył, że to kobieta, chociaż w postaci zombie ciężko było z daleka rozpoznać płeć - trzymała jedyne kolorowe przedmioty na całym Rynku. Były to kule świecące ciepłym pomarańczowożółtym blaskiem. Nieduże, spokojnie zamknąłby taką kulkę w obu dłoniach. Zafascynowały go, bo jako jedyne wydawały się być żywe w tym dziwnym, czarno-białym świecie. Tymczasem Iza obserwowała co innego, a mianowicie króla i ludzi, którzy do niego podchodzili. Teraz przed królem Grzegorzem klęczała chuda nastolatka. Rozmawiali ze sobą cicho, Iza nie była w stanie usłyszeć słów, ale cała ta konwersacja sprawiała wrażenie przyjaznej. Król miał w rękach kilka zadrukowanych kartek, przeglądał je i zadawał dziewczynie jakieś pytania. Potem podał jej rękę, pomógł wstać i wskazał na słup światła. Dziewczyna przez moment się wahała, ale w końcu weszła w światło. Nie było jej przez chwilę, a później pojawiła się po drugiej stronie. Iza ledwo ją widziała, ale mogłaby przysiąc, że dostrzegła na jej twarzy wyraz głębokiej satysfakcji.

 

W końcu nadeszła pora i na nich. Do Izy zdążyło już dotrzeć, że nic złego ich nie spotka, a ludzie są raczej zadowoleni z tego, co się tu dzieje, więc czuła się już trochę bardziej pewnie. Na tyle, by bez większego strachu podejść do króla, klęknąć przed nim, rzucić pozornie beztroskie "Cześć Grzesiek!" i spojrzeć mu w twarz w oczekiwaniu na reakcję. Dopiero po ułamku sekundy zorientowała się, że to może nie był najlepszy pomysł i zaczęła się znów stresować. Usłyszała głośne westchnięcie Jacka, który uklęknął tuż obok. Król tylko się roześmiał i zaczął przeglądać papiery wręczone mu przez jednego z asystentów.

- A więc Jacek i Iza... Moje imię już jak widzę znacie. Witam was wśród zombie. Wiem, że macie mnóstwo pytań, ale wstrzymajcie się chwilę, niedługo wszystko się wyjaśni. Powiem tylko tyle, że będziecie mieć pewne obowiązki wobec naszej organizacji, co zajmie wam trochę wolnego czasu. Na początku to będą proste rzeczy, ale później, jak już się rozkręcimy, zrobi się naprawdę fajnie - mówiąc to uśmiechnął się, jakby nie mógł się doczekać tego później. Izę też już zaczynała zżerać ciekawość.

- To co mamy robić? - spytał Jacek, który myślał o bardziej przyziemnych sprawach.

- Jesteś informatykiem, będziesz pomagał mi przy grze - odpowiedział mu Grzesiek. - Słyszeliście o grze, prawda?

Potwierdzili, a Jacek zaczął protestować, że przecież nie jest programistą.

- Spokojnie, będziesz mógł się wszystkiego nauczyć. Przy waszych nowych możliwościach nauka będzie przyjemnością - znów się uśmiechnął, tym razem tajemniczo, po czym zwrócił się do Izy:

- A ty pomożesz sprawdzać kandydatów, nie przyjmujemy byle kogo do naszej organizacji - pomachał im trzymanymi w ręce kartkami, na których zauważyli między innymi swoje zdjęcia wzięte z internetu.

- Czyli macie teczkę na każdego? - spytała Iza.

- Można to tak nazwać... Dobra, ostatnia sprawa: macie po jednym pytaniu, odpowiem szczerze na wszystko.

- Czym są te świecące kule? - wypalił szybko Jacek.

- Kule Życia? Bo widzicie, my teraz jesteśmy poniekąd nieśmiertelni... A przynajmniej się nie starzejemy, więc jeśli jednak jakiś trzynastolatek chciałby trochę podrosnąć, albo któraś para zdecyduje się na dziecko. to musi mieć przy sobie Kulę Życia, inaczej ludzki organizm się nie zmieni. Generalnie nasza biologia jest teraz nieco skomplikowana, ale tego zaraz sami się dowiecie. Teraz twoje pytanie - zwrócił się do Izy.

- Po co były te wszystkie szopki? Nie mogliśmy od razu porozmawiać?

- No komu jak komu, ale tobie nie muszę przecież wyjaśniać znaczenia rytuałów inicjacyjnych, wydaje mi się, że wiesz o takich rzeczach o wiele więcej niż ja. - Grzesiek wydawał się być rozbawiony, jakby straszenie ludzi sprawiało mu przyjemność. - A że akurat na ciebie nie zadziałały? Jesteś w mniejszości, większość jest zachwycona i chętnie będzie powtarzać to co roku. A przynajmniej tak długo, jak będziemy prowadzić rekrutację.

- Ale ja prawie umarłam ze strachu, dziękuję za taką inicjację - prychnęła Iza.

Teraz król wybuchnął śmiechem i przez chwilę nie mógł się opanować.

- Powiem tak: symbolika życia i śmierci nie jest przypadkowa, ale zaraz naprawdę wszystko sami zrozumiecie. Przejdźcie tylko przez światło, to wam wszystko... rozjaśni. Nie, słuchajcie, tego żartu nie było, nie powiedziałem tego, okej? - Grzesiek był zażenowany swoim sucharem, za to Iza zaczęła chichotać. Sytuację rozładował Jacek, który wstał i delikatnie pociągnął swoją żonę w stronę świetlistego słupa.

 

Światło nie było ani zimne, ani ciepłe, tylko po prostu białe. Przy przechodzeniu przez granicę czuli delikatny opór, jak przy wkładaniu ręki do wody. W środku czuli się dziwnie, biała przestrzeń zdawała się nie mieć końca, a jednocześnie była niemal materialna, jak mgła. Nagle zaczęli rozglądać się wokoło, obojgu im zdawało się, że słyszą jakieś dźwięki, ale to były tylko głosy w ich głowach niosące ze sobą morze informacji. Informacji, które wywołały euforię zarówno u Izy jak i u Jacka. Zrozumieli też, dlaczego wszyscy tutaj są tak pozytywnie nastawieni i przyjaźni. A kiedy wyszli po drugiej stronie słupa światła rzeczywiście wiedzieli już wszystko.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • błękitnypłomień 2 tygodnie temu
    Czy ty nie mogłaś królowi jakiegoś innego imienia nadać?
  • Vespera 2 tygodnie temu
    Wiedziałam, że się czepniesz :) Tak jakoś wyszło, cóż zrobisz, nic nie zrobisz...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania