Homo Sapiens Sapiens 2.0
Prolog z perspektywy wieczności
Wszechświat, jak dobrze wiedzą ci, którzy ośmielają się o nim rozmyślać, nie ma ani początku, ani końca – ani w czasie, ani w przestrzeni. Jest to machina tak ogromna, że jej tryby obracają się w cyklach, których nie ogarnia żaden umysł, nawet najbardziej wyrafinowany. Czas w niej płynie jak rzeka bez źródła i ujścia, a przestrzeń rozciąga się w nieskończoność, jakby ktoś zapomniał postawić granic. W tej nieskończoności Ziemia jest zaledwie pyłkiem, chwilowym błyskiem na ekranie radaru kosmicznej obojętności. I choć człowiek zwykł się przejmować swoim losem, swoim smogiem, wojnami i plastikiem zalegającym w oceanach, to z perspektywy wszechświata jego troski są równie istotne co pojedynczy kwark w jądrze gwiazdy neutronowej. Innymi słowy: nieistotne.
Archeologia zapomnianych epok
Profesor Hieronim Kalkulator, człowiek o oczach zmęczonych od wpatrywania się w ekrany skanerów geologicznych, siedział w swoim laboratorium na skraju dawnego krateru wulkanicznego. Przed nim leżał fragment ceramiki – nie, nie ceramiki, raczej stopu nieznanego metalu o strukturze molekularnej, której nie potrafił zidentyfikować żaden spektrometr. Znalezisko pochodziło z wykopalisk na głębokości siedmiu kilometrów pod powierzchnią Antarktydy, gdzie lodowce ustąpiły miejsca badaniom po wielkim topnieniu roku 2047.
– To nie jest ludzkie – mruknął do siebie, choć w pomieszczeniu nie było nikogo, kto mógłby go usłyszeć. – To starsze od nas. O wiele starsze.
Analiza izotopowa wykazała wiek obiektu: 12 milionów lat. Nie był to pierwszy taki dowód. W ciągu ostatnich dekad archeolodzy natrafiali na ślady cywilizacji, które kwitły i znikały na Ziemi, zanim Homo sapiens w ogóle pomyślał o zejściu z drzewa. Były to kultury maszynowe, biologiczne, a nawet takie, których natury nie udało się ustalić. Jedna z nich pozostawiła po sobie gigantyczne struktury w głębinach Pacyfiku – coś w rodzaju reaktorów fuzyjnych, choć nikt nie wiedział, jak działały. Inna zostawiła zapisy w języku, który przypominał matematyczne równania, wyryte na płytach z niezniszczalnego materiału. Wszystkie one miały jedną wspólną cechę: upadły. A potem przyszli ludzie – i zaczęli od nowa.
Kalkulator westchnął. „Jeśli my znikniemy, ktoś inny też zacznie od nowa” – pomyślał. Nie było w tym smutku, raczej chłodna akceptacja faktu, że Ziemia jest zaledwie sceną, na której kolejne gatunki odgrywają swoje dramaty.
Trzecia wojna i Arka Nowego
Rok 2073 przyniósł to, co nieuniknione. Trzecia wojna światowa nie była konfliktem ideologicznym ani terytorialnym – była po prostu wynikiem zmęczenia. Zmęczenia zasobami, które się kończyły, klimatem, który się rozpadał, i ludźmi, którzy przestali wierzyć w cokolwiek poza przetrwaniem. Bomby termojądrowe rozświetliły niebo nad kontynentami, a miasta zamieniły się w szklane pustynie. Większość ludzkości zniknęła w ciągu kilku dni – niektórzy w eksplozjach, inni w chaosie, który nastąpił później.
Ale nie wszyscy. W głębinach Gór Uralu, w schronie zbudowanym jeszcze w czasach zimnej wojny, przetrwała garstka – kilkaset osób, w tym inżynierowie, genetycy i filozofowie, którzy jakimś cudem nie stracili nadziei. Równolegle, na orbicie okołoziemskiej, krążyła "Arka Nowego" – stacja kosmiczna zaprojektowana jako ostatnia deska ratunku. Nie była dziełem człowieka. Pojawiła się nagle, w noc przed pierwszym uderzeniem, z komunikatem w czterdziestu językach: „Wsiadajcie, jeśli chcecie żyć”. Nikt nie pytał, kto ją przysłał – obcy, bogowie czy może przyszłość sama w sobie. Ci, którzy zdążyli, weszli na pokład.
Na "Arce" rozpoczęła się praca. Ocalali, wsparci technologią daleko wykraczającą poza ludzkie pojmowanie, zaczęli projektować Homo sapiens sapiens 2.0. „Nie powtórzymy błędów” – powtarzali genetycy, modyfikując DNA. Usunęli geny odpowiedzialne za agresję, krótkowzroczność i skłonność do nadmiernego gromadzenia zasobów. Dodali odporność na promieniowanie, zdolność do fotosyntezy w ograniczonym zakresie i umysły zdolne do kolektywnego myślenia bez utraty indywidualności. Nowy człowiek miał być mniej wadliwy, bardziej harmonijny z wszechświatem.
Rozmowa z obcym
Na pokładzie "Arki" jeden z ocalałych, niejaki Janusz Pirx – pilot i samozwańczy filozof – nawiązał kontakt z istotą, która zdawała się kierować całym przedsięwzięciem. Była to forma życia nieorganicznego, przypominająca płynny kryształ, który zmieniał kształt w rytm swoich myśli.
– Dlaczego nam pomagacie? – zapytał Pirx, wpatrując się w pulsującą powierzchnię.
– Bo to nie pierwszy raz – odpowiedziała istota głosem, który brzmiał jak szum wiatru w tunelu. – Ziemia jest laboratorium. Wy jesteście eksperymentem. Przed wami byli inni, po was będą następni. Wszechświat nie zna stagnacji. Gdy jeden gatunek zawodzi, tworzymy kolejny, lepszy.
– A co z nami? Z tymi, którzy przeżyli?
– Jesteście nasieniem. Wasza wiedza, wasze błędy – to dane, z których powstanie Homo sapiens 2.0. Nie martwcie się o waszą planetę. Ona się odrodzi. Zawsze się odradza.
Pirx zamilkł. W głowie miał tylko jedno pytanie, którego nie zadał: „A co, jeśli i oni zawiodą?”. Ale odpowiedź wydawała się oczywista. Wszechświat miał nieskończenie wiele czasu na próby.
Epilog: Człowiek kolejny
Tysiąc lat po wojnie Ziemia znów tętniła życiem. Nowa rasa, Homo sapiens sapiens 2.0, budowała miasta z materiałów organicznych, które rosły jak drzewa. Nie znali wojen, głodu ani strachu – ich geny zostały zaprojektowane zbyt dobrze. W swoich kronikach zapisywali historię swoich przodków, tych prymitywnych ludzi, którzy niemal zniszczyli planetę. Traktowali ich z pobłażliwą sympatią, jak dziecko, które rozbiło zabawkę, nie rozumiejąc jej wartości.
A wszechświat patrzył. Nieskończony w czasie i przestrzeni, obojętny na pojedyncze dramaty, czekał na kolejny akt. Bo jeśli nawet Homo sapiens 2.0 upadnie, przyjdzie 3.0, 4.0 – aż do nieskończoności. „Człowieka obecnego zastąpi człowiek kolejny gatunek, mniej wadliwy i udoskonalony genetycznie” – głosiło hasło wyryte na monolitach nowej cywilizacji. I choć nikt nie wiedział, kto je wymyślił, brzmiało jak prawda, której nie da się obalić.
Koda
I tak, drodzy czytelnicy, spójrzmy na nasze troski z dystansu. Czy warto płakać nad rozlanym mlekiem, gdy galaktyki wirują, a czas nie zna końca? Może lepiej uśmiechnąć się do losu i czekać na to, co nieuniknione – na kolejnego człowieka, który zrobi to lepiej. Albo i nie. Wszechświat i tak będzie trwał.
Wszechświat i tak będzie trwał.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania