Czy na pewno chcę ratować ludzkość? [1]
Przerobiłem cały tekst. Mam nadzieję, że wyeliminowałem większość błędów.
_______________
Pukanie do drzwi.
– Wejść – odezwał się mężczyzna w średnim wieku.
Był gustownie ubrany, o jasnych włosach. Stał przy oknie i obserwował ludzi, którzy kręcili się na rynku w centrum miasta. Pokój, w którym przebywali, znajdował się na drugim piętrze ratusza, więc mógł on dostrzec całe centrum.
Do gabinetu wszedł Jebesu Kinabo Saka.
– Ładny gabinet, burmistrzu Saveg – zwrócił się do mężczyzny przy oknie, który odwrócił się w jego stronę.
Jebesu wyglądał jak najemnik, jednak należał on do organizacji dużo ważniejszej, niż można było przypuszczać.
– Wolałbym, żeby taki pozostał.
– Proszę się nie martwić. Jesteśmy po tej samej stronie. Otrzymał Pan list, prawda?
– Prawda, ale muszę najpierw o coś zapytać.
Burmistrz był wyraźnie niezadowolony z treści listu, który niedawno otrzymał. Przyszedł on ze stolicy Imperium Gernady, a jego zalecenia były szokujące.
– Dlaczego wybraliście moje miasto?
– Dziwne pytanie – powiedział zaskoczony. – Zerton jest największym miastem w południowej części Królestwa. Świetna lokalizacja przy szlaku handlowym. Względnie blisko do granicy Imperium. I co najważniejsze, częste odwiedziny obcokrajowców, które mogą być wykorzystane jako iskra do konfliktu. Na tym nam właśnie zależało.
Burmistrz Saveg był zszokowany, z jaką obojętnością odpowiedział Jebesu. Saveg po przeczytaniu listu, przez dwa tygodnie nie mógł spokojnie wykonywać swoich obowiązków. Był chodzącym kłębkiem nerwów przez kilka dni. Teraz, będąc w pełni świadomy, co wydarzy się za kilka godzin, ciężko było mu zapanować nad emocjami.
– Chcesz zorganizować zamach w moim mieście! To szaleństwo. Wiesz o tym? Jak ja to wytłumaczę mieszkańcom?
– Słuchaj no, Saveg – warknął Jebesu. – Pamiętaj, że to dzięki Imperium możesz się bawić w burmistrza. Jesteś nam winny przysługę. – Przypomniał. – Oczywiście nie spodziewamy się problemów. W mieście nie ma żadnych szczególnie uzdolnionych magów ani wojowników, a większość straży wysłałeś poza mury. Zgodnie z naszymi wskazówkami. To będzie szybka i prosta robota. Nie zawracaj sobie tym głowy zbytnio.
Burmistrz wziął głęboki oddech, próbując się uspokoić.
– Rób, co musisz. Niech to wygląda na wypadek. Nie chcę się tłumaczyć z powiązań z zamachowcami.
– Czy ja ci na takiego wyglądam? – zaśmiał się Jebesu. – Bez obaw. Nim się obejrzysz, Zerton będzie w rękach Imperium. Będziesz mógł wtedy wyluzować. Zadbamy o wszystko.
– Liczę na to. Niech żyje cesarz.
– Niech żyje cesarz.
Gość wyszedł, a Saveg został sam ze swoimi myślami. Zarządzał tym miastem od ośmiu lat. Jebesu przypomniał mu, jak zdobył tą posadę. Dla postronnych był to zbieg okoliczności, że miastem będzie zarządzać ktoś pochodzący z ziem Imperium. Jednak za kulisami toczy się ciągle, długofalowa strategia niszczenia Królestwa Palian.
Bunt lokalnej szlachty i przejęcie władzy na północy Królestwa dziesięc lat temu, były tylko częścią tej strategii. Pora na kolejny ruch w tym kierunku.
– Czyli został miesiąc do wojny – westchnął. – Oby, chociaż poczekali do końca rozejmu.
***
Przed drzwiami piekarni, przy głównej drodze miasta, stoi para nastolatków. Zdają się stać tam już dłuższą chwilę i niecierpliwość daje im się we znaki.
– Myślisz, że Lilly zapomniała? Powinna już wyjść. – powiedziała dziewczyna o imieniu Falna.
– Może. Wejdź i zapytaj o nią. – odpowiedział jej chłopak, Joan.
– Dlaczego ja? Sam byś poszedł!
– Ja? Ja nie pójdę, bo…
– Bo co?
– Boję się jej matki – powiedział Joan zaczerwieniony.
– Ja byłam ostatnio – oznajmiła Falna, dając do zrozumienia, że nigdzie nie pójdzie. – Wiesz, że jej nie lubię. Patrzy na mnie takim dziwnym spojrzeniem. Jakby chciała się mnie pozbyć.
– Tak, właśnie o to mi chodzi… – przytaknął Joan.
Pięć minut później, Joan zmuszony przez Falnę, wszedł do środka. Zamykając za sobą drzwi, obrócił się w stronę kasy, gdzie stała kobieta o długich ciemnych włosach. Część była spięta z tyłu, a reszta opadała swobodnie na pokaźny biust. Była to właścicielka piekarni, Anisa Tenebri.
– O proszę, jaki przystojniak przyszedł – powiedziała Anisa.
Joan momentalnie zrobił się cały czerwony. Nieoczekiwany komplement ze strony dojrzałej, bardzo atrakcyjnej kobiety wybił go z rytmu. Joan zawsze peszył się w obecności Anisy. Mimo iż kobieta była przed czterdziestką, jej powalająca uroda podsuwała mu różne nieodpowiednie myśli. Co najgorsze, była to matka jednej z jego przyjaciółek. To sprawiało, że nigdy nie może zdradzić, co chodziło mu teraz po głowie. Co by dziewczyny mogły o nim pomyśleć.. Falna pewnie zdzieliłaby go po głowie za głupie pomysły, a Lillian mogłaby się przestać do niego odzywać. Nieważne. Teraz najważniejsze to dowiedzieć się gdzie Lillian.
– Przepraszam Panią, że przeszkadzam, ale czekamy na Lilly i przyszedłem o nią zapytać – powiedział nieśmiało, unikając ciągle kontaktu wzrokowego.
– Lilly musi się najpierw wywiązać ze swoich obowiązków – odpowiedziała surowo.
– Jestem pewna, że zaraz będzie gotowa – powiedziała, dostrzegając zakłopotanie na twarzy Joana, po czym uśmiechnęła się. – Możemy jeszcze chwilę porozmawiać i umilić sobie czas. Nie mam o tej porze wielu klientów.
Joanowi serce biło już tak głośno, że gdyby nie zgiełk na zewnątrz, to dźwięk dotarłby aż na zaplecze.
– Dziękuję bardzo, po- poczekam na zewnątrz z Falną. Do widzenia – powiedział w pośpiechu i wybiegł z piekarni.
– Zabawny młodzieniec – szepnęła sobie Anisa pod nosem i podeszła do drzwi z kuchni.
W kuchni można było zobaczyć młodą dziewczynę, ubraną w biały fartuch piekarski. W pośpiechu wykładała pieczywo do plecionych koszy. W kuchni nie było nikogo poza nią. Zwykle pracował tam ktoś jeszcze, ale dziewczyna i tak robiła tam najwięcej.
– Pośpiesz się dziewczyno. Czekają na ciebie – krzyknęła Anisa.
– Już kończę, mamo. Tylko wyłożę to na półki – odpowiedziała Lillian.
– Masz pięć minut albo jutro pracujesz godzinę dłużej.
Trzaśnięcie drzwiami zakończyło rozmowę. Lillian zdawała się już przywyknąć do jej zachowania. Od śmierci ojca, jej matka bardzo się zmieniła. Od tego czasu pomagała prowadzić piekarnię. Było to ich jedyne źródło utrzymania, więc Lillian pracowała dla dobra rodziny. Nie była złym pracownikiem, właściwie to powinna być tu tylko dodatkową parą rąk do pomocy. Matka lubiła ją wykorzystywać, bo nie musiała jej płacić, a Lillian nie mogła się jej sprzeciwić.
“Wszystko byłoby prostsze, gdybym umiała władać magią”, pomyślała Lillian.
Od dzieciństwa była zafascynowana tym tematem. Często zarywała nocki, czytając książki o magii. Nie inaczej było dzisiaj. Zaspała, a wściekła na nią Anisa dała jej dodatkową pracę za karę.
Chwilę później, czekająca na zewnątrz piekarni dwójka zobaczyła w drzwiach Lillian. Miała rozpuszczone ciemne, brązowe włosy, które sięgały do łopatek. Ubrana była podobnie jak Falna. Krótka spódniczka, jasna koszula i ciemna lekka kurtka. Całość przypominała trochę szkolny mundurek. Joan ubrany był w męską wersję tego stroju.
– Nareszcie jesteś – powiedziała znudzona czekaniem Falna.
Nie usłyszała odpowiedzi.
– Coś się stało? – zapytał Joan.
– Jutro będę pracować godzinę dłużej – odpowiedziała zmarnowana Lillian.
– Czy ona nie przesadza? Traktuje cię jak niewolnika. – Falnie od dłuższego czasu nie podobało się, jak jest traktowana jej przyjaciółka. Spędziły razem ostatnie osiem lat, całą szkołę elementarną i dodatkową. Lillian nigdy nie była tak wykorzystywana jak teraz.
– Niewiele mogę z tym zrobić. Może gdybym nauczyła się magii…
– Przestań już z tym. – Przerwała jej Falna. – Zdolność do używania magii jest genetyczna. Jeśli teraz nie potrafisz jej używać, to nigdy nie będziesz. Odpuść.
– Obawiam się, że Falna ma rację – dodał Joan.
Jak bardzo by się nie uparła, to ten warunek był nie do ominięcia. Mimo że Lillian o tym wiedziała, to nie chciała się z tym pogodzić. Nie chciała się pogodzić z tym, że jej szanse na opanowanie magii, zostały przekreślone już na samym początku. Jej próby opanowania najprostszych czarów z poradników magicznych, nie dawały żadnych efektów. Wiedziała o tym, ale jej marzenie było zbyt silne. Nie chciała się poddawać.
Falna zauważyła, że Lillian wpada znowu w beznadzieje. Zawsze robiła to, kiedy uświadamiała sobie prawdę. Czuła się, jakby straciła jedyny powód do życia. Z drugiej strony, nie znają się przecież od wczoraj. Falna wie jak temu zaradzić.
– Pójdziemy na rynek po zajęciach, co? Kupimy sobie coś słodkiego, Lilly – powiedziała, ciągnąc ją za rękę.
– Dobrze! – Na twarzy Lillian momentalnie pojawił się uśmiech.
Chwilę później, nasza trójka weszła do hali. Był to budynek wojskowy, przeznaczony na szkolenia. Mieścił około stu uczniów i pozwalał na swobodną naukę szermierki, sparingi i nauczanie dużych grup przez tylko trzech instruktorów.
Uczniowie dzielili się na trzy grupy. Nowicjuszy, Adeptów i Czeladników. Falna należała do grupy Adeptów, Lillian i Joan byli w grupie Czeladników.
Przy wejściu, na stojakach wisiały miecze treningowe. Uczniowie, przychodząc na zajęcia, zabierali miecz i udawali się do swojej grupy. Lillian z Joanem zajęli miejsca obok siebie i postępowali zgodnie z poleceniami instruktora. Były to zajęcia nadzorowane przez wojsko, więc uczniowie nie byli traktowani jak dzieci. Żadnych głupich pytań, czy odpowiedzi, głaskania po głowie czy prowadzenia za rączkę. Było to szkolenie wojskowe. Trwało sześć lat i obejmowało każdego mieszkańca Królestwa od lat dwunastu. Jedynymi wyjątkami była biedota, która nie nadawała się do niczego i bogaci, którzy mogli obejść prawo wystarczająco ciężką sakiewką.
Po standardowej rozgrzewce uczniowie powtarzali seriami wymachy i różne uderzenia. Musieli wytrenować swoje ciało do takiej formy, by podczas walki reagowało automatycznie. Tak wyszkoleni młodzi obywatele byli cennym materiałem dla wojska w razie wybuchu wojny.
Pozwalało też wyłapać ludzi z talentem, którzy mogli później rozwijać karierę w wojsku, podnosząc jego siłę. Ta sama praktyka obejmowała szkolenie magów, jednak kierowała się innymi zasadami, które nie były powszechnie znane. Magowie często byli szkoleni prywatnie lub w małych, zaufanych grupach. Bardzo ograniczano rozpowszechnianie wiedzy o magii. Prawdopodobnie też z tego powodu, podręczniki do magii, z których Lillian próbowała opanować czary, były fałszywe. Jednak jej to nie przeszkadzało. A nuż się uda.
Po rozgrzewce i serii wymachów przyszedł czas na sparing. Uczniowie dobierali się w pary i walczyli między sobą, starając się szkolić nawzajem.
– Nie zabij mnie, dobrze? – Joan zażartował, uśmiechając się do Lillian.
– Dzisiaj muszę się wyładować. – Lillian uśmiechnęła się w odpowiedzi i przybrała postawę bojową.
Ruszając do przodu, Lillian od samego początku trzymała Joana w garści, nie pozwalając mu na opuszczenie gardy. Była bardzo agresywna, atakując jak dziki kot. Bez strachu, bez litości, bez zbędnych ruchów. Patrząc na to starcie, od razu można było stwierdzić, że dziewczyna ma smykałkę do szermierki i sprawia jej to wyraźną przyjemność. Pozwalało jej to na chwilowe oderwanie się od codzienności. Mogła wtedy zapomnieć o swojej rodzinie, o możliwości wybuchu kolejnej wojny, o swojej obsesji do magii, której nigdy nie opanuje.
Po nieudanym kontrataku, miecz Joana został odbity na bok i Lillian zatrzymała swoje ostrze przy szyi chłopaka.
– Przerażasz mnie czasami – powiedział Joan, wycierając pot z czoła.
– Dobrze walczyłeś.
– Naprawdę? Jedyne co mogłem zrobić to się bronić.
– Za to robiłeś to dobrze – powiedziała Lillian uśmiechając się do Joana.
W trakcie rozmowy po sparingu, do Lillian i Joana podeszła grupa kilku osób.
– O proszę, Panna Tenebri jest dzisiaj w znakomitej formie – powiedział drwiąco Ralph, lider tej paczki.
– Albo jej partner to ostatni frajer – powiedział głośno drugi i wszyscy zaczęli się śmiać. – Jak można dać się pobić przez wychudzoną dziewczynę, która ledwo trzyma miecz.
Lillian zignorowała ich, odwróciła się i chciała odejść z Joanem w inne miejsce. Ostatnio często była obiektem kpin z ich strony.
– Pewnie myśli, że porucha dzięki temu.
– Gdyby był bogaty, to zaliczyłby ją już dawno.
– Jeszcze posunąłby jej matkę. Ta dziwka nie przepuściłaby takiej okazji.
Tym razem powiedzieli za dużo. Zwykle była w stanie ignorować takie sytuacje, ale ciągnie się to już tyle, że straciła w końcu cierpliwość. Lillian złapała mocno miecz i obracając się w kierunku Ralpha, wzięła silny zamach.
“Zapłacisz za to”, pomyślała.
Komentarze (13)
"Saveg po przeczytaniu listu, 2 tygodnie nie mógł spokojnie wykonywać swoich obowiązków. " - liczby zazwyczaj zapisujemy słownie
"Czy ja Ci na takiego wyglądam?" - zwroty grzecznościowe z małej litery. Powieść to nie list
"Tak, właśnie o to mi chodzi.. " - trzy kropki, nie dwie.
"dźwięk dotarły aż na zaplecze." - dotarłby
"Jedynymi wyjątkami była biedota, która nie nadawała się do niczego" - a to nie jest tak, że w quasi-średniowiecznych settingach biedota stanowi dużą część populacji i po przeszkoleniu nadawałaby się chociaż na mięso armatnie?
*mieszasz czasy. Ogólnie polecam po prostu pisać w czasie przeszłym, bo teraźniejszy jest trudniejszy i wymaga nieco innego myślenia, konstruowania narracji. No i musisz się też zastanowić czy czas teraźniejszy jest ci w ogóle potrzebny do opowiedzenia tej historii.
Trochę sztampa, szczególnie na końcu. Ogólnie wychodzi na to, że to takie lekkie fantasy z grupką nastoletnich bohaterów, którzy prędzej czy później będą się mierzyć z wielkim złem i Przeznaczeniem przez duże "P". Przeczytałem na forum, czym się inspirujesz, ale z tych anime znam tylko Sousou no Frieren i w sumie jestem ciekaw kiedy się właśnie pojawi jakiś pierwiastek "frieren". A i przyznam szczerze, że trochę się nie spodziewałem, że w końcówce te zbiry będą aż tak wulgarne - no ale może potem zrobi się z tego bardziej edgy dark fantasy, skoro ciągle też jest mowa o nadchodzącej wojnie...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania