Czerwień
Samotna chatka stała w głębi lasu, który wyznaczał sobą granicę pewnego miasteczka. Tam, w niewielkiej izbie spała kobieta. Jej włosy, rozrzucone po poduszce, niegdyś płomiennorude, teraz nosiły na sobie pierwsze oznaki starości.
Na zewnątrz księżyc, wraz ze swymi gwiezdnymi siostrami, ustępował właśnie miejsca słońcu, które ubierało szare niebo w odcienie czerwieni, różu, pomarańczy a gdzieniegdzie w pastelowe fiolety. Zbudzone ze snu ptaki śpiewały radośnie w swych gniazdkach, umilając mieszkańcom miasteczka poranek.
Promyki słońca wdarły się do sypialni kobiety, przez okno za jej plecami. Tańczyły po pościeli, włosach i pieściły jej policzki pocałunkami. Kobieta przekręciła się leniwie na drugi bok i otworzyła szmaragdowe oczy. Jednakże jej wzrok nie padł, jak co dzień, na puste miejsce przy jej boku, ale na bukiecik maków, stojący w glinianym wazoniku na nocnej szafce. Szorstkie od wieloletniej pracy przy maszynie, palce zacisnęły się z wolna na łodydze jednego z nich.
Uniosła kwiat wysoko nad swoją twarz i poczęła mu się uważnie przyglądać. Jego płatki… Ta czerwień… Była taka znajoma… Gdyby tylko mogła sobie przypomnieć… Nie, już pamięta. To było tamtego dnia, gdy jego krew została przelana.
******
Tamtego dnia, tak jak i dziś, niesforne promienie słoneczne wyrwały kobietę z jej niespokojnego snu. A gdy otworzyła oczy, jegomościa, z którym od czterech lat dzieliła każdą minutę życia już przy niej nie było. W jej głowie od razu zrodziła się jedna, potworna myśl: "Zabrali go". Starania jej ojca o to, aby tę ostatnią noc, zamiast w celi spędził w jej ramionach, poszły na marne.
Przerażona tą myślą czym prędzej wyskoczyła z łóżka i zbiegła po schodach, w samej tylko koszuli i z włosami w nieładzie.
Nagle, zatrzymała się na ostatnim schodku z rozszalałym sercem, które miało ochotę wyskoczyć jej z piersi. W wejściu stał On. Przystojny, o kruczoczarnych włosach zmierzwionych przez wiatr i uśmiechem od ucha do ucha, na opalonej twarzy. W dłoni trzymał bukiecik czerwonych maków, które zerwał na łące pośrodku lasu.
– Witaj kochanie. Dobrze spałaś? – odparł wesoło, nie zauważając jej zdenerwowania.
– Żartujesz sobie? Gdzieś ty był?! Zdajesz sobie sprawę jak mnie wystraszyłeś?! Myślałam, że cię zabrali! – krzyczała dając upust zebranym w niej emocjom.
On tylko uśmiechnął się szerzej na wybuch ukochanej. Przyciągnął ją do siebie i przytulił, zamykając jej roztrzęsione ciało w swoich silnych ramionach. Kobieta ukryła twarz w jego piersi.
– Wybacz mi najdroższa. Poszedłem tylko na łąkę, zerwać dla ciebie kilka maków. Chciałbym, żebyś wplotła je we włosy. Oboje wiemy, że dziś umrę. Nie chcę tylko zabierać ze sobą wspomnienia o twojej zapłakanej twarzy. Chcę zabrać do grobu twój cudowny uśmiech z dnia, w którym nasze serca nareszcie zabiły tak samo.
Delikatnie ujął ją za brodę i uniósł jej twarz tak, aby na niego spojrzała. Następnie złożył na jej wargach długi pocałunek, którym ostatecznie ją udobruchał.
– Dla ciebie zrobię wszystko. – Mówiąc to wyjęła kwiaty z jego dłoni. Jednego z nich wsadziła sobie za ucho a na usta ubrała swój najpiękniejszy uśmiech.
******
Miasteczko było tego dnia tak ciche. Jakby nie było w nim ani jednej żywej duszy, wszyscy mieszkańcy pomarli albo wyjechali w pogoni za lepszym zarobkiem czy marzeniami. Prawda była jednak inna. Miasto nie było ani wymarłe, ani opuszczone. Po prostu każdy z nich, porzucił dziś swoje codzienne obowiązki i prace, aby obejrzeć katowskie widowisko, jakie miało odbyć się na placu przed ratuszem.
Przez pewien czas para szła razem pod rękę, przez opustoszałe uliczki miasteczka. Ona w swej białej, jedwabnej sukni i włosami splecionymi w warkocz z gdzieniegdzie powtykanymi kwiatami, który przy każdym ruchu, obijał się o jej plecy. On w najlepszej, białej koszuli i nowych, jeszcze nienoszonych, ciemnych spodniach. Szedł uśmiechnięty, jakby nie był prowadzony przez ukochaną na własną egzekucję. Tylko szli razem do ołtarza, aby przed Bogiem złączyć swe życia w jedno. Niestety wizję tę przerwali strażnicy, którzy skuli go przed bramą kościoła i zabrali ze sobą na miejsce egzekucji. Dalszą drogę kobieta zmuszona była przebyć sama.
******
Z trudem przecisnęła się przez podekscytowany tłum, tuż pod podest. Nie potrafiła zrozumieć skąd u nich takie emocje. Przecież za chwilę miano odebrać życie jej ukochanemu, który został niesłusznie oskarżony o zamordowanie ważnego senatora. Dla niej ten dzień miał być nie tylko jego pogrzebem, lecz także jej własnym. Jak oni mogli się tak śmiać i przekrzykiwać jeden przez drugiego? Nienawidziła ich za to, nienawidziła tego miasta oraz jego władz. Najchętniej wspięłaby się na podest, pod którym stała i wykrzyczałaby im prosto w twarze, jak bardzo są zepsuci i obłudni, ale nie mogła. Obiecała przecież stać tam i jako jedyna na czele tego zepsucia, uśmiechać się miała, aby jej ukochany odszedł stąd w spokoju, nie musząc martwić się o gorzkie łzy jakie po nim wyleje. Aby ten ostatni raz widział ją radosną.
W końcu na podest weszła grupka ludzi: elegancko ubrany, gruby urzędnik z wąsem, wysoki, umięśniony kat o zakrytej czarnym workiem twarzy i z toporem na ramieniu oraz para strażników, niosących za sobą pod ramiona jej miłość.
Urzędnik stanął na środku podestu, poprawił okulary i donośnym głosem odczytał akt oskarżenia oraz wyrok. Tłum zareagował głośnymi okrzykami, którym towarzyszyło kilka rzuconych w stronę skazańca pomidorów. Zebrani wybuchli śmiechem, kiedy jeden z nich rozbił się na jego twarzy. Jednak on nic sobie z tego nie robił, tłum dla niego nie istniał. Widział tylko ją, swojego anioła o płomiennorudych lokach i połyskujących jak szmaragdy, zielonych oczach. Nie spuścił z niej wzroku nawet, gdy strażnicy rzucili go na deski podestu i przycisnęli jego głowę do przygotowanego wcześniej pnia.
Był tak blisko, prawie jak na wyciągnięcie ręki. Z całego serca chciała to zrobić, wyciągnąć ku niemu dłoń i z czułością pogłaskać jego policzek ten jeden, ostatni raz. Lecz nie mogła tego zrobić, straciła do tego prawo, gdyż on już nie był jej. Należał do innej kobiety, odzianej w czarną jak noc szatę, która przemierzała świat z dumnie dzierżoną w dłoni kosą, w poszukiwaniu nieszczęśników podobnych do jej mężczyzny. Wysiliła się więc na najpiękniejszy uśmiech w jego stronę, jaki zdołała wydobyć z głębi swego serca, gdy kat uniósł już topór nad jego głowę. Zaś on, zdołał tylko, patrząc jej w oczy, wyszeptać ku niej ostatnie: "Kocham Cię", jakie miała usłyszeć przez resztę swojego życia.
Topór szybko spadł na jego szyję, przecinając rubinową wstęgę, która łączyła go z tym światem i ukochaną kobietą. A jego głowa, o twarzy zastygłej w wyznaniu, które tylko ona mogła usłyszeć, potoczyła się po deskach podestu, tuż pod nogi kata.
Tłum wzniósł okrzyk radości oraz oklaski uznania dla mistrzowskiej ręki kata. Ich sprawiedliwość ponownie wygrała i nie obchodziła ich wcale prawda, że ścięto niewinnego człowieka, mającego przed sobą całe życie.
Kobieta nie wiwatowała razem z nimi. Wpatrywała się zamglonym wzrokiem w jego krew, która ściekała na uliczny bruk. Krew tak czerwoną, jak płatki maków w jej włosach. Patrzyła w czerwień, która już na zawsze wypaliła swój ślad w jej pamięci i na sercu.
Nie rozpaczała po nim przy wszystkich i z pozornym spokojem obserwowała, jak jego oprawcy składają pustą skorupę jego ciała na taczkę, a następnie wywożą daleko za miasto. Gdzieś, gdzie zakopią go w zbiorowej mogile razem z innymi przestępcami.
Na płacz pozwoliła sobie dopiero, gdy nagły deszcz przegonił mieszkańców miasteczka spod podestu. Wtedy ciężar całego dnia powalił ją na kolana, a z jej piersi wydarł się rozdzierający krzyk.
******
Kilka słonych łez spłynęło po jej policzkach, na wspomnienie tamtego dnia. Z odrazą odrzuciła od siebie trzymany w dłoni kwiat, którego kolor palił jej serce żywym ogniem. Skuliła się w sobie na łóżku a twarz skryła w poduszce, na której niegdyś on układał swą głowę, zmęczony całym dniem pracy w tartaku. Kobiecie wydawało się, że poduszka ta wciąż nosiła w sobie jego zapach. Tyle, że jego już nie ma, a ona zmuszona była żyć sama pośród ścian, które miały w sobie cienie jego dawnej obecności.
Jej ramionami wstrząsnął szloch.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania