Cześć jestem Janusz 1 cześć

Tadek zgodził się na wejście do zamku o północy. Cała klasa była pod wrażeniem, tylko Artur był sceptyczny do całego przedsięwzięcia. Józio bał się, że zostaną przyłapani przez rodziców albo co gorsza przez policję.

Młodzieńcza brawura i miłość do ciemnowłosej Emilki, przerodziła się w przygodę jego życia, o którą się prosił.

 

Zamki mają swój urok rzekł miejscowy pijak po czym zatoczył mimowolny obrót i uderzył w znak ustąp pierwszeństwa.

 

Zboczyli z głównej trasy, która kierowała ich prosto do centrum miasta, poruszali się leśną dróżką, omijając paskudnie wielkie dziury. Józio zrównał się rowerem z Tadkiem.

- Jesteś pewien? - zapytał Józio. Rudy chłopiec mocniej zacisnął dłonie na kierownicy roweru.

- No raczej - powiedział Tadek. - To nie będzie pierwszy raz jak będę musiał gdzieś wleźć i coś przynieść . Podmuch nocnego wiatru nakreślał ich sylwetki.

- Nie wejdzie tam! - włączył się Artur do rozmowy. - Przecież tam straszy, mój wujek opowiadał, że widział w zamku białe zjawy. Józio i Tadek spotkali się na chwilę wzrokiem i zaczęli się gromko śmiać.

- Twój wujek, przez coś innego widział tej zjawy- odrzekł Józio.

- To niby od czego ? - zafrapował się Artur.

- Ale ty jesteś tępy - odezwał się Tadek. Każdy, który mieszkał we Chrabkach wiedział, że wujek Artura, pan Maciej jest alchemikiem, jego specjalnością był owocowy bimber z tutejszych gruszek.

 

Chłopcy ujrzeli mury średniowiecznego zamku. Tadek zostawił chłopakom do popilnowania swojego czarnego bmxa, którego dostał na dziesiąte urodziny. Przeskoczył przez mur i szukał dziury, która była niekonwencjonalnym wejściem do zamku, była to pamiątka po pocisku Panzer IV. Dostał się do środka potężnego zamczyska, który był dumą - gimny Chrabki. Zamek był strzeżony przez emerytowanego milicjanta - pana Stasia. Tutejszy cieć - tak określano jego osobę, był nieuleczalnym alkoholikiem. W budce ,,ciecia” - nie świeciło się żadne światło, prócz napisu na budce, który był widoczny, dzięki farbie fluorescencyjnej - ‘’Wstęp wzbroniony”.

Tadek przecisnął się przez dziurę i dostał się do środka, przy tym niechcący potrącając butelkę tutejszego specjału - ,, Księżycowa gruszka” - napój o magicznych właściwościach - idealnie paraliżował ciało i umysł.

 

Zapach w środku był nie do opisania - totalna wilgoć i zapach pleśni. Był środek nocy, blady księżyc oświetlał stare portrety, krużganki i butelki po tanich winach. Zamek był częstym miejscem zabaw tutejszej łobuzerii.

Tadek porszuał się po zniszczonych schodach. Ciemność była gęsta jak mgła na zewnątrz. Wszystko robił po omacku.

Zamknął za sobą drzwi - tak cicho jak tylko mógł, aby nie obudzić - ,,lokatorów”. Nikt w okolicy nie wierzył w bajdurzenie o duchach. Światło, które niekiedy pobłyskiwało z okiennic zamku, to nie żadne upiory, a grupka bezdomnych ludzi, którzy szukali miejsca na nocleg. Zamek nie był ogrzewany, gminę by to kosztowało kolosalne pieniądze i nie wspominając o kosztach obowiązującej renowacji zabytków . Za wibrował telefon.

- I co jesteś tam? - odezwał się Józiu. Chłopak był cały w nerwach - robiło się już późno, a jego matka dzwoniła do niego już trzy razy. Nie zwiastowało to nic dobrego.

Przed murem zamku, czekali na niego Artur i Józio - koledzy z klasy IV D. Józio i Artur poznali się, kiedy Tadek przeniósł się do ich szkoły.

- Czego się trzęsiesz - rzucił ostro Artur. - Zaraz wybiegnie, albo cieć go chwyci za kark i wyprowadzi.

- Cicho. Nie słyszę co mówi - rzucił szeptem Józio. - I co udało ci się dostać?

- Ta - odpowiedział sucho Tadek - Nic strasznego tutaj nie ma.

- A byłeś w piwnicy? - zapytał się Artur . - Ten pijak z pod piątki, tego sklepu na ul. Odwalczej, gadał coś, że policja rok temu znalazła tam ciało. Było całe nadgryzione. Artur czekał na reakcję Józio. Józio poczerwieniał na twarzy.

- Przestań go straszyć debilu - krzyknął Józio. Artur był cały w skowronkach.

- Jest strasznie ciemno i nic tu nie widzę - odpowiedział Tadek.

Józio i Artur, przełączyli na głośno-mówiący, słyszeli ciężki oddech kolegi z klasy. Józio nie wytrzymał, czuł się w pewnym sensie odpowiedzialny za kumpla z ławki.

- Dobra to wracaj do nas - powiedział Józio. - Artur ciągle siedzi na twoim rowerze i mówi, że jest to dupy.

- Jak jest to dupy to czemu na nim siedzi? - powiedział z irytacją w głosie Tadek. - Zaraz wracam.

 

Nagle jego zmysły, ogarnęło nie wiedzieć czemu, nagłe przerażenie ; dzikie i pierwotne, jakby zagrożenie było nieuniknione.

Przede nim pojawiła się karmazynowa mgła, która była ciepła, ale drażniąca oczy i nos. Otaczająca wilgoć i brud, ustąpiła fali orzeźwiającego zapachu winogron i świeżo mielonej kawy. Przypomniał sobie zapach domu swojego domu i zapach matki.

 

To co zobaczył zmroziło mu krew w skroniach. Zastygł w pozycji stojącej. Mrok, który panował zaczynał powoli gasnąć; ściany muru i całe korytarze zaczęły rozjaśniać się w jednej chwili. Chłód i wilgoć przegrywała z raptownym przyjściem ciepła.

Z mgły wynurzyła się postać ubrana w czerwony garnitur.

Cylinder który miał na głowie, był ozdobiony małymi czaszkami - chyba małpimi. Przypominał nauczyciela od matematyki, wzrok pozbawiony empatii i szczęścia. Oczy jego były szare i wyraziste. Wyglądał na niecałe trzydzieści lat, natomiast jego aura, która od niego emanowała była czymś w rodzaju małych wyładowań elektrycznych.

Spojrzał się w stronę Tadka. Ze strachu skierował wzrok w przeraźliwie brzydki dywan. Na dywanie był naszyta łacińska transkrypcja

- Mogę wiedzieć, co pan robi w moim zamku ?- zapytał gospodarz zamczyska. Jego oczy rozpaliły się zielonym błyskiem.

Tadka gardło zostało ściśnięte do granic wytrzymałości. Przez chwile milczał, żeby zaraz powiedzieć.

- To jest pana zamek ? - odpowiedział pytaniem na pytanie. Poczuł się dość głupio, ale dał sobie szansę na struganie zagubionego dziecka.

- Inaczej nie zadałbym ci tego pytania - mówił spokojnie.

- To taki głupi zakład - mówił prawdę. - Koledzy założyli się, że nie wejdę więc, wszedłem ale i tak nie chciałem zostać tu nie dłużej niż parę minut.

- Jak na młody wiek nie jesteś pozbawiony rozsądku, ale brak ci manier - ciągnął dalej.

- Wydaję mi się, że to co ci dzisiaj pokaże ukształtuję cię .

Obrócił się na prawej nodze i naglę cały zamek oświetlił się przyjemnym światłem. Jak w Harrym Potterze, którego Tadek namiętnie czytał; świeczniki zareagowały na życzenie swojego gospodarza, cały zamek sprawiał teraz wrażanie zamieszkanego i zadbanego. Szedł za gospodarzem w stronę stromych schodów, które kierowały na pierwsze piętro ale w ten sam czas, gospodarz wyjawił mu że kierują na dół domostwa. Była jeszcze inna sprawa, która nie dała mu racjonalnie myśleć , gospodarz mówił, że brał udział w budowaniu swojego zamku, ale jeśli to prawda - nie jest człowiekiem, a jeśli już, to coś na podobieństwo - Nieśmiertelnych, swoją drogą niesamowity film. Za wibrował jego smartfon.

 

- Stało się coś? - krzyknął przejęty Józio. - My już jedziemy, jak coś to daj znać - to zadzwonię to twojej m.. - i tu urwał, kiedy zrozumiał jaki błąd popełnił.

- Nic się nie stało Józio, każdemu może się zdarzyć - odpowiedział Tadek.

- Sorry, zawsze muszę być takim debilem - odchrząknął zastygłą w gardzielu ślinę.

 

Temat matki był jego tabu.Dzień matki, a w szkole na tą okazję wszyscy uczniowie zaprosili swoje mamy na ten uroczysty dzień. Tadek nie przychodził w ten dzień do szkoły, uznając że w ten sposób pozbędzie się wzroku, nie czuł tego, kiedy na kogoś zerkał ale na plecach, było to jedno najgorszych uczuć jakich doznał w tak młodym wieku.

Jego matka umarła w domu, półprzytomna - zamknęła drzwi do garażu, włączyła muzykę z lat siedemdziesiątych i oddała się chwili. Otworzyła butelkę wódki i wlała ją sobie wprost do gardła, a w czasie kiedy to się działo - silnik był włączony i nieświadoma została uduszona spalinami, zmarła w wieku 32 lat. Tadek miał wtedy 5 lat.

Gospodarz zamczyska uraczył go gestem, otwierając wielkie drewniane wrota okute żelazem.

- Wejdź, proszę - zachęcił go ruchem dłoni. W głosie dało się wyczuć czyste intencje nieznajomego.

Przed chłopcem pojawiły się regały z ciemnego drewna zaopatrzone w skończoną ilość książek i zwiniętych map; wszystkie woluminy były pięknie zdobione, cześć z nich była chroniona przez srebrne kraty. Cała komnata była jednym wielkim kołem, składającym się z kominka z, którego ogień buchnął dopiero jak gospodarz zamknął drzwi. Kilka drewnianych krzeseł z epoki wiktoriańskiej, a nad sklepieniem dziwne łacińskie inskrypcje, które cały czas zmieniały położenie względem siebie. Chłopak zobaczył, że gospodarz gada coś pod nosem i nagle cały stół pokrył się zielonym splotem krzewu, z którego buchnęły jagody. Tadka zatkało.

- Jak pan... - zapomniał co miał powiedzieć. Miał wrażenie, że sen w którym się znajduję jest tak samo realny jak te jagody.

- Jestem Janusz - odpowiedział ze subtelną wrażliwością. - Jestem magiem , waszą gwarą to będzie - szarlatan albo czarnoksiężnik. Zrobiła chwilę pauzy na garść jagód. - Aby uszanować tradycję mojego nauczyciela - ty Tadeuszu, zostaniesz moim uczniem. Tadek pomyślał, jakby oglądał film na podstawie tego co się dzisiaj wydarzyło, z pewnością Oskara by nie dostał, jednak czuł w środku przyjemne ciepło ekscytacji.

Mag bacznie obserwując zachowanie chłopca, był pewien, że to najdziwniejsza a zarazem wyczynowa chwila jego życia. Był to wyczyn dla umysłu chłopca.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania