Czerwone szpilki za karawanem

Było ich cztery. Wychowywały się praktycznie razem. Przy babcinym stole spędziły mnóstwo czasu. Zabawom nie było końca. Wiecznie poobdzierane kolana od asfaltu, a ręce, gdy w zabawie trzeba było klepnąć w korę drzewa, w jednej chwili różowiły się krwią.

Czy się lubiły? Trudno powiedzieć, bo z czasem, już jako dorosłe kobiety, rozminęły się z życiem.

– Wiesz, Lumi, tylko ty nie ułożyłaś sobie życia. Każda ma męża i jest szczęśliwa.

Babcine słowa po dziś dzień brzmią mi w uszach jak dobry kompot, do którego nagle wpada śliwka. Taka robaczywka.

Jedna zakochiwała się sto razy. Mam wrażenie, że imię zawsze było to samo, zmieniała się tylko twarz. Druga długo nie wytrwała, bo wylądowała z przyjacielem męża. A trzecia? To niby żartem, ale zawsze, gdy chce coś kupić, mąż najpierw prosi ją o numerek.

Najśmieszniejsze jest to, że kiedy spotkały się na pogrzebie babci, jedna w czerwonych szpilkach dumnie stawiała kroki za karawanem. Markowe ciuchy i torebki biły po oczach, jakbym miała uklęknąć z wrażenia. Ani jedno słowo nie padło między nimi. Żadna zdawka, żadna poprawka. Jakby te wszystkie wspólne lata, zabawy i zdarte kolana nigdy nie istniały.

A ja? Najpierw czekałam na Bossa przy wejściu do kościoła, licząc, że uda mu się urwać z pracy, choćby na chwilę. Później wtopiłam się w tłum, niezauważona. I było mi już zupełnie obojętne, czy uda mi się zniknąć bez pożegnania.

Bo przecież nie zawsze trzeba mieć męża, markowe ciuchy i czerwone szpilki, żeby móc powiedzieć, że jakoś się to życie ułożyło. A może właśnie czasem trzeba umieć z niego po cichu wyjść i pójść przed siebie bez oglądania się do tyłu w zieloną trawę!

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania