człowiek w bieli

Jestem człowiekiem w bieli. Leżę na oddziale Chirurgii Urazowej w Szpitalu Klinicznym przy ulicy Borowskiej we Wrocławiu. Mam obandażowaną głowę i zadrutowaną połamaną szczękę. Wybite przednie zęby. Połamane bezużyteczne zagipsowane nogi i połamane bezużyteczne zagipsowane ręce podwieszone na specjalnych linkach, sterczące ku górze. Mam połamaną miednicę i połamane żebra i cały jestem zagipsowany - od stóp po szyję. Z tymi sterczącymi białymi kończynami wyglądam niczym pokraczna awangardowa rzeźba, którą ktoś strącił z cokołu i wywrócił na plecy. Mam odbite nerki i pękniętą śledzionę. Lekarze mówią, że najgorsze jest już za mną i będę żył.

 

***

 

Dostałem naprawdę ostry wpierdol. Taki wpierdol może zdarzyć się tylko raz. Drugiego razu bym nie przeżył. Jak do tego doszło? To skomplikowana historia. Ale jak macie trochę czasu, to opowiem wam wszystko po kolei. Chociaż przy tej historii "po kolei" to chyba nie najlepsze określenie.

 

***

 

Miesiąc wcześniej.

 

Podczas romantycznego spaceru z Agnieszką po Lesie Rędzińskim musiałem oddalić się za dużą potrzebą i mimo że byliśmy na łonie natury wprawiło mnie to w zakłopotanie. Agnieszka jest niestety mocno "ą-ę" i "bułkę przez bibułkę" i po prostu krępuję się przy niej załatwiać potrzeby fizjologiczne. Szczerze mówiąc to mocno mnie wkurza Agnieszka ale trzymam się jej, bo wiem, że ciężko znaleźć dziewczynę, kiedy jest się podobnym do Josefa Goebbelsa. Ja jestem uderzająco podobny do Josefa Goebbelsa i kobiety raczej nie szaleją za mną. Niełatwo iść przez życie mając twarz i posturę Goebbelsa, tym bardziej jeśli jest się antyfaszystą i należy do tajnego stowarzyszenia Anty Nazi Front. W organizacji każdy ma jakąś ksywę. Pewnie domyślacie się jak na mnie mówią. Ale odbiegłem od tematu. No więc przyparło mnie w lesie na spacerze. Na szczęście (co za fart!) akurat wtedy natknęliśmy się na stojący na otoczonej gęstymi chaszczami polance wychodek. Trochę się zdziwiłem, że w środku lasu takie luksusy.

Od wewnątrz przybytek wcale nie przypominał wychodka. Ściany ze stali kwasoodpornej, po środku fotel jakby wyjęty z odrzutowca, jedna ze ścian podobna do kokpitu w nowoczesnym samochodzie - ekran LCD, jakieś gałki, pokrętła, suwaki. Po paru chwilach znalazłem przykręconą do stalowoszarej ściany metalową tabliczkę z napisem: "Chronokaps - VCP 412" rok. prod. 2074- st. techn.: dobry. data nast. przegl. techn. 22 maja 2078 r."

 

***

 

Nie powiedziałem Agnieszce o tym co zobaczyłem we wnętrzu pseudo wychodka. Odprowadziłem ją do domu i wróciłem czym prędzej do Lasku Rędzińskiego po drodze obdzwaniając kolegów z Anty Nazi Frontu i informując ich o odkryciu. Spotkaliśmy się przy tajemniczym obiekcie po niecałych dwóch godzinach. Przyszedł Grodus - szef naszej komórki ANF, Długi, Skłeler, Wściekły, i Gruby - nasz "geniusz" komputerowy. Po trzech kwadransach wizji lokalnej zaczęliśmy rozumieć z czym mamy do czynienia. Ten niby wychodek - z zewnątrz niechlujnie zbita z nieheblowanych desek wąska buda z drzwiami zamykanymi na haczyk - to była maszyna do przenoszenia się w czasie i przestrzeni. Gruby szybko rozgryzł interfejs urządzenia. Zresztą nie było to trudne. Napisy po angielsku. Obsługa intuicyjna. Po włączeniu trzeba było ustawić w zasadzie tylko dwa parametry: czas, w który ma nas przenieść Chronokaps i miejsce, w którym mamy się pojawić. Czas ustawiało się sześcioma potencjometrami: rok, miesiąc, dzień, godzina, minuta, sekunda. Miejsce wpisując z klawiatury współrzędne - długość i szerokość geograficzną lub korzystając z ekranu dotykowego z mapą, bardzo przypominającą "mapy Google", na której klikało się punkt docelowy.

- Ciekawe gdzie jest właściciel? - głośno myślał Gruby. - Wygląda na to, że ktoś przybył tu z przyszłości, z dwa tysiące siedemdziesiątego któregoś roku, skoro data następnego przeglądu to 2078 rok.

- Skąd wiesz, że właściciel - zaprotestowałem. - Może właścicielka? Dlaczego uważasz, że to był facet?

- Bo jest seksistą - zaśmiał się Wściekły. - Antyfaszysta seksista.

- Dobra! Nieważne. Co to za różnica? - Gruby nie miał ochoty na żarty.

- Panowie, musimy pilnować, czy nikt nie idzie - powiedział Grodus i rozejrzał się zaniepokojony dookoła.

- Przyjmijmy, że to był on. Może coś mu się stało po tym jak wylądował? - powiedziałem.

- Może coś poszło nie tak jak zakładał, zachorował albo się otruł czymś i umarł? - dodał Długi.

- Albo ktoś dał mu w czapę...

- Przepadł i został po nim pusty Chronokaps... dziwna nazwa.

- Wcale nie dziwna. To kapsuła czasu. Chrono kapsuła, w skrócie Chronokaps. - powiedział Skłeler

- Tylko dlaczego zakamuflowana na wychodek? - zapytałem.

- To proste - odparł Gruby. - Wychodek może stać na uboczu, gdziekolwiek, i nie wzbudza podejrzeń. I zawsze pasuje do miejsca, do czasu w którym się znalazł. Wychodek tak samo wyglądał dwadzieścia lat temu, czy pięćdziesiąt lat temu. A nawet sto lat temu. Wychodek to wychodek. Idealny kamuflaż.

- Są teraz plastikowe bardaszki, Toy-Toyki...

- Ale klasyczne wcale nie zniknęły.

Analizowaliśmy jeszcze jakiś czas sytuację, która była niezwykła. Niecodziennie znajduje się w lesie kapsułę do przenoszenia w czasie. Analizowaliśmy i paliliśmy fajki. Rozglądaliśmy się czujnie dookoła ale nikt nie nadchodził.

- No to co robimy panowie? - odezwał się Skłeler.

- Wsiadaj - powiedział do mnie nasz szef Grodus.

- Ja?

- Do środka.

- Dlaczego ja?

- Bo ty to znalazłeś.

 

***

 

No i odbyłem pierwszą podróż w czasie. Na wszelki wypadek nie szaleliśmy. Ustawiliśmy czas przeniesienia na godzinę w tył. Miejsca przeniesienia nie ruszaliśmy w ogóle. Gruby kazał mi usiąść w fotelu i nacisnąć czerwony guzik "start". Oprócz drewnianych typowych dla wychodka drzwi, były jeszcze drugie, ciężkie stalowe, które zamknęły się za mną automatycznie niczym wrota windy. Ten ktoś z przyszłości zapomniał zamknąć drzwi i dlatego mogłem tam wejść. W ogóle czułem się trochę jak w windzie, w której ktoś ustawił fotel. Rozmiar, do tego ściany ze stali kwasoodpornej, jak w windzie w nowoczesnym wieżowcu.

Po uruchomieniu Chronokapsu zaszumiało mi lekko w uszach, usłyszałem cichy gwizd, a potem głuche stuknięcie. I nic więcej. Wyszedłem na zewnątrz . Nic się nie zmieniło, byłem nadal na polance w lesie, słyszałem szelest poruszanych wiatrem liści i śpiew ptaków, tylko koledzy gdzieś zniknęli. Odruchowo ukryłem się w krzakach. Po chwili zobaczyłem ich jak idą w moją stronę leśną ścieżką oddaleni o jakieś sto pięćdziesiąt metrów. Zrozumiałem, że Chronokaps działa, kiedy zobaczyłem wśród nich siebie...

Tak! Przeniosłem się godzinę w tył i widziałem jak szliśmy lasem w kierunku Chronokapsu.

Wskoczyłem szybko z powrotem do środka maszyny i przesunąłem parametry czasu o godzinę wprzód. Nacisnąłem guzik "Start". Nie chciałem, żeby mnie zobaczyli. Nie chciałem abym ja z przeszłości zobaczył samego siebie.

 

***

 

- No i co? Działa? - pytał Gruby, kiedy wróciłem.

- Działa - odparłem. - Widziałem was... to znaczy nas - poprawiłem się - jak szliśmy tutaj.

 

***

 

Wynajęliśmy półciężarówkę i wywieźliśmy wychodek z Chronokapsem w bezpieczne miejsce, czyli na daczę Grodusa w Tyńcu Małym pod Wrocławiem. Stał teraz na terenie prywatnym otoczonym ogrodzeniem z metalowej siatki, nie wzbudzając niczyich podejrzeń.

 

***

 

Poniedziałek

 

- Wejdziesz tam, odszukasz go, przypatrzysz mu się dobrze, musisz mieć pewność, że to on, a potem starannie wycelujesz i strzelisz mu w łeb. Jak upadnie, strzelisz jeszcze dwa razy z bliskiej odległości w głowę. Nie przejmuj się, że opryska cię krew. To nawet dobrze. Będziesz groźniej wyglądał i nikt nie będzie próbował cię zatrzymać. Zrozumiałeś? - Grodus przyglądał mi się uważnie.

- Tak - powiedziałem.

- Pamiętaj, że on się tego nie spodziewa. Nie będzie miał broni. Czy będziesz potrafił z zimną krwią zabić bezbronnego człowieka? - Grodus patrzył mi prosto w oczy.

- Tak - odparłem. - Nie powiem, że zrobię to z przyjemnością. Ale na pewno z dużą satysfakcją.

Siedzieliśmy przy niskim stoliku w salonie u Grodusa i omawialiśmy szczegóły jutrzejszej akcji. Ja, Grodus, Długi, Wściekły, Skłeler i Gruby.

- Zrobię to z dużą satysfakcją - powiedziałem jeszcze raz do Grodusa.

- No to git - odparł. - Powtórzmy wszystko od początku. Jutro wyślemy cię Chronokapsem do 1923 roku nad jezioro Krugsdorf leżące w pobliżu Klauderlaut, niewielkiego miasteczka w Bawarii. Wylądujesz na skraju polany około czterdziestu metrów od linii brzegu, w samym środku nocy. Stojąc twarzą do jeziora, po prawej stronie będziesz miał las, a po lewej schludny dwupiętrowy drewniany budynek ze spadzistym dachem. To pensjonat Speicherstadt. Pojawisz się tam o drugiej trzydzieści w nocy czternastego lipca 1923 roku. W pensjonacie Speicherstadt będzie przebywał Adolf Hitler, Heinrich Himmler i Josef Goebbels. Skąd o tym wiemy? Z pamiętników Heinricha Himmlera. Pracownicy Niemieckiego Instytutu Historycznego odkryli w Podolsku niedaleko Moskwy trzy tomy zaginionych pamiętników tego naziola. Ponad tysiąc stron. Dziennik Bild publikował je w odcinakach. Himmler opisuje w nich między innymi wspólny męski wypad nad jezioro na ryby połączony z pijaństwem. Według Himmlera w ten wieczór, czternastego lipca popili ostro, szczególnie Goebbels. Znamy nawet numery pokojów, w których zostali zakwaterowani. O godzinie drugiej w nocy będą już na pewno spali. Przynajmniej Himmler i Goebbels. Z Hitlerem nic nie wiadomo. Nie przepadał za alkoholem, więc może być przytomny. Dlatego właśnie wybraliśmy ciebie. Ze względu na twój niemiecki i podobieństwo, wiesz do kogo...

- Jasne, że wiem - potwierdziłem i westchnąłem smętnie.

- Zakradniesz się w nocy do pensjonatu Speicherstadt, wejdziesz do pokoju numer jedenaście, do Hitlera. Nawet jak nie będzie spał i cię zobaczy, pomyśli, że to Goebbels. A wtedy ty podejdziesz blisko i zastrzelisz go. Potem spokojnie wyjdziesz z pensjonatu, wrócisz na plażę, wsiądziesz do Chronokapsu i odlecisz. I będzie tak jakby cię tam nigdy nie było. Będą cię szukać ale nigdy nie znajdą, bo będziesz w ich czasie tym, którego nie ma.

 

***

 

W nocy poprzedzającej akcję nie mogłem zasnąć. Przewracałem się z boku na bok i myślałem o zbliżającym się dniu. Jutro zabiję Hitlera! Zabiję największego zbrodniarza w dziejach ludzkości! Zabiję go zanim zdąży wprowadzić w życie swoje chore wizje. 1923 to dobry rok, żeby przerwać dopiero raczkujące szaleństwo. Zmienię bieg historii. Uratuję miliony ludzi przed zagładą. Mój czyn sprawi, że nie będzie obozów koncentracyjnych, masowych rozstrzeliwań, gazowania więźniów, krematoriów, głodu, bólu, cierpienia, ludobójstwa...Nie będzie Auschwitzu, Stutthofu, Buchenwaldu i Sobiboru. Uratuję Warszawę przed zniszczeniem, uratuję Paryż przed okupacją. Jedna śmierć, którą zadam, pozwoli zapobiec śmierci całych narodów. Jutro stanę się największym demiurgiem w dziejach ludzkości! Zmienię bieg granic w Europie, Afryce i Azji. Jednym naciśnięciem cyngla zetrę z powierzchni ziemi nazistowską bandę. Nikt się o tym nigdy nie dowie ale wcale mnie to nie obchodziło. Nie zależało mi na sławie, uznaniu i poklasku. Chciałem zrobić coś wielkiego i wreszcie mogłem. Dosyć miałem już tych pseudo działań typu malowanie sprayem szubienicy ze swastyką na murze, albo hejtowanie nazistowskich stron w internecie. Teraz mogłem zrobić coś naprawdę wielkiego. Kiedy zakończy się moja misja wrócę do innego świata - lepszego, sprawiedliwszego. Świata bez nazizmu. Świata bez heilujących byczków w brunatnych koszulach i opaską ze swastyką. To wszystko zniknie, a ziemia stanie się znośniejszym miejscem do życia.

 

***

 

Wreszcie wybiła godzina zero. Staliśmy w sześciu przy Chronokapsie. Ja, Grodus, Skłeler, Wściekły, Gruby i Długi. Grodus był wyraźnie zdenerwowany, mimo że próbował to ukryć. Rozglądał się niespokojnie, zerkał na nas ukradkiem, drapał co chwilę po głowie.

- No to powodzenia, brachu - powiedział Gruby.

- Pamiętaj, najpierw jeden strzał. A potem dwa razy z bliska poprawka - odezwał się Skłeler

- Jasne - odparłem. - Wszystko wiem, powtarzaliśmy to tysiąc razy.

Ubrany byłem w marynarkę, spodnie i buty w fasonie typowym dla lat dwudziestych ubiegłego wieku. Wypożyczyliśmy je z rekwizytorni Wytwórni Filmów Fabularnych mieszczącej się koło Hali Stulecia. Pierwszy plan był taki, że miałem zastrzelić Hitlera z Parabelki, potem zrezygnowaliśmy z tego pomysłu na rzecz nowoczesnego Walthera 9 mm. Parabelka pasowała do epoki ale mogła zawieść. A my musieliśmy mieć pewność.

- Gruby, ustaw parametry - powiedział Grodus.

Pięć minut później wsiadłem do Chronokapsu. Na chwilę wszedł tam również Grodus.

- Sprawdzę jeszcze pańskim okiem, czy wszystko gra - powiedział.

Siedziałem w fotelu, a Grodus stał odwrócony plecami do mnie i gmerał coś przy pulpicie sterowniczym.

- Wszystko okej? - zapytałem.

- Tak. Tylko sprawdzam - odparł.

A potem odwrócił się, popatrzył mi w oczy i położył dłonie na ramionach.

- Nie spieprz tego - rzekł - na pewno masz giwerę? Czekaj, zobaczę.

I włożył mi rękę do kieszeni.

- Jest - powiedział - stuknij śmiecia i wracaj w jednym kawałku. Trzymaj się.

Wyszedł, a ja zostałem sam w kapsule czasu. Nacisnąłem czerwony guzik.

 

***

 

Tym razem podróż trwała dłużej niż za pierwszym razem, a szum w uszach i gwizd były wyrazistsze. Przemieszczałem się nie tylko w czasie ale i w przestrzeni. Po kilkunastu minutach usłyszałem znajomy stuk i wiedziałem, że podróż dobiegła kresu.

Otworzyłem stalowe drzwi Chronokapsu. Noc była wyjątkowo jasna. Wielki jak bania księżyc w pełni nasączał powietrze srebrnym światłem. Wyszedłem na polanę porosłą trawą, która stopniowo rzedła i zamieniała się w piaszczystą plażę. Lustro wody lśniło w blasku księżyca. Popatrzyłem w prawo. Tak jak zakładał plan - zobaczyłem las. Popatrzyłem w lewo...

- Tam nic nie ma! - wyszeptałem sam do siebie i przeszedł mnie zimny dreszcz. Zamiast pensjonatu Speicherstad rozciągało się pole przekwitłego rzepaku. Popatrzyłem uważnie przed siebie. Niby zgadzało się - wylądowałem nad wodą. Mniej więcej czterdzieści metrów od lustra. Tyle, że to nie było jezioro, a rzeka!

Coś poszło nie tak. Najwyraźniej wylądowałem nie tam gdzie zaplanowaliśmy. Nie było pensjonatu, nie było Hitlera. Kompletne fiasko. Co robić?

Wróciłem do Chronokapsu. Postanowiłem przeczekać do świtu i przeanalizować sytuację. Sam nie wiem, kiedy zasnąłem. Obudziłem się już w jasny dzień. Co się stało z pensjonatem? Czy maszyna czasu nawaliła? Mogłem być albo w innym miejscu, albo w innym czasie, albo jedno i drugie. Przypomniało mi się dziwne zachowanie Grodusa. Zawsze był taki spokojny i opanowany. W końcu nasz szef. Czy coś przeczuwał? Czy wiedział coś, czego my nie wiedzieliśmy? Ale przecież sprawdzaliśmy Chronokaps. Wszystko było okej. Jakby coś wiedział, to by powiedział. A może nie mógł?

Przypomniałem sobie, że Grodus wsiadł ze mną na chwilę do Chronokapsu, tuż przed odlotem. Sprawdzał, czy mam broń. Po co? Przecież wiadomo, że mam. Widział przecież jak wkładam ją do kieszeni marynarki. Kieszeń...

Tak! Była tam! Była wiadomość. W kieszeni marynarki znalazłem złożoną w kostkę kartkę papieru. Rozprostowałem ją. Kartka zapisana drobnym maczkiem. To musiała być wiadomość od Grodusa!

A więc nie zostawił mnie bez niczego... Miałem punkt zaczepienia.

 

***

 

Niestety... Ani szef, ani żaden z kolegów z Anty Nazi Frontu nie wiedział, że mam wadę wzroku plus trzy dioptrie i nie byłem w stanie przeczytać tekstu bez okularów korekcyjnych. Nie ma się czym chwalić. Nie dość, że podobny do Goebbelsa, to jeszcze okularnik... Udawałem, że ze wzrokiem u mnie wszystko okej. Teraz okazało się, że to błąd. Grodus, gdyby wiedział, może napisałby wiadomość większymi literami.

Musiałem zdobyć jakoś okulary albo lupę. Inaczej nigdy nie dowiem się co jest napisane w wiadomości.

Zamknąłem starannie Chronokaps i poszedłem piaskową ścieżką w górę rzeki wzdłuż pola rzepaku. Skoro jest pole - myślałem - to może będzie w pobliżu jakieś skupisko ludzkie, jakaś wieś albo jakieś miasteczko. Przeczucia nie myliły mnie. Za kolejnym zakrętem droga z piaszczystej zamieniła się w brukowaną kocimi łbami ulicę. Pojawiły się nieliczne zabudowania, jednopiętrowe domki, schludne, murowane. Spotkałem pierwszych przechodniów. Dwóch panów w surdutach i melonikach, starszą kobietę w długiej plisowanej spódnicy i dziwacznym kapelusiku na głowie. Ze straszliwym stukotem przetaczały się po kocich łbach zaprzęgnięte w gniade konie dorożki.

Kierowałem się w stronę zwiększonego ruchu. Szukałem jakiegoś rynku, albo parku. Miejsca odpoczynku. Tylko tam mogłem znaleźć kogoś siedzącego w ławce i czytającego. Bo nie wystarczyło odszukanie okularnika. Musiał to być okularnik dalekowidz.

Wreszcie udało mi się trafić na park. Na jednej z ławek siedział starszy pan i czytał gazetę. Na nosie miał okulary w drucianej oprawie.

Minąłem go nie patrząc w jego stronę i zaszedłem od tyłu. Nie zauważył, że stanąłem tuż za nim, za oparciem ławki.

Zaaplikowałem starszemu panu mocnego "karkochlasta", czyli strzeliłem go otwartą dłonią w miejsce gdzie tylna część głowy przechodzi w tylną część szyi. Tak jak przewidziałem facet spadł z ławki gubiąc przy okazji okulary. Podniosłem drogocenne szkła. Starszy pan niezwykle szybko, jak na wiek, doszedł do siebie po ciosie, zaczął się szarpać i protestować. Nie chciał oddać po dobroci, więc musiałam użyć przemocy. A potem kiedy leżał na ziemi i zwijał się z bólu dostał jeszcze kopniaka, bo nadal głośno krzyczał. Dopiero drugi kopniak go uciszył.

Uciekłem ze zdobytymi okularami z powrotem w stronę Chronokapsu. Czułem się okropnie. Ja, antyfaszysta, zachowałem się jak ohydny naziol. Napadłem w parku na niewinnego człowieka i pobiłem do nieprzytomności. Nie przypuszczałem, że misja będzie wymagała ode mnie tak odrażających czynów.

 

***

 

Zamknąłem się z powrotem w Chronokapsie. Założyłem okulary. Przeczytałem wiadomość od Grodusa.

 

"W Chronokapsie jest podsłuch. Odkryłem go w nocy poprzedzającej twoją misję. Dlatego nie mogłem ci nic powiedzieć. Ale wiedziałem, że sobie poradzisz i znajdziesz wiadomość. Ktoś z nas jest zdrajcą. Podejrzewam Długiego. Jest wtyką faszystów w naszej organizacji. Wysłanie cię w 1923 rok byłoby zbyt niebezpieczne. Skoro nam udało się znaleźć działający Chronokaps, mogli go znaleźć również naziści. Po zdradzie Długiego zrobią wszystko, aby twoja akcja się nie powiodła. Być może czeka tam na ciebie komitet powitalny. Będą chcieli cię zabić, żeby nie dopuścić do śmierci ukochanego wodza. Dlatego kiedy wszedłem z tobą na chwilę do Chronokapsu, zmieniłem parametry podróży. Zmieniłem czas i miejsce lądowania. Zamiast do 1923 przeniosłem cię do 1890 roku. Ale nie nad jezioro, tylko do miasta. I nie do Niemiec, tylko do Austrii. Dokładnie do Branau am Inn. Do miejsca urodzin Hitlera. Jest lato 1890 roku. Adolf Hitler ma rok i dwa miesiące. Mieszka na Kreuzerstrasse 18 w dwupiętrowej kamienicy pod numerem sześć. Pójdziesz tam, zakradniesz się do mieszkania i zabijesz go. Bułka z masłem. Nie potrzebujesz nawet broni. Ułatwiłem ci zadanie i uchroniłem przed interwencją nazistów, z którymi prawdopodobnie współpracuje Długi. Po akcji wrócisz do Chronokapsu odpalisz maszynę i spotykamy się zdrowi i szczęśliwi w teraźniejszości.

Trzymaj się brachu.

Grodus"

 

***

 

Aby dostać się do domu państwa Hitlerów wykorzystałem czas, kiedy matka Adolfa poszła wyrzucić śmieci i zostawiła na chwilę uchylone drzwi wejściowe. Było późne popołudnie. Prześlizgnąłem się bezszelestnie z przedpokoju do salonu. Ojciec Hitlera drzemał w głębokim fotelu lekko pochrapując. Przekradłem się do następnego pokoju starając się nie robić najmniejszego hałasu. To był pokoik, w którym stało dziecięce łóżeczko, a w łóżeczku spał mały Adolf Hitler. Wystarczył jeden rzut oka, aby mieć pewność. Mimo, że byłem cicho, niemowlak kierowany chyba szóstym zmysłem wyczuł, że ktoś jest w pokoju, obudził się i zaczął głośno płakać. Schowałem się za grubą zasłoną. Serce zadudniło mi jak most. Usłyszałem skrzypienie drzwi wejściowych do mieszkania, to wróciła mama Hitlera z pustym kubłem na śmieci. Zaraz ktoś przyjdzie i mnie zdemaskują, pomyślałem zaciskając pięści. Mały Hitler płakał coraz głośniej, zanosił się płaczem. Potem na chwilę milkł, żeby wybuchnąć jeszcze głośniejszym szlochem, jeszcze bardziej żałosnym. Ale nikt się nie pojawił. Ani mama, ani ojciec nie zareagowali.

Wszystko to trwało i trwało. Mały Hitler nie przestawał ani na chwilę płakać. Kątem oka, przez uchylone drzwi, zobaczyłem, że na drugim fotelu ułożyła się do drzemki matka Adolfa, a po chwili rozległo się jej pochrapywanie i mieszało z chrapaniem pana domu.

Teraz!

Teraz muszę to zrobić.

Ale jak?

Podejść i co? Udusić? Może lepiej kark skręcić? Rozbić główkę o kant stołu? Zrobiło mi się niedobrze od samych tych okropnych rozważań. Jak się uśmierca niemowlę? Zmusiłem się, żeby wewnętrzny głos krzyczał mi prosto do serca: to jest Hitler! To niemowlę to Hitler. Największy zbrodniarz w dziejach. Musisz go zabić dla dobra ludzkości. Przez tego malca za pół wieku zapłonie świat! Przez tego malca w piecach będą palić ludźmi, spychacze nie nadążą z zasypywaniem masowych grobów, będą gazować ludzi jak insekty...

Podszedłem do łóżeczka. Kiedy mały Adolf mnie zobaczył przestał płakać. Pochyliłem się i odruchowo starłem mu rąbkiem kołderki gila pod nosem. Chwyciłem go pod ramiona i wyjąłem z becika. Nastrój małego Adolfa zmieniał się z każdą chwilą. Jeszcze niedawno zapłakany, rozwrzeszczany, teraz patrzył na mnie z ciekawością. A potem uśmiechnął się nieśmiało i zakwilił: gu gu! gu gu! Przygarnąłem go do piersi, drugą ręką objąłem za szyję szukając kciukiem grdyki. A wtedy maluch roześmiał się na głos i objął mnie swymi krótkimi rączkami...

 

***

 

Kiedy ich zobaczyłem wiedziałem, że będzie źle. Znalazłem się w niewłaściwym miejscu o nie właściwym czasie. Trzech wielkich jak goryle, napakowanych sterydami nazioli, kiboli Śląska Wrocław w wąskim przejściu podziemnym na peryferiach miasta spotkanych w środku ciemnej nocy. Czy można trafić gorzej? Mieli bejsbolowe kije i podkute ciężkie buty. Sam nie wiem, co bardziej bolało. Kopniaki, czy ciosy kijem. Kuliłem się na zimnym betonie zakrywając głowę przed uderzeniami. Mimo koszmarnego bólu wybuchającego oślepiającymi rozbłyskami pod czaszką wiedziałem, że to co się teraz dzieje, że teraźniejszość, jest bezpośrednią konsekwencją bliskiej przeszłości, tego czego dokonałem, a właściwe, czego nie dokonałem przed niespełna trzema godzinami.

Tak... nie zabiłem Hitlera. Nie byłem w stanie tego zrobić. I teraz za to płacę. Jeszcze niedawno mogłem wszystko zmienić. Zmienić los ludzkości ale także swój. Nie zrobiłem tego. Mimo że mogłem. Mimo że los dał mi niepowtarzalną okazję.

Położyłem małego Adolfa z powrotem do łóżeczka i uciekłem z mieszkania przy Keuzerstrasse 18. Kiedy wybiegłem na ulicę znowu usłyszałem płacz. Hitler zostawiony sam w beciku zaczął się drzeć. Przez nikogo niepokojony wróciłem do Chronokapsu. Trzęsły mi się ręce. Cały drżałem. Miałem dosyć tej popieprzonej akcji. Miałem dosyć zbawiania świata, miałem dosyć bycia antyfaszystą. Miałem dosyć wszystkiego! Zaprogramowałem Chronokaps na powrót do teraźniejszości, ale o miesiąc wcześniej. W ten sposób cały ten cyrk z zabijaniem Hitlera w ogóle się nie wydarzy. Tak sobie kombinowałem. Wrócę wcześniej, moi kumple z Anty Nazi Frontu nic jeszcze wtedy nie będą wiedzieć o Chronokapsie i możliwości jego wykorzystania. Grodus nie wpadnie na pomysł zgładzenia Adolfa. I nie wyśle mnie do przeszłości. Ustawiłem Chronokpas tak, aby wylądował w samym środku miejskiego wysypiska śmieci. Wylądowałem na wielkiej stercie cuchnących odpadów, o czym przekonałem się po wyjściu z Chronokapsu. Stoczyłem się z tej paskudnej sterty razem z urządzeniem, które przechyliło się powoli, a potem sturlało aż na sam dół. Podniosłem ciężki kamień znaleziony obok. Wszedłem do maszyny i rozbiłem ekrany, pourywałem potencjometry, porozbijałem metodycznie całe skomplikowane oprzyrządowanie Chronokapsu, tak aby nikt już nie mógł z niego skorzystać.

Brudny, śmierdzący i wymięty, oblepiony błotem i jakąś cuchnącą mazią, z resztkami śmieci we włosach szedłem przez ciemną i cichą noc. Aby wrócić do domu musiałem zapuścić się w rejony stadionu piłkarskiego, który wybudowano na Maślicach we Wrocławiu przed Euro 2012. Mój błąd polegał na tym, że zapomniałem, iż w dniu, na który ustawiłem mój wcześniejszy powrót odbył się mecz Śląska z Arką Gdynia. W dzień rozgrywek nikt rozsądny nie zapuszcza się w takie rejony. "Strzeż się tych miejsc" śpiewał Lech Janerka dawno temu, a ja powinienem o tym pamiętać.

 

***

 

Ale stało się.

- Jebać policję! - krzyknął jeden z osiłków wyglądający na największego troglodytę - i sprzedał mi potężnego kopa.

- Ale ja nie jestem z policji - zaprotestowałem słabym głosem.

- Jebać pedałów! - zawrzasnął drugi z nazioli. Na gołym ramieniu miał tatuaż ze swastyką.

- No co ty! - odezwał się trzeci z Polską Walczącą na bicepsie. - Jebać pedałów?

- Bić pedałów - poprawił się ten ze swastyką i zdzielił mnie kijem.

- Ale ja nie jestem pedałem - wystękałem, ale nie wiem czy mnie zrozumieli, bo usta miałem pełne krwi i zakrztusiłem się wybitym zębem.

- Mówi, że nie jest pedałem - powiedział ten z Polską Walczącą.

- Ale za to jest menelem! - wrzasnął trzeci naziol z najkrótszym karkiem i najniższym czołem. - Jaki łach! Zwykły śmieć śmierdzący rzygami. Zresztą nieważne, mi nie robi to w sumie różnicy.

- Popatrz na to - powiedział ten ze swastyką i przystawił mi grubszy koniec kija bejsbolowego pod nos. - Widzisz, co tu pisze?

- Dobro - wycharczałem.

Mieli kije z firmy "Dobro". Interes prowadził biznesmen, Krzysztof Raskulski. Nazwę firmy umieszczał na każdym produkcie. Dorobił się milionów na kijach bejsbolowych i golfowych. Kiedy kraj się bogacił i klasa średnia rosła w siłę, wtedy sprzedawał kije golfowe. W czasach kryzysu i powszechnej pauperyzacji dobrze schodziły kije do bejsbola. Jaka by nie była koniunktura Raskulski zawsze się bogacił. A kije marki "Dobro" cieszyły się szczególnym wzięciem wśród nazistów. Dzięki tym kijom mogli zwalczać zło dobrem, używając przemocy z czystym sumieniem.

 

***

 

- Zło dobrem zwyciężaj! - wrzasnął naziol ze swastyką. Uderzył mnie. Straciłem świadomość.

 

***

 

Jestem człowiekiem w bieli. Przy łóżku siedzą Grodus, Wściekły i Skłeler. Mają łzy w oczach.

- Jebani naziole - mówi Grodus - zabić ich to za mało.

- Ale jak mogłeś być taki lekkomyślny? - dziwi się Skłeler. - W dzień meczu szwendać się po nocy w okolicy stadionu? To samobójstwo!

- Zapomniałem - mówię do kolegów. A właściwie chcę powiedzieć ale nie mogę, bo mam zadrutowaną szczękę.

- Zapomniałeś? - Grodus mówi jakby usłyszał mój wewnętrzny głos. - Przecież trąbili o tym wszędzie.

- Wróciłem z dalekiej podróży - mówię do nich w myślach, a oni kiwają z niedowierzaniem głowami.

- Ach, gdyby tak mieć jakiś wehikuł czasu, czy coś w tym rodzaju i zabić Hitlera. Może nie byłoby wtedy całego tego syfu. - Grodus zaciska pięści, aż bieleją mu kostki.

Zamykam oczy i czekam, aż zostanę sam. Przez szpitalne, zamalowane do połowy na biało okno, widzę poruszaną wiatrem gałąź dębu. Jest późna jesień i ostatnie liście odpadają, szybują, obracają się i migocą w niskim słońcu.

Średnia ocena: 3.1  Głosów: 8

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (27)

  • yanko wojownik 1125 2 miesiące temu
    "Anty Nazi Front" - Czad!
    Znam - znałem - prawdziwą historię ruchu antyfaszystowskiego, w pewnym małym miasteczku, działała bardzo prężnie, miała biuletyn i akcje, informowała na kraj, że działa. Przestała, gdy w miasteczku pojawił się pierwszy faszysta, zresztą jakoś nawet kumpel tych wszystkich anty, nie w moich stronach, ale znałem historię, bo ludzi znałem z tamtego miasteczka.

    Radosna, ujmująca historia, bardzo się śmiałem. Są te trudne momenty, dwa lata po ślubie, to chłop już wrzeszczy na żonę "dawaj papier, bo idę srać" - no dobra w jednym przypadku wiem, że tak było - jakoś byłem niechcący świadkiem. Długo ze sobą chodzić, to więcej krempacji, ale lepsze obyczaje. Kiedyś kupiłem sobie lornetkę... - to za długa historia, jak do komentarza, niemniej wychodek potrafi stać po środku pustego pola - cel? - robotnicy sezonowi, ale zanim się do tego dojdzie... Na wehikuł czasu najlepszejszy bez wątpienia jest wychodek - jako kamuflaż. Dużo by można pobocznie, gdyż przychodzi na myśl, bo jest występująca wielowątkowość tła zdarzeń.

    W wielu zdaniach nie ma przecinków, zdaniach, zda mi się złożonych, tylko jako na interpunkcji się nie znający, zakładam, że może i dobrze?
  • skandal 2 miesiące temu
    dzięki za refleksje różne. chyba za mało przecinkow nastawiałem. to prawda
  • yanko wojownik 1125 2 miesiące temu
    Hitler podobno palił w czasie pierwszej wojny, chyba nawet sam o tym pisał, a może mi się zdaje, ale nie pił - tzn ówczesne jabole chyba tak, te z górnej półki, ale podobno je słodził.
  • yanko wojownik 1125 2 miesiące temu
    To że palił, bez związku, chodzi o to, że miał cechy ludzkie.
  • skandal 2 miesiące temu
    yanko wojownik 1125 i to jest najgorsze - miał cechy ludzkie, a mimo to robił takie złe rzeczy. był bardzo miły dla swoich pracowników, służby itp. lubił zwierzęta...
  • yanko wojownik 1125 2 miesiące temu
    Wszystko jest wesołe, prócz losu bohatera, na końcu posmutniałem, ale jak cofam się w czasie...
  • Garść 2 miesiące temu
    1. Zdarcie patosu do zera, bo w naszym świecie stał się tak sztucznym opakowaniem, że budzi odpór. Nikt nie kupuje albo prawie nikt, stąd chyba komizm w opowiadaniu celującym w poważne tematy.
    2. Konflikt konieczny: dobro - zło. Jedno bez drugiego nie istnieje. Jeżeli ANF przejęłoby metody nazistów (mord na Hitlerze) z automatu traci swoją egzystencjalną podwalinę.
    3. Podróże w czasie. Stara, dobra sf już dawno przerobiła skutki interwencji w przeszłości (można zabić swojego dziadka i klops), stąd również niepowodzenie misji. Minionych przyczyn od skutków się nie oderwie. Nikt nie może gmerać w przeszłości, w przyszłości zresztą też. Jedna opcja działania dla człowieka: tu i teraz.
    4. Proporcje dobra i zła. Wbrew pozorom jedno stymuluje drugie. Scena nad kołyską. Paradoksalnie jedno i drugie pozwala przetrwać, instynkt samozachowawczy to cholernie silny bodziec (zło) w kontrze do ewolucyjnego altruizmu (np. ochrona potomstwa nawet kosztem własnego życia). Dodać do tego ryt kulturowy i rzadko kto, już naprawdę 100% naziol będzie zabijał lub będzie obojętny wobec okrucieństwa wobec dzieci. W ramach aktualnego przykładu: zielone światła na Podlasiu, mieszkańcy w ten sposób, zapalając zieloną żarówkę (przy wejściu) pomagają migrantom wbrew całej kurewskiej propagandzie o zoofilach, pedofilach, terrorystach. Ważny jest bezpośredni kontakt, można być twardym u siebie, przed monitorem udawać twardziela.
    5. Za biel (za dobro) najczęściej się obrywa od racjonalności, która podświadomie promuje własny komfort kosztem dobrostanu innych.

    Reasumując: opowiadanie pomimo heheszek nader poważne, dotykające clou nie tylko etyki, ale i epistemologii.
    Wprawna ręka, świetne pomysły, niewysiłkowa narracja, bardzo przemyślana kompozycja.
    Oczywiście najwyższa nota.
  • skandal 2 miesiące temu
    dzięki za odwiedziny i słowa otuchy. chyba wypunktowane w punkt to co napisałem. właściwie wszystko napisałem dla jednej sceny - tej z Hitlerem w łóżeczku. to co się dzieje na granicy to takie kurestwo, że brak mi słów. tylko po to, żeby podnieść słupki poparcia. niczym się nie różni a od Łukaszenki. ohyda.
  • Garść 2 miesiące temu
    Skandal, na szczęście ludzi udzielających pomocy coraz więcej. Mieszkańcy Michałowa wiodą prym, akcja "zielonego światła" powoli się rozkręca, w strefie graniczącej ze stanem wyjątkowym czuwają i dostarczają pomoc ludziom w lesie liczne organizacje pozarządowe. Kościół potępia praktykę władzy, bywa że w parafiach ksiądz urobek z tacy przeznacza na pomoc migrantom. Taka działalność choć trochę osłabia kryzys humanitarny.
    Tak, wiem, analogia do sceny z małym Adolfem, jest uderzająca.
    Tyle, że polska władza skrupułów nie ma.
  • skandal 2 miesiące temu
    Garść właśnie w tym problem, że władza promuje podłość, i nie dopuszcza ludzi (próbuje) którzy chcieliby pomóc. ja tylko mogłem dorzucić się z kasą do pomocy. dziwne, że ten sprzeciw nasz jest tak "glebiony" i wyszydzany przez niektórych tutaj. i że to hipokryzja - tak mówią. więc już hipokryzją nie jest osobny talerzyk na wigilii dla niespodziewanego gościa, tylko sprzeciw wobec rodzącego się zła.
  • Garść 2 miesiące temu
    Skandal, żaden cel, nawet najbardziej słuszny z punktu widzenia zbiorowości, nie usprawiedliwi tak skrajnej formy dehumanizacji. Świetnie to pokazałeś. Nie wiem, jak można brać na swoje sumienie taki ciężar. Nie rozumiem.
  • Trzy Cztery 2 miesiące temu
    Piękna opowiastka. Przypomniała mi się historia, którą opowiedziała mi pewna dziewczyna. Jakiś czas temu zamieszkała ze swoim chłopakiem w wynajętej kawalerce. Po kilku miesiącach postanowili zrobić przemeblowanie. Przesuwając komodę znaleźli pod ścianą kartę pamięci z telefonu. Początkowo chcieli ją wyrzucić, ale zaciekawieni, odtworzyli ją i zobaczyli kolekcję zdjęć. Na fotkach było kilku dresiarzy. Ogoleni na łyso, w luźnych spodniach z paskami, wyglądali dosyć ponuro i groźnie. Dresiarze w knajpie, przy piwie. Dresiarze na dyskotece. Dresiarze na wycieczce. Aż tu nagle - filmik. Jakaś wiejska stodoła. Chłopaki wnoszą tam ławkę, zawieszają na sznurku koc, i po kolei, na tle tego koca, recytują wiersze. Jeden mówi, reszta siedzi na ławce, słucha. Znali je na pamięć. Różne wiersze. Także miłosne. Wszystkie - klasyków poezji polskiej.

    Dziewczyna zadzwoniła do właścicielki mieszkania i powiedziała, że znalazła za komodą coś, co być może należało do poprzednich właścicieli, i możliwe, że stanowi dla nich jakąś wartość.
  • skandal 2 miesiące temu
    nie szata zdobi człowieka :) dzięki za odwiedziny i słowa otuchy
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Bardzo dobre.
    Oczywiście zabawy z czasem rodzą więcej konsekwencji i można sobie rozkiniać - jakby zabił Hitlera, to czy miałby do czego wracać? Wystarczyłoby, że jego matka poznałaby wtedy innego faceta, który w "naszej" rzeczywitości zginął na wojnie, a nie poznałaby "prawdziwego" ojca bohatera.
    Albo co by było, gdyby bohater zamiast zostawić Hitlera w 1890 roku, zabrał go ze sobą, skoro już go miał w ręku?
    Takie dywagacje i światy równległe, fajna rozkmina.

    Ale zainteresował mnie także porzucony na początku wątek. Gdy bohater był z Agnieszka na spacerze i udał się za duą potrzebą do wychodka, to się tak wyknocił czy nie?
  • yanko wojownik 1125 2 miesiące temu
    No właśnie, bo wszedł'do wehikułu, nie wychodka, też jestem ciekaw, może poszedł za...
  • skandal 2 miesiące temu
    oo! słuszna uwaga. zachowałem się jak niskoopłacany scenarzysta do polskiego filmu. porzuciłem wątek jak niepotrzebnego psa :) a podróże w czasie chyba nie są (i nie będą) możliwe, bo generują nierozwiązywalne logicznie paradoksy. można sobie samemu nawet dać w ryło. albo zabić własnego dziadka. i co wtedy?
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    skandal - duża potrzeba to nie są żarty. Powinieneś to doprecyzować ;)

    Logiczne paradoksy występują wtedy, kiedy przenosiny są fizyczne, to znaczy w przeszłości pojawia sie + 1 osoba której tam być nie powinno. No, ale gdyby przenoszona była tylko jaźń?
  • skandal 2 miesiące temu
    Bajkopisarz - czyli możemy tylko obserwować bez ingerencji? ale wtedy dostajemy dodatkową informację, którą możemy wykorzystać w teraźniejszości. no tak. ale to nic. przecież często tak jest przy dokonaniu jakiegoś odkrycia, wykopaliska itp.
  • yanko wojownik 1125 miesiąc temu
    skandal , są możliwe, wszystko co osiąga szybkość większą od światła, podróżuje w czasie i to nie są zabobony...
  • yanko wojownik 1125 miesiąc temu
    PS
    Jakbym ja się cofnął, to bym uwiódł szpilkę i byśmy ostawili taki - cud - anal
  • ściemniacz miesiąc temu
    yanko wojownik 1125

    portalowy poyep
    z jednym zwojem

    po co komu taki wał
    żeby na portalu sr@ł
  • yanko wojownik 1125 miesiąc temu
    ściemniacz, Szpilka, bardzo Cię chyba raczej pożądam.
  • sweeper miesiąc temu
    yanko wojownik 1125

    a żebyś pękł z tego pożądania, pojobie.
  • yanko wojownik 1125 miesiąc temu
    sweeper, Wybuchnę zapewne, to nieuniknione.
  • poco 2 miesiące temu
    wspaniałe dzieło. dzwonie do szwecki akademi by zabrali nobla temu mużynowi i dali skandalu
  • skandal miesiąc temu
    ciągnij guwno przez rórke
  • poco miesiąc temu
    mam pod gurke
    ciongne rurke
    kupa mniam
    ram tam tam
    bum

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania