Cztery gruchy i koniec świata
niedzielny poeta
wstaje bez powodu
i już ma wzwód
bierze to za znak
jakby los przemówił przez ciało
jakby bogowie zeszli nisko
do poziomu skóry
wchodzi na scenę
która nie ma już granic
chór nie stoi z tyłu
chór jest wszędzie
biada biada
jozue na ryj pada
Vena rozdziera powietrze
jej głos jest ostrzeżeniem
ale Erynie już idą
czarne, ciężkie, nie do zatrzymania
pożerają ją żywcem
bo proroctwo bez ceny
jest bluźnierstwem
niedzielny poeta wali gruchę
jakby chciał wycisnąć sens z ciała
drze kartkę
ale słowo nie znika
wali drugi raz
świat zaczyna się uginać
wali trzeci raz
powietrze gęstnieje od winy
wali po raz czwarty
i odpada mu kutas i cała reszta
od znaczenia
zostaje sam gest
i wtedy
świat zapada się do środka
jak wyżymaczka bez dna
chór krzyczy już nie głosem
lecz pęknięciem rzeczywistości:
biada biada
nie ma dla niego miejsca
Erynie rozrywają język
Vena wraca na chwilę
tylko po to, by wskazać pustkę
a poezja
stoi nad tym wszystkim
zimna i jasna
i mówi:
nie jesteś moim narzędziem
i wtedy następuje cisza
większa niż wstyd
większa niż ciało
i tylko w tej ciszy
jak popiół po ogniu
zostaje jedno zdanie
które nie należy już do niego
Komentarze (6)
I wtedy zapada się świat jak wyżymaczka bez dna...
I na końcu Poezja zabija niedzielnego poetę. Świetne, tu ludzie nie doceniają takich greckich dram, dlatego dostałaś 1. Ja daję 5 i czekam na inne twoje wiersze Krzysztofo.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania