Czerwień róż

Pamiętała, jak w dużych słuchawkach na uszach siedziała na podłodze przed meblościanką, udając, że słucha winylowej płyty Pana Kleksa. Gramofon stał w części blisko podłogi. Pełno płyt Michaela Jacksona, ZZ Top i Budki Suflera na półce robiło na niej ogromne wrażenie.

Nad tą dumną kolekcją stał telewizor, w którego odbiciu widziała wszystko, co działo się w pokoju — wystarczyło tylko lekko unieść spojrzenie. Duży, okrągły, drewniany stół z ozdobnymi rzeźbieniami na jednej, grubej, środkowej nodze. A na nim — bukiet krwawo czerwonych róż w kryształowym wazonie.

Wyglądało to pięknie.

Czerwień była intensywna i ostra, jak ton głosu ojca. Jego wpatrzone w tę piękną kobietę, poszerzone źrenice — nieprzyjemne i mroczne — często błądziły po otoczeniu, szukając rozsypanych okruszków, brudnych kubków albo niechlujnie rzuconych ubrań.

Jakby potrzebowały tych drobiazgów, by napełnić się jeszcze większą ilością nieuzasadnionej złości i frustracji.

Wtedy poszerzały się jeszcze bardziej. Przekazywały niezgrabnym ustom wytyczne, jakie słowa wypowiedzieć, by raniły jak pocisk. Miały krzywdzić mocno i dotkliwie, ale dyskretnie, bezdźwięcznie — bez pozostawienia widocznych siniaków czy krwawień.

Te ciosy uderzały prosto w trzewia. Raniły narządy powoli, przyspieszały krążenie krwi, paraliżowały umysł. Ból pojawiał się szybko, ale nie znikał po dniu czy dwóch.

Rany sączyły się delikatnie, zatruwały i zabierały poczucie wiary w to, że jest się w stanie poradzić sobie z życiem. Ogarnąć świat.

Zawsze oddana, dobra i ciepła. Jej ogromna wrażliwość, która — wykorzystana poprawnie — byłaby jej supermocą, stała się największym utrapieniem. Wystawiała ją bez zbroi na te pojawiające się z dnia na dzień coraz większe ilości niedorzecznych pchnięć, upomnień, uszczypnięć.

Potem jej naiwność i niekończące się pokłady wiary w piękno, miłość i rajskie życie „aż do śmierci” kazały jej wierzyć, że to był ostatni raz. Że przecież nic takiego nie powiedział — tylko niefajną prawdę, że jest nieogarnięta, niedokładna, niewystarczająca.

Wracamy na podłogę, na szary dywan. Patrzymy na małą postać siedzącą plecami do całego zamieszania.

Potrafiła już zatrzymać wesołą piosenkę o Wyspach Bergamutach. Ciekawość świata dorosłych i rzucanych słów wygrywała nawet z miejscem, gdzie „widziano także osła, którego mrówka niosła”.

Tak dobrze znany głos mamy nie brzmiał tak, jak wtedy, gdy nucił kołysanki na dobranoc albo wołał na obiad. Był cichy, bez mocy. Przebijało się w nim coś, co czasami już słyszała — na przykład wtedy, kiedy upadała na chodnik albo długo nie wracała z podwórka.

Strach.

To uczucie wibrowało w powietrzu. W cichych słowach przebijał się lęk. Spokojnie. Nie ma się czego bać. Dziecko przecież zawsze wstawało i dziarsko otrzepywało kolana.

Ojciec reagował inaczej. Gdy tylko jego wzrok dostrzegał opadającą, zdenerwowaną dolną krawędź ust i tę subtelną wibrację trwogi, wiedział, że czas na najgłębsze rany.

– I teraz będziesz ryczeć? – powiedział z uśmiechem. – Ty to naprawdę do niczego się nie nadajesz. Nie można ci nic powiedzieć, bo od razu warga ci się trzęsie i beczysz.

Strach mamy rozlał się nagłą, ciężką falą po pokoju, a córka zadziałała instynktownie i w sekundę uciekła w dźwięk muzyki. Zamknęła oczy, a dźwięki rozlały się w słuchawkach. „Jest i wieloryb stary, co nosi okulary.”

Po chwili przyspieszone bicie serca się uspokoiło, a ciekawość wygrała z dziwnym, przeszywającym brzuch smutkiem. Uchyliła oczy i uniosła głowę w stronę wyłączonego, czarnego ekranu telewizora.

Czerwone róże stały na swoim miejscu. Mama dostała je dwa dni temu, po tym, jak tato nakrzyczał na nią za słaby obiad. Podniesionym głosem — jak twierdził — tłumaczył, że jedzenie jest niedobre i jeśli tak dalej będzie, to nie będzie tego jadł. Będzie stołował się na mieście, bo u nas w domu to porażka. Co z niej za żona.

Nie wiedziała dlaczego, ale jej bardzo smakowało. Ulubiony makaron spaghetti z mięsem mielonym mama zawsze przygotowywała bez pietruszki, bo wiedziała, że jej nie lubi. Pietruszka była podawana osobno, w małej zielonej miseczce. Dla taty.

Powoli się obróciła. W pokoju nie było nikogo. Najciszej, jak potrafiła, wyłączyła gramofon, zdjęła słuchawki i wstała. Na palcach wyszła z salonu.

Jej pokój na końcu korytarza miał uchylone drzwi. Szybko przebiegła po zielonym, długim dywanie i — nie nasłuchując, czy w domu rozlega się płacz — wbiegła do swojego azylu. Zamknęła drzwi.

Niebieskie ściany otuliły ją swoim ciepłem. Zabawki patrzyły na nią z oczekiwaniem wspólnych igraszek, nieświadome aury, która roznosiła się po pozostałej części domu.

Ona też wolała nie myśleć, nie czuć, zniknąć w muzyce albo wybiec na podwórko, na drzewo w ogrodzie. Jabłoń otulała ją liśćmi i czerwonymi jabłkami, które były niewinnym przypomnieniem koloru róż.

Tam, w liściach, śpiew ptaków i widok nieba koił jej ciało i serce. Kochała, jak promienie słońca wpadały przez gałęzie i kolorowały jej skórę jasnymi, śmiesznymi wzorami. Patrzyła na swoje ręce i skupiała się na tych cieplejszych miejscach, wygrzewanych żółtym światłem.

Czuła się tam dobrze. Podwórko było piękne o każdej porze dnia i roku. Mogła tam biegać, skakać i nie zastanawiać się nad światem dorosłych.

Wieczorem, kiedy przychodziła pora spania, spokojny dom powoli skrzypiał na dobranoc deskami schodów, cicho miauczał pod drzwiami kotami i szumiał wierzbami przy oknie.

Nieobecny samochód przed domem był oznaką spokoju. Sygnałem, że tego dnia długie ręce mamy oplotą się na kołdrze, a jej cichy, już łagodny głos będzie śpiewał słodkie, monotonne kołysanki.

Czasem tylko głos zadrżał lekko, jakby umysł wrócił w jakieś ciemne wspomnienie. Ręce znów zaciskały się mocniej na pościeli, odprowadzając je obie w głęboki i niespokojny sen.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania