Wyprawa na szczyt (I)
Święta góra – Mount Everest, 8 848 metrów wysokości. Kraina lodu, skał i śniegu, która nie znosi obecności człowieka, została zdobyta 29 maja 1953 roku.
Edmund Hillary i Tenzing Norgay przetarli szlak i stanęli na szczycie. Ludzkość odkryła ostatni biały punkt na mapie. To był koniec epoki wielkich eksploracji.
Dziś na szczyt wchodzą setki osób rocznie, ale góra wciąż się broni. Pozostaje nieprzewidywalna i śmiertelnie niebezpieczna.
Akt I „Początek wyprawy”
Pilot wcisnął gaz i pociągnął za ster.
Niewielki turbośmigłowiec zaczął wznosić się ponad gęste chmury.
Tomek wstrzymał oddech i wytarł spocone ręce o spodnie. Odwrócił się, sprawdzić, czy ktoś to zauważył, jak bardzo jest spięty. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Andrzej, Jagoda i Renia wyglądali przez małe okienka, starając się dostrzec ostre szczyty Jugal. Na samym końcu siedział Michał. Warczący silnik i telepanie metalowej kabiny nie przeszkadzały mu w drzemce.
Blade, poranne słońce rozświetliło wnętrze samolotu.
– Wypogadza się – kapitan powiedział cicho i założył czarne okulary.
Andrzej dostrzegł w oddali lotnisko Tenzing-Hillary.
– Tu będziemy lądować – wskazał na kawałek asfaltu przyklejony do stromego zbocza.
– Michał, wstawaj! Przegapisz całą zabawę – krzyknął Tomek.
– Nie martw się, mordeczko, wszystko pod kontrolą.
Przez trzeszczące radio przyszła zgoda na lądowanie.
Samolot gwałtownie obniżył lot.
Koła twardo dotknęły ziemi.
Maszyna podskoczyła.
Hamowanie było krótkie i gwałtowne.
Zapadła cisza.
– Witamy w Lukli – rzucił pilot, jakby nic się nie stało.
Dla załogi to był sygnał, że mogą odetchnąć z ulgą.
Powietrze było tu inne niż w Katmandu – rześkie i czyste.
Wokół rozciągały się ostre, kamieniste szczyty, które odbijały echo parkującego samolotu.
Na płycie czekał już Marcin, kierownik ekspedycji.
– Jak podróż? – zapytał, ściskając dłonie po kolei każdemu z nich.
– Krótko, ale intensywnie – odparł Tomek.
– To dobrze. Oby tak dalej – uśmiechnął się Marcin.
– Zaprowadzę was do lodży. Tam zostaniemy do rana. Poznacie też resztę grupy.
Marcin pomógł zebrać bagaże i ruszył przodem, prowadząc ich w stronę centrum miasteczka.
Akt II. Wieczór w Lukli
Chata była prosta, ale ciepła. Drewniane ściany pachniały dymem i herbatą.
Żeliwny piecyk na środku izby cicho trzaskał, ogrzewając zmęczonych podróżnych.
Za oknami zapadał zmrok.
Tomek siedział skulony, popijając herbatę z mlekiem, wciąż lekko roztrzęsiony po lądowaniu.
Jagoda przysnęła na ławie.
Renia i Andrzej przeglądali mapę,
Marcin coś notował w dzienniku.
Gospodarz, starszy mężczyzna o pomarszczonej twarzy i przenikliwym spojrzeniu, dolał im herbaty.
Nazywał się Pemba.
Nie mówił wiele, ale po chwili sam usiadł z nimi przy piecyku.
– To wasza pierwsza wyprawa w Himalaje? – zapytał spokojnie.
Skinęli głowami.
– Wiele osób przyjeżdża tu pierwszy raz... Ale nie wszyscy wracają.
– Wiadomo. To Himalaje. Nawet zimna herbata może człowieka wykończyć – mruknęła Renia, odstawiając kubek na stół.
Pemba uśmiechnął się lekko, jakby znał takich turystów setki.
– Nie tylko. Czasem… góry mają swoje prawa. A czasem ktoś je narusza.
Zrobił krótką pauzę, jakby czekał, czy chcą usłyszeć więcej. Oczywiście chcieli.
– Kiedyś, wiele lat temu, pięciu Szerpów zatrzymało się w chacie, niedaleko przełęczy Nangpa. Była burza śnieżna. Chatka drewniana, zapasy dobre, ogień w palenisku. Myśleli, że przeczekają.
Andrzej podniósł głowę. Michał wywrócił oczami.
Pemba mówił dalej. Jego głos był spokojny, prawie szeptem, ale wyraźny.
– Nagle ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Pytali: kto tam? Ale nikt nie odpowiadał. Tylko coraz mocniejsze uderzenia. I wtedy… zaczęło robić się zimno. Zimniej niż na zewnątrz. Szron pokrył podłogę. Ogień zgasł. A potem... ciemność.
– Co było dalej? – zapytał cicho Andrzej.
Pemba spojrzał mu w oczy.
– Gdy odnaleziono ich ciała, leżały porozrzucane wokół chaty. Oczy, zęby i paznokcie każdego z nich były... ze złota.
Milczenie zapadło głębsze niż przedtem. Nawet piecyk jakby przestał trzaskać.
– Ludzie, którzy ich znaleźli, też nie mieli wiele szczęścia. Lawina ich zabrała. Przeżył tylko jeden. Mówił o złocie, o tym, co widział... ale nikt mu nie uwierzył.
Pemba oparł się o poręcz krzesła.
– Góry dają, ale i biorą.
Chciał jeszcze coś powiedzieć ale historię przerwały stukot ciężkich butów i wesoła rozmowa dochodząca zza drzwi.
– Jesteście! Gdzie was poniosło? – krzyknął Michał, gdy Felek, Kasia i Robert weszli do świetlicy.
– Szukaliśmy wraku waszego samolotu – odpowiedziała Kasia.
Jagoda poderwała się z ławy.
– Coś się stało z naszym samolotem?
Kasia roześmiała się pod nosem, podbiegła do Jagody i objęła ją mocno.
Lubiła Jagodę. I lubiła ją podpuszczać.
– Nareszcie ktoś wejdzie ze mną na ten cholerny szczyt.
W lodży zaczęło przybywać podróżnych.
Pemba przeciągnął się, wstał i ruszył, by przyjąć nowych gości i nagrzać wodę do kąpieli.
Marcin odprowadził go wzrokiem, uśmiechając się porozumiewawczo.
Resztę wieczoru ekipa spędziła na rozmowach o wcześniejszych wyprawach, zdobytych szczytach i przygotowaniach do tej, która właśnie się zaczęła.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania