Człowiek i góra

(dla Brunona Schulza i wszystkich obłąkanych)

 

===========================================

 

Jej potęga zanikła w obliczu rozświetlonej słonecznym promieniem błękitnej tafli niegłębokiego oceanu zwanego niebem. Mimo wszystko jej widok wypalał się w siatkówce mojego zmęczonego oka, uświadamiając mi, że znów stracę na nią następny rok mojego krótkiego życia. Nie wiem, ile już zabrała. Może dekadę? Pięć lat? Co, jeśli to dopiero moje pierwsze wyjście? Nie wiem.

Strome zbocza góry, na której punkcie oszalałem, jak wielu podobnie nieszczęśliwie obłąkanych, spowite były teraz ledwie widoczną zielenią. Na razie maszerowałem. Raz. Dwa. Raz. Dwa. Raz. Dwa. Raz. Dwa. Raz. Dwa.

Moje nogi były jakby mechaniczne, działały industrialnie, zawsze utrzymując ten sam rytm. Poprowadziły mnie nad niegdyś potężną rzekę, teraz zaledwie niewielki strumyk, przeciskający się nieśmiało przez malutką wnękę między białymi od suszy kamieniami. Zapomniały już one, że jeszcze nie tak dawno rwały się do przodu, brunatniały od wody i przemierzały krainę ku lepszej, głębszej rzece. Teraz spędzają swoją starość w tym samym miejscu, otoczone przez setki do siebie podobnych.

Mechanizm przestał działać. Chwyciłem wodę, kupioną w pobliskim barze, i pochłonąłem cały mikroplastik, przyjmując go w swoje ciało, jak rybka w akwarium przyjmuje swoją karmę. Poczułem, jak niewielki wiatr przedziera się przez moją niezadbaną brodę, przyciska do siebie moją starą twarz, jakby matka przyciskała swojego syna, dając mu nadzieję, że jeszcze będzie dobrze.

Raz. Dwa. Raz. Dwa.

Zbliżam się do niej coraz bardziej, uśmiechając się pogodnie, tak, jakbym witał się z dawną przyjaciółką. Dotknąłem delikatnie jej porośniętej mchem skały i zacząłem się wspinać. Jeszcze parę lat temu wchodził ze mną kundel. Piękny, mądry pies okazał się podobny do inteligencji naszego świata i uznał mnie za dziwaka, porzucając swojego przyjaciela na pastwę obłudnego losu i wrzucając go w coraz większy obłęd.

Szlak turystyczny był szeroki, niczym miejska ulica, i podobnie do niej, przepełniony był ludźmi. Młode matki nosiły na rękach swoje coraz starsze dzieci, a ich ojcowie chodzili gdzieś nieopodal. Starsi mężczyźni i ich żony rozmawiali swoimi ściśniętymi ręką czasu głosami o tak prozaicznych sprawach jak jutrzejsza wizyta w królestwie niebieskim. Mali chłopcy szarpali mniejsze dziewczynki za ich pulchne włosy, wtedy krzyczały. Byli też tacy jak ja.

Raz. Dwa. Raz. Dwa. Raz. Dwa.

W końcu zszedłem z głównej rzeki pełnej szarych głów, w jej boczną odnogę, w której przedstawicieli gatunku Homo neanderthalis było znacznie mniej. Teraz to tylko nieliczni podróżnicy, przekonani, że to ich wielki i genialny zmysł wędrowców znaczy cokolwiek wielkiego w tym zzieleniałym świecie. Do moich nieprzyzwyczajonych nozdrzy dostawał się dym papierosów, wtedy kasłałem niemiłosiernie. Spojrzałem na jej szczyt. Piękny, wysoki, czułem, jak patrzy się na mnie, swojego przyjaciela.

Jej zimowe, białe niczym chmury oblicze sprzed paru miesięcy wyglądało znacznie lepiej w porównaniu do tego, co się działo teraz. Ten delikatny puch, okalający tę zmęczoną po tylu latach egzystencji ziemię, dawał jej odpocząć. Teraz te posłuszne ryby maszerują po niej, swoim asymetrycznym rytmem. W końcu odbiłem w las.

Strome zbocze, którym szedłem, pachniało świeżo daną mi wolnością i smakowało prawie jak moja stracona przez nią młodość. Słyszałem już tylko pojedyncze plusknięcia ze szlaku, ostatni płacz dziecka, ostatni wrzask ojca, który przypominał mi moje niewinne dzieciństwo, kiedy to siedziałem w rozgrzanym piasku nad dawno wyschłym jeziorem. Pływały wtedy po nim przyszłe wraki, motorówki i rozgrzany plastik roweru wodnego. Teraz została tylko ona. Raz. Dwa. Raz. Dwa. Raz. Dwa.

Zatrzymałem się, poprawiając wiszący na mojej szyi zielonkawy niczym zasinione jezioro w środku lata, zarośnięte trzciną i glonami amulet, który w mieście przypominał mi o tym, że to właśnie do niej należę. Zobaczyłem głaz, a przed nim krzyż zrobiony z dwóch patyków, wbity w jej ciemną, skórzaną ziemię. Odpoczywam.

Wyjąłem z plecaka zielonkawą butelkę piwa i otworzyłem ją o korę drzewa. To było to, co uwielbiał.

Wylałem całość na krzyż i zrzuciłem na szlak. Moją wyschłą, pustynną skórę pokryło słone morze łez, które powoli kapało na jej zarośniętą ziemię. Niebo zaszło czernią i ona wtedy też zaczęła płakać.

Kiedy tak tu siedziałem, obserwując, jak powoli niebieskawa tafla pod wpływem wielkiej klepsydry zmienia swój kolor na pomarańczowawy, podeszła do mnie sarna. Przywitałem się z nią, a ona swoim delikatnym, sarnim głosem spytała mnie, gdzie są moi towarzysze. Odpowiedziałem jej zgodnie z prawdą o smaku gorzkiej, czarnej kawy po słodkim i beztroskim śnie, że zostałem sam.

— Zgubiłeś się, wiesz? — Jej łamliwy, kochany głos wydawał się taki niewinny.

— Wiem. Ale co z tego? Widzisz, jak oni żyją. A ja żyję dla niej — uśmiechałem się nieśmiało, licząc na zrozumienie. Byłem głupcem. Nawet sarna wiedziała, że oszalałem. Uciekła.

Raz. Dwa. Raz. Dwa. Raz. Dwa.

Zapadała ciemność, a ja wciąż nawet nie zbliżyłem się do jej szczytu. Patrzyłem tylko na niego z daleka, marząc o tym, co na nim, okrytym kołdrą z chmur jest. Miejscowi, jak to oni, mówią, że jest z niego piękny widok na całą tą ludzką okolicę. Ale co z tego, skoro chcę tylko jej. Chcę wiedzieć, jaka ona jest.

Pierwsze gwiazdy wypaliły się na czarnym firmamencie jeszcze nie tak dawno niebieskiego nieba. Usiadłem i wyjąłem koc, taki, wydawałoby się, że ludzki, w tej całej sytuacji. Odkryłem się nim i popatrzyłem w niebo. Szczyt wydawał się jakby w zasięgu ręki i wystarczył by moment, by moje drętwe ręce chwyciły go. W końcu podjąłem decyzję.

Zostaję tutaj. Na rok, dwa, dekadę. Może zejdę jutro, by znowu podziwiać ją z oddali, by znowu zobaczyć rzekę białych kamieni. By znowu spotkać się z mądrzejszym ode mnie stworzeniem, które znowu uzna mnie za obłąkanego szaleńca i porzuci na pastwę rwącego prądu rzeki życia, gdzie zaraz wpadnę do bezgranicznego morza. Zostaję tutaj, pod jej szczytem.

Raz. Dwa. Raz.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • siena godzinę temu

    To ona z tym szczytem może położyć się u Twoich stóp i czuć się bezpiecznie.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania