Dagon. Winko na młodość (wersja gotycka)
Chianti piłem od zawsze, a pierwsza szklanica czerwonego wina towarzyszyła mi przy obiedzie, druga zaś przy kolacji. Kiedy tylko w telewizji pokazywano Toskanię, ogarniało mnie osobliwe rozmarzenie, podsycane widokiem starych kamiennych domów, rozległych winnic, cyprysowych alei i wieczorów spędzanych w cieniu pergoli, przy kielichu rubinowego trunku. Wyobrażałem sobie, że właśnie tam, pośród skąpanych w słońcu wzgórz i odwiecznych posiadłości, człowiek może odnaleźć szczęście, którego próżno szukać w innych stronach świata.
Pewnego roku nadarzyła się okazja, by wyjechać do słonecznej Italii, toteż nie zastanawiając się długo, postanowiłem skorzystać z nadarzającej się sposobności i zatrudniłem się u miejscowego rolnika imieniem Dagon, właściciela rozległej posiadłości w okolicach Colle di Val d'Elsa. Jego gospodarstwo otaczały stare winnice, za którymi rozciągały się gaje oliwne i wzgórza ginące w wieczornych mgłach, a sam dom, zbudowany z ciemnego kamienia, sprawiał wrażenie znacznie starszego, niż wskazywałaby na to jego architektura. W niektórych pomieszczeniach unosiła się nieprzyjemna woń wilgoci, zaś nocami z dolnych kondygnacji dochodziły odgłosy przypominające odległe szepty, których źródła nigdy nie potrafiłem dociec.
Dagon był człowiekiem osobliwym, którego wygląd od pierwszego spotkania budził trudny do określenia niepokój. Jego twarz pokrywały głębokie bruzdy, włosy miał niemal całkowicie siwe, a spojrzenie niezwykle przenikliwe, jak gdyby potrafił dostrzec rzeczy ukryte przed wzrokiem zwykłych śmiertelników. Rzadko się odzywał, lecz zawsze traktował mnie z uprzejmością, choć nawet w tych nielicznych chwilach, gdy obdarzał mnie uśmiechem, miałem wrażenie, że kryje się za nim coś niepokojącego. Największą dumą gospodarza było domowe wino, którego recepturę, jak twierdził, przekazywano w jego rodzinie od pokoleń, i którym częstował mnie każdego wieczoru. Było słodkie, ciężkie i miało niezwykłą głębię smaku, jakiej nie spotkałem nigdy wcześniej, a po kilku tygodniach zacząłem zauważać, że nie tylko ja czerpię z niego korzyści, gdyż Dagon wyraźnie odzyskiwał siły, jego skóra wygładzała się, ruchy stawały coraz bardziej sprężyste, a oczy nabierały młodzieńczego blasku.
Nie potrafiłem jednak wyjaśnić, dlaczego w jego obecności coraz częściej odczuwałem nieuzasadniony lęk, który narastał z każdym kolejnym dniem spędzonym w tej osobliwej posiadłości.
Pewnej nocy obudziło mnie migotliwe światło dobiegające z piwnicy, co wydało mi się tym dziwniejsze, że gospodarz stanowczo zabraniał komukolwiek tam wchodzić. Twierdził, że przechowuje w niej szczególnie cenne roczniki i nie życzy sobie, by ktokolwiek zakłócał ich dojrzewanie, a jego ton nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości, że nie zamierza tolerować nieposłuszeństwa.
Tego wieczoru ciekawość okazała się jednak silniejsza od rozsądku.
Zszedłem po kamiennych, krętych schodach, których wilgotne stopnie niknęły w mroku, a powietrze stawało się z każdym krokiem cięższe, przesycone zapachem fermentującego moszczu i wilgotnej ziemi. W głębi pomieszczenia dostrzegłem ogromną beczkę, il mastello grande, wypełnioną ciemnoczerwonym winem, nad którego powierzchnią unosiła się delikatna mgiełka, choć w piwnicy panował przejmujący chłód.
Przy beczce stał Dagon, całkowicie nagi.
Jego wychudzone ciało pokrywała siatka sinych żył, a skóra zwisała luźno z ramion i brzucha, sprawiając wrażenie, jakby należała do kogoś znacznie starszego, niż mógłbym sobie wyobrazić. Wpatrywał się w wino z wyrazem nabożnego skupienia, po czym, nie zwracając uwagi na otaczający go chłód, powoli wszedł do środka i zanurzył się aż po szyję.
W tej samej chwili powierzchnia cieczy zadrżała, jak gdyby pod jej ciemną taflą obudziło się coś, co przez długie lata pozostawało pogrążone w głębokim śnie.
Najpierw usłyszałem cichy trzask, po którym nastąpił odgłos przypominający pękanie wilgotnej tkanki, a zaraz potem na skroniach Dagona pojawiły się wybrzuszenia. Spod skóry zaczęły wydobywać się cienkie, blade, obślizgłe stworzenia, których ciała wiły się i splatały, podczas gdy niewielkie łby unosiły się nad ramionami starca. Kolejne węże wyłaniały się z karku, piersi i głowy, a niektóre zdawały się wyrastać bezpośrednio z wnętrza jego czaszki, jak gdyby całe jego ciało stanowiło jedynie powłokę skrywającą niezliczone, żywe istoty.
Dagon nie krzyczał ani nie wył z bólu, lecz jego twarz zastygła w bezruchu, a oczy, pozbawione jakiegokolwiek ludzkiego wyrazu, właśnie teraz skierowały się ku mnie.
Wino zaczęło bulgotać, a jego powierzchnia unosiła się i opadała, jak gdyby pod jej taflą pracowało coś ogromnego i żywego.
Ciało gospodarza pociemniało, nabierając sinoczarnej barwy, podczas gdy pod skórą przesuwały się niezliczone kształty, sprawiające wrażenie, jakby jego wnętrze wypełniało całe gniazdo żywych istot. Z ust wydobył się dźwięk, który nie przypominał ludzkiej mowy, lecz był głęboki, wilgotny i przeciągły, a jego złowieszcze echo rozchodziło się po kamiennych murach, wprawiając je w drżenie. Zadrżały ściany piwnicy, a z sufitu posypał się pył, opadając na powierzchnię wina niczym popiół z dawno zapomnianego ołtarza.
Wówczas zrozumiałem, że Dagon nie odmładzał się za pomocą wina.
On w nim żył.
A może raczej wino żyło dzięki niemu.
Przypomniałem sobie wszystkie wieczory spędzone przy stole, wszystkie puchary, które podawał mi z uśmiechem, i każdą kroplę tego niezwykłego trunku, którą z taką przyjemnością przełykałem. Pomyślałem o butelkach wywożonych z posiadłości, o ludziach, którzy kupowali to wino, nie mając najmniejszego pojęcia, jakie pochodzenie ma jego niezwykły smak ani co naprawdę kryje się w jego głębi. Na samą myśl o tym poczułem mdłości, a świadomość, że sam od tygodni uczestniczyłem w tym osobliwym procederze, napełniła mnie niewypowiedzianym obrzydzeniem.
Cofnąłem się w stronę schodów, nie mogąc jednak oderwać wzroku od przerażającego widowiska, którego stałem się mimowolnym świadkiem.
Wtedy Dagon przemówił, a jego głos dochodził jakby z wnętrza beczki, jednocześnie rozlegając się we wszystkich zakamarkach piwnicy, jak gdyby przemawiały przezeń same kamienne prastare mury.
– Młodość wymaga ofiary, mój panie. Ciało musi zostać odnowione. To, co stare, musi ustąpić miejsca temu, co nowe.
Nie odpowiedziałem, gdyż byłem całkowicie sparaliżowany strachem i patrzyłem tylko na niego, niezdolny oderwać wzroku od wijących się stworzeń, które zdawały się tworzyć jedną, niepojętą istotę.
– Wino pamięta wszystko – ciągnął. – Każde życie, które w nim spoczęło. Każde ciało, które oddało mu swoją siłę.
Wtedy zrozumiałem, że nie była to zwyczajna piwnica, lecz miejsce jakiegoś pradawnego kultu, którego początki ginęły w mrokach niepamiętnych epok. Beczka stanowiła ołtarz, a wino – naczynie, w którym od pokoleń przechowywano coś, co nie powinno istnieć, coś, czego natura wymykała się wszelkim znanym mi prawom życia i śmierci.
Uciekłem.
Nie pamiętam, jak wydostałem się z tej monumentalnej, przeklętej przez diabła posiadłości, ani ile czasu zajęło mi pokonanie drogi dzielącej ją od najbliższych zabudowań, choć zdawało się to trwać eony. Przez wiele godzin błąkałem się po okolicznych drogach, pogrążony w mroku własnych myśli i dręczony wspomnieniem tego, co ujrzałem, aż nad ranem dotarłem do Colle. Nigdy więcej nie wróciłem do Dagona i nie zgłosiłem też nikomu tego, co zobaczyłem, gdyż nie miałem żadnych dowodów, a sama myśl o opowiadaniu tamtej historii miejscowym czy karabinierom budziła we mnie przerażenie, którego nie potrafiłem przezwyciężyć.
Od tamtej pory nie piję już wina, choć niegdyś nie wyobrażałem sobie bez niego żadnego posiłku.
Minęło wiele, wiele miesięcy, podczas których próbowałem powrócić do dawnego życia i zapomnieć o włoskiej przygodzie, która na zawsze odmieniła moje postrzeganie świata. Z czasem odzyskałem spokój ducha, choć niekiedy budzę się w środku nocy z nieodpartym wrażeniem, że coś porusza się pod moją skórą, pełzając powoli i cierpliwie, jakby oczekiwało na właściwy moment, by ujawnić swą obecność.
Pewnego ranka, podczas śniadania, zauważyłem, że skorupka jajka, które właśnie rozbiłem, pokryta jest cienką, ciemną, złowieszczą żyłką, przypominającą niewielkie naczynie krwionośne. Przez chwilę patrzyłem na nią bez ruchu, nie potrafiąc oderwać wzroku od tego osobliwego znaleziska, aż w końcu dostrzegłem, że żyłka drgnęła.
Odłożyłem jajko.
W jego wnętrzu coś się poruszyło, coś wężowego.
Nie wiem, czy to, co zobaczyłem, było rzeczywiste, czy też stanowiło jedynie wytwór na wpół szalonego umysłu trawionego wspomnieniami tamtej straszliwej nocy. Wiem tylko, że od tamtej pory nie potrafię spokojnie patrzeć na żadne naczynie wypełnione płynem, gdyż w każdym dostrzegam ciemną, nieruchomą powierzchnię wina i coś, co czai się pod nią, cierpliwie oczekując chwili, gdy ponownie zostanie skąpane w życiodajnym świetle.
Czasami, tuż przed zaśnięciem, słyszę plugawy głos Dagona, który zdaje się dobiegać z najgłębszych zakamarków mej pamięci, choć niekiedy mam wrażenie, że rozlega się znacznie bliżej, jak gdyby coś przemawiało bezpośrednio z wnętrza mego umęczonego ciała.
Nie mówi już o młodości ani o urodzie.
Powtarza tylko jedno upiornie brzmiące zdanie:
– Wypiłeś, mój panie, wystarczająco dużo, by należeć do nas.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania