Danse Macabre- Rozdział 1

Francja, rok 1510

 

Rok 1510, epoka renesansu. Czy to coś znaczy? Ależ oczywiście! Przecież za 500 lat ta epoka będzie uważana za jedną z najważniejszych w dziejach cywilizacji i kultury europejskiej. Zrodziło się wiele idei społecznych, religijnych i filozoficznych. Zostało to zapoczątkowane dzięki odkryciu nowego lądu- Ameryki. Ludzie przecież przez wieki nie wiedzieli, że za horyzontem jest coś jeszcze, że Ziemia nie ma ani początku ani końca. Dzięki odkryciom geograficzny poznaliśmy nieznane dotąd nam lądy oraz potwierdzono, że ziemia jest okrągła, a nie płaska. Poznaliśmy wiele nowych produktów takich jak ziemniaki, kukurydza, kawa, herbata, kakao, tytoń, cytrusy i egzotyczne przyprawy. Wynaleziono również druk, co zaciekawiło umysł człowieka. Oczywiście później nastała reformacja i poglądy religijne ludzi zaczęły się zmieniać. Najważniejszym światopoglądem renesansu jest to, iż człowiek jest w centrum zainteresowania. Nie Bóg, jak w średniowieczu, a człowiek. Człowiek zaczął się rozwijać, odkrywać świat i tworzyć. Cenił szczęście doczesne, dążył do wygody i przyjemności aby znaleźć się w ziemskim raju. Nie umartwiał się jak człowiek średniowiecza i odrzucał ascezę. Pragnął dostatku i powodzenia. Człowiek się „odrodził” i nie chciał stać w miejscu. Chciał przeć naprzód i poznawać coraz to nowsze rzeczy.

 

Mijają dni, miesiące, lata, a nawet wieki. Czy my się wiele zmieniliśmy? Poszukujemy czegoś czy ustaliśmy w miejscu? Ta ideologia zmienia się w naszych etapach życia. Na początku, gdy przyjdziemy na świat jesteśmy wszystkiego ciekawi. Uczymy się chodzić, mówić, pisać. Po tym doskonalimy nasze umiejętności. Idziemy do szkoły, poznajemy nowych ludzi i dowiadujemy się wielu nowych rzeczy- zarazem ciekawych i nudnych. Mijają nasze szkolne lata, a my stajemy się mądrzejsi i w pewnym stopniu dojrzalsi. W tym momencie wybieramy jedną z dwóch dróg. Pierwsza to studia, gdzie będziemy się uczyć i szkolić w danej profesji. Druga natomiast to praca, gdyż wolimy zarabiać zamiast poszerzać swoje wiadomości w jakimś zakresie. Gdy wybieramy pierwszą drogę to szkolimy się i planujemy przyszłość. Zaś w drugiej pracujemy i zarabiamy, mając dzięki temu codzienny rytuał. Co dalej? Po studiach szukamy pracy w naszym zawodzie, co niewielu się udaje. Niektórzy postanawiają zakładać swoje firmy licząc na łud szczęścia. U osoby pracującej nic zbytnio się nie zmienia. W obu jednak przypadkach następuje moment, w którym chcemy się ustatkować. Szukamy swojej drugiej połówki, bierzemy z nią ślub i planujemy wspólne życie. Drogi, które kiedyś zostały rozdzielone teraz się łączą. Pracujemy, zarabiamy pieniądze, płodzimy dzieci i żyjemy z dnia na dzień. Ta droga trwa bardzo długo. Co następuje później? Starość i emerytura. Nasze dzieci poszły własnymi ścieżkami, dając nam małe szczęście w postaci wnuków. My odpoczywamy, ciesząc się małymi rzeczami, których wcześniej na naszej drodze nie dostrzegliśmy. Jednakże sielanka nie trwa długo. Po kilku krokach wpadamy w dół odchodząc z tego świata. My jesteśmy na śmierć przygotowani w pewien sposób. Przecież to jest kolej rzeczy. Urodzić się, żyć i umrzeć. Jednakże co następuje po tym? Idziemy do miejsca zwanego niebem lub piekłem? A może nasza dusza zapomina wszystko, zostawiając tylko okruszki naszego poprzedniego życia i rodzimy się na nowo? A może przez lęk pozostajemy w pewnym sensie na ziemi wokół naszych bliskich? Jest to zagadka, która nurtuje wszystkich od stuleci. Nikt tak naprawdę nie wie, co jest dalej. Mamy tylko teorie, które powstały na przestrzeni wieków. Bo czy można uwierzyć człowiekowi, że widział łąkę usłaną kwiatami, który uważa to za niebo? Szybciej uwierzymy w UFO niż w niebiańską łąkę. Bo każdy z nas ma swój rozum i duszę, które kształtujemy przez lata. Tu czas odgrywa ważną rolę. My możemy być w centrum zainteresowania ale to czas decyduje o nas.

 

O czym będzie ta historia? O drodze życia? W pewnym sensie można tak powiedzieć. Jednakże tu to serce, rozum, dusza oraz czas odgrywają główne role. Przenieśmy się do Francji.......Widzimy piękne budowle, pałace, zamki, kościoły. Ludzie kupujący, spacerujący i rozmawiający na różne tematy. Damy w pięknych sukniach przejeżdżające w karocach przez miasto aby dostać się do swych loków. Wszystko klasyczne i piękne w swojej prostocie. Ubierzmy się niczym dama, wsiądźmy do karocy i pojedźmy do jednego z wielu pałacy. W pałacu należącym do rodziny de Marivaux (de mariwo) odbywa się dzisiaj bal. Wszyscy z wyższych sfer zostali zaproszeni. Wychodzimy z karocy, idziemy po schodach ku górze. Mijamy jońskie kolumny i wchodzimy do środka. Gra muzyka, stoły uginają się pod nadmiarem jedzenia, Damy uśmiechają się zadziornie do panów w tańcu. Wszyscy jedzą, piją, rozmawiają i śmieją się. Mogłoby się to wydawać całkiem normalne. Ot, zwykły bal aby spotkać się z osobami na swoim poziomie. Jednakże coś się dzieje. Gospodarze rozmawiają z pewną dziewczyną oraz mężczyzną. Najpierw są uśmiechy i uprzejmości. Po chwili jednak twarz dziewczyny markotnieje. Uśmiecha się sztucznie, po czym przeprasza i odchodzi od nich. Podążmy za nią. Kim w ogóle ona jest? Przecież to córka gospodarzy dzisiejszego wieczoru, Lilian de Marivaux. Szesnastoletnia dziewczyna o niebieskich oczach niczym niebo o poranku oraz włosach w kolorze pszenicy. Ubrana w piękną czerwoną suknię ze złotymi haftami, uwieńczona na szyi koronką. Włosy upięte w kok w który zostały wpięte białe pióra. Powoli wyminęła gości, kłaniając się poszczególnym osobą. Gdy tylko znalazła się na tarasie pobiegła wprost do ogrodu. Znaną już sobie ścieżką pobiegła do altany znajdującej się niedaleko. Często tam chodziła już od dzieciństwa. Po chwili oparła dłonie na balustradzie, dysząc lekko. Co się mogło stać, że tak szybko wybiegła? Otóż tuż przed chwilą rodzice powiadomili ją, że będzie brała ślub z Elwanem de Laclos (laklo). Był on synem możnego szlachcica. Widziała go może z trzy razy w życiu. No ale to rodzice decydowali za kogo wyjdzie ich dziecko...

 

Czułam gniew i zażenowanie. Jak oni mogli mi to zrobić? Wydać mnie za mężczyznę, którego w ogóle nie znam? Tylko dlatego, że jest bogaty?! To jakaś kpina! Ja nie chcę. Nie spieszno mi do ożenku. A jak już mam się żenić to z miłości, a nie z przyzwolenia. Jak już mam zostać żoną i matką to tylko z bratnią duszą. Dlaczego moi rodzice nie mogą tego zrozumieć? -Przetarła czoło, wzdychając ciężko. Oparła się o kolumnę patrząc w rozgwieżdżone niebo. Uśmiechnęła się delikatnie na widok takiego piękna. Rozejrzała się po okolicy i ponownie chciała zagłębić swe spojrzenie w gwiazdach, gdy coś, a raczej ktoś przykuł jej uwagę. Niedaleko znajdował się rodzinny cmentarz. Tam na jednym z nagrobków ktoś siedział.- Kto to? Mężczyzna czy kobiecina? A może jakieś stworzenie nieczyste?! A jeśli to jakiś złodziej? Mimo wszystko muszę to sprawdzić.- Zeszła powoli z altany i udała się w stronę nieznajomej osoby. Tylko światło księżyca oraz gwiazd rozświetlało sylwetkę nieznajomego. Będąc już trochę bliżej zauważyła, że dana osoba ma dość długie włosy. Nic innego nie mogła dostrzec. Ustała jakieś trzy metry od tej osoby aby nie narażać się na niebezpieczeństwo.

-Ktoś ty?- Spytałam niepewnie. Sądząc po włosach to jakaś kobiecina albo panna. Ale co by robiła w takim miejscu? Postać nie zareagowała, nie ruszając się nawet o centymetr. Trochę mnie to zirytowało ale nie chciałam się poddać.- Ktoś ty?!- Zapytałam tym razem głośniej. Postać jednak jak siedziała tak siedzi, jakby była posągiem. Zdenerwował mnie postawa tej osoby ale postanowiłam zapytać ponownie.- Ktoś ty?!!- Wręcz krzyknęłam, podchodząc trochę bliżej.

-Przerywasz mi idealną ciszę.- Aż wzdrygnęła się, gdy osoba się jednak odezwała. Głos był poważny, niezbyt głośny i niski. Był to jednak mężczyzna.

-Co tu robisz?- Spytałam trochę niepewnie. W końcu nie wiedziałam kto to tak naprawdę jest.

-A waćpanna musi wszystko wiedzieć?- Spytał ironicznym głosem. Oczywiście nie spodobało mi się jego podejście.

-To są moje ziemię, więc musisz mi powiedzieć kim jesteś i co tu robisz.- Oznajmiłam władczo. Jakiś chłop nie będzie mnie uciszał i poniżał w moim domu.

-Nic nie muszę. A ty przypadkiem nie powinnaś być teraz przy swoim narzeczonym?- Zaskoczył mnie. Przecież tylko ja, Elwan oraz moi rodzice wiedzieli o oświadczynach. No i jeszcze ojciec Elwana. Czyżby to był ktoś z gości i podsłuchał naszą rozmowę? Ale co gość robiłby na cmentarzu o tej porze?

-Nie życzę sobie aby się pan tak do mnie zwracał. Proszę natychmiast wyjść z mojego terenu i nie wracać. Jeśli nie to zawołam straż i pana stąd wyniosą.- Zdenerwował mnie ten mężczyzna. Jak on mógł powiedzieć mi coś takiego?! Jestem córkom gospodarzy i nie pozwolę sobie na takie traktowanie. Postać nagle obróciła głowę w moją stronę, patrząc na mnie z obojętnością. Bardziej zaskoczył mnie jego wygląd niż ruch. W blasku księżyca miał wręcz mlecznobiałą cerę. Oczy były ciemne, przysłonięte kurtyną rzęs. Na twarz opadało kilka włosów w kolorze czerni. Ta osoba była wręcz piękna.

-Nie obchodzi mnie twój status. Przecież przed Bogiem wszyscy jesteśmy sobie równi.- Uśmiechnął się delikatnie po czym wstał. Byłam zahipnotyzowana jego urokiem, nie wiedząc co mając teraz zrobić. On jednak ukłonił się nisko i spojrzał na mnie.- Ktoś po ciebie przyszedł.- Po jego słowach szybko obróciłam głowę myśląc, że ujrzą Elwana albo rodziców. Ewentualnie którąś ze służek lecz nikogo nie było. Obróciłam głowę w stronę mężczyzny ale go już tam nie było. Kim on był? I co tu robił? Lekko zamyślona wróciłam do pałacu. Starałam się omijać rodziców tak samo jak przyszłego męża. Mogłam jednak szybciej się oddalić i udać się do swojej komnaty. Moja osobista służka pomogła mi się przebrać, po czym położyłam się w łóżku. Z mojej głowy nie mogło wyjść dzisiejsze spotkanie. Czy on był prawdziwy? Pochłonięta tymi myślami zasnęłam.

 

Od balu minęło kilka dni. Nie rozmawiałam z rodzicami na temat ślubu. Widzieli po nie, że mi się to nie podoba. Raz mama powiedziała mi, że to dla mojego dobra. Ja nic nie odpowiedziałam aby nie nakrzyczeć na nią. Miałam inne sprawy na głowie. A dokładniej tego nieznajomego. Codziennie wieczorem udawałam się do altany i wyczekiwałam go. Może było to z mojej strony niedorzeczne ale coś przyciągało mnie do niego. Często myślałam jak by wyglądał w blasku słońca. Czy równie pięknie co w nocy? Chciałam przekonać się jakiego koloru są jego oczy. Czy miał na sobie perukę, czy były to jego prawdziwe włosy? Jak ma na imię i co robił na cmentarzu tego wieczora? Zamyślałam się przez to, co trochę niepokoiło moich rodziców. Oczywiście nie powiedziałam nikomu o tamtym spotkaniu. Jeszcze zakazaliby mi wychodzić wieczorami do ogrodu. Siedząc na tarasie z filiżanką herbaty rozmyślałam, czy spotkam go ponownie.

 

Nastała niedziela. Wstałam wcześnie rano, ubrałam się w wytworny strój, po czym zeszłam na śniadanie. Zaraz po udaliśmy się do kościoła na mszę. Moja rodzina była bardzo katolicka. Ja wraz z Nuną usiadłam w jednej ławce, a przed nami moi rodzice. Odetchnęłam głęboko starając się nie myśleć o nieznajomym i skupić się na modlitwie. Msza rozpoczęła się. Wręcz machinalnie wykonywałam wszystkie czynności. Próbowałam słuchać kazania biskupa lecz wychodziło mi to z marnym skutkiem. Rozglądałam się chwilę po kościele i nagle moją uwagę przykuł mężczyzna. Pojawił się wręcz znikąd tuż po lewej stronie biskupa. Miał on na sobie długi czarny płaszcza jego głowę zakrywała jakaś chusta. Gdy na chwilę podniósł głowę o mało co nie krzyknęłam. To był on. Ten mężczyzna z balu. Szczerze nie spodziewałam się go tu spotkać. Plus dziwiło mnie, że nikt go nie widzi. Uważnie obserwowałam jego ruchy. Powoli zbliżał się do biskupa. Dopiero gdy był już blisko zauważyłam, że w ręce trzyma sztylet. Przeraziłam się. Czyżby on chciał zabić duchownego?! I nikt tego nie widzi?!! Nie wiem nawet kiedy zamknęłam oczy aby nie widzieć rozlewu krwi. Otworzyłam je dopiero wtedy, gdy usłyszałam kobiecy krzyk. Po nieznajomym nie było śladu, a biskup leżał na posadzce. Obok niego klęczało kilku mężczyzn. Ojciec kazał Nunie wyprowadzić mnie z kościoła. Ja jednak byłam ciekawa co się tak naprawdę stało. Mimo to posłusznie poszłam wraz ze służką do karocy. Dość długo siedziałyśmy i czekałyśmy na moich rodziców. Po jakimś czasie pojawili się i ruszyliśmy do domu.

-Co się stało?- Spytała nie mogąc wytrzymać jakieś dziwnie napiętej atmosfery. Mama westchnęła, a ojciec patrzył się chwilę na swoje buty.

-Biskup nie żyje.- Oznajmiła smutnym głosem moja rodzicielka.

-Czy ktoś go zabił?- Spytałam od razu. Nie dawało mi to spokoju.

-Ależ oczywiście, że nie. Był chorowity. Nie wiadomo na co. Dowiedzieliśmy się, że dzisiaj rano mimo złego stanu zdrowia postanowił poprowadzić mszę. Okazała się jego ostatnią.- Ojciec opowiadał o tym jak o czymś codziennym.

-Panie świeć nad jego duszą.- Matka przeżegnała się i ucałowała krzyżyk. Ja natomiast zatopiłam się w swoich myślach. Przecież nie przywidział mi się. Dokładnie go widziałam. Szedł w stronę biskupa ze sztyletem w dłoni. To jest bardzo dziwne.

 

Po kilku dniach odbył się pogrzeb biskupa. Siliłam się na smutek ale bardziej wychodziła mi obojętność. Nie był on przecież dla mnie nikim bliskim. Nie rozmawiałam z nim również często, wręcz nigdy. Po pogrzebie pan de Laclos zaprosił wszystkich do siebie. Ja wymigałam się mówiąc, iż nie najlepiej się czuje. Mama zrozumiała to mówiąc, że pewnie zbytnio przeżyłam śmierć duchownego. Więc ja wraz ze służką pojechałam do domu, a rodzice do ojca mojego narzeczonego. Brało mi się na wymioty, gdy tak o nim myślałam. Po dotarciu do domu przebrałam się i zjadłam obiad. Po tym snułam się po pałacu nie wiedząc co robić. Postanowiłam poszukać kotki mojej mamy, gdyż jak się okazało nie pokazywała się od wczoraj. Oczywiście uspokoiłam służbę aby nie martwili się na zapas. Mama pewnie dopiero jutro rano zawoła swoją kotkę Katie. Oczywiście postanowiłam poszukać w ogrodzie. Często kotka wylegiwała się na murku w słońcu albo siedziała w cieniu drzewa. Nie znalazłam jej jednak w jej ulubionych miejscach. Zaszłam jeszcze do altany, gdyż lubiła przychodzić tam ze mną i kłaść się na moich kolanach. Tam jednak również nie było śladu kotki. Już chciałam wrócić do pałacu, gdy usłyszałam miauknięcie. Zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu biało-szarej puchatej kulki. Omal co nie krzyknęłam widząc nieznajomego siedzącego na nagrobku. Z daleka ujrzałam, że ma na kolanach Katie. Szybkim krokiem popędziłam w jego stronę.

-Oddaj tego kota.- Powiedziałam groźnie nie siląc się na dobre maniery. Przecież on może chce porwać tego kota?

-I przyszła panna wielce opryskliwa. Nie można nawet pogłaskać kotka w spokoju i ciszy. Idź opłakiwać śmierć biskupa, a nie krzyczysz mi przy uchu.- Jak zwykle nie obrócił się do mnie, nadal głaskając kicię po grzbiecie. I jak zwykle niegrzeczny.

-Oddawaj tego kotka. Bo....- Zacięłam się. Co mogłabym mu zrobić? Nakrzyczeć na niego? Wezwać straż? Przecież on zabił biskupa to mógłby i zabić mnie.

-Bo co? Nakrzyczysz na mnie, po czym się rozpłaczesz i uciekniesz do swojej mamusi. Intrygujące.- Pogłaskał kotka ostatni raz po czym położył ją delikatnie na ziemi. Ta zaczęła się ocierać o jego nogi, domagając się więcej głaskania.

-Ja przynajmniej jestem człowiekiem, a nie jakimś potworem bez serca, który zabija ludzi!- Wykrzyczałam zanim ugryzłam się w język. Kotka najwyraźniej przestraszyła się, gdyż najeżyła się i uciekała do ogrodu. Ja natomiast zamarłam nie wiedząc co robić. Mężczyzna milczał chwilę, po czy wstał i podszedł do mnie. Zamarłam z zachwytu. Mogłam mu się przyjrzeć dokładnie, gdyż słońce dopiero powoli zachodziło. Miał bladą cerę niczym śnieg, oczy jak atrament otoczone kurtyną rzęs i lekko różowe usta. Twarz pociągła z pięknym zarysem szczęki. Czarne włosy lekko opadały na jego twarz. Ubrany w czarno złoty strój, otulony czarnym płaszczem z szarym futrem. On nie był przystojny, on był piękny. Jego oczy hipnotyzowały mnie, przyciągając do siebie.

-Skoro twierdzisz, że zabiłem biskupa to co ty tu jeszcze robisz? Przecież pod płaszczem mogę mieś sztylet i szybkim ruchem wbić ci go prosto w serce. Moim zdaniem jesteś głupią panną bogatych rodziców bujającą w obłokach.- Dopiero po jego słowach zdałam sobie sprawę, że ma rację. Przecież nie wiem kim on jest, a teraz nie ma nikogo przy mnie, kto by mnie obronił. Na samą myśl przeszły mnie ciarki.

-A-A m-m-może jestem po-po prostu od-od-odważna? I-I się ciebie nie b-boję?!- Nie boję się a trzęsę się jak osika. Plus zaczęłam się jąkać. Nieznajomy chwilę patrzał w moje oczy, po czym schylił się do mojego ucha. Oczekiwałam jakiś słów ale nic się nie stało. Odsunął się i ponownie na mnie spojrzał. Wręcz odetchnęłam z ulgą lecz nagle....

-A!!!- Krzyknął, a ja podskoczyłam i pisnęłam, przez co upadłam na ziemię. Sukienka zadarła mi się do góry, przez co nic przez chwilę nie widziałam. Słyszałam tylko jego śmiech, który przyprawiał mnie o ciarki. W miarę szybko wstałam z ziemi, otrzepując się z brudu. Spojrzałam na niego wściekła.

-Ty....- Wysyczałam mając na języku pełno bluzgów na temat jego wychowania i klasy.

-Wiesz co zastanawiam się co było lepsze: twoja mina, gdy cię wystraszyłem czy widok twojej bielizny?- Zapytał z chytrym uśmieszkiem, a na moje poliki wpadł rumieniec. Byłam na niego zła i zawstydzona.

-Powinni cię powiesić za podglądanie damy.- Popatrzyłam na niego hardo, nie chcąc się już zbić z tropu.

-Jakbym na oczy nie widział damskiej bielizny. Wiem, że to twoje pierwsze obcowanie z mężczyzną ale nie martw się. Nie podniecają mnie ropuchy.- Uśmiechnął się z wyższością patrząc na moją skołowaną minę. Nie znam go, nie znam jego imienia, a już go z całego serca nienawidzę.

-Jak śmiesz tak do mnie mówić?!! Jeśli chcesz wiedzieć to adoruje mnie wielu mężczyzn.- Uniosłam wysoko czoło chcą pokazać tym swoja wyższość nad nim.

-I oni wszyscy chcą abyś rozłożyła przed nimi grzecznie nóżki i spełniła ich wszystkie łóżkowe fantazje. Ale to romantyczne~!- Zaśmiał się pod nosem wyczekując mojej reakcji. Nie mogłam się powstrzymać i zarumieniłam się ale bardziej ze złości niż wstydu.

-To, że ty jesteś skończonym dupkiem nie znaczy, że inni mężczyźni również tacy są!- Wydarłam się na niego, prychając z pogardą.

-Oj, oj, oj~! Takie brzydkie słowa z ust szlacheckiej damy. Powinnaś się wstydzić młoda panno.- Zacmokał z niezadowolenia, a ja zakryłam usta dłonią. Dobrze, że nikt tego nie słyszał. Przez chwilę stałam przerażona ze wzrokiem wbitym w ziemię. Nagle usłyszałam ponownie jego śmiech. Stał i trzymał się za brzuch śmiejąc się głośno. Ten śmiech jest straszny. Ciarki przechodzą po plecach.

-Co ci się stało?- Spytałam zmieszana.

-Twoja twarz wyrażała takie przerażenie jakbyś straciła dziewictwo przed ślubem.- Parsknął jeszcze zasłaniając tym razem usta dłonią. Zmrużyłam oczy patrząc na niego groźnie. Nie będzie mnie pouczał.

-Kim ty jesteś, że mnie pouczasz?- Podeszłam do niego bliżej patrząc się hardo w jego oczy. Nie zaskoczy mnie, nie dam mu się. Patrzeliśmy sobie w oczy dość długą chwilę. Poczułam się przez to trochę nieswojo, gdyż jego wzrok wręcz parzył.

-Jestem kimś kto zna życie lepiej od ciebie.- Jego cichy wręcz pomruk sprawił ciarki na mym ciele. Z lekkim uśmiechem na ustach przyglądał mi się dokładnie.

-A jak się nazywasz?- Spytałam równie cicho, jakby ktoś nas podsłuchiwał. Albo jakbyśmy robili coś złego.

-To musisz zgadnąć sama. Mogę ci tylko podpowiedzieć, że jestem bardzo związany z nocą, a zarazem z dniem. Niedługo znowu cię odwiedzę i mam nadzieję, że odgadniesz tą zagadkę.- Mówił cicho powoli przysuwając się do mnie. Mój oddech przyspieszył, gdy jego usta znajdowały się blisko moich.- Dobrej nocy Lilian.- Poczułam coś mokrego na policzku. Dopiero po chwili do mnie doszło, że był to jego język. Polizał mnie od kącika ust do skroni, muskając ją swoimi wargami. Odsunął się ode mnie i bez słowa ominął. Ja stałam tak nie wiedząc co robić. Byłam w zbyt dużym szoku. Dopiero po dłuższym momencie się obróciłam ale go już nie było. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Nadal zszokowana wróciłam do pałacu, a moje myśli krążyły gdzieś daleko stąd. Podczas kąpieli przypomniałam sobie o polizanym policzku. Chciałam zbyć ten ślad ale coś mnie powstrzymało. Nagle przestało być to dla mnie obrzydliwe. Nie mogłam zasnąć myśląc o jego zagadce. Związany z nocą, a zarazem z dniem. O pięknej urodzie. Ubierający się na czarno. Zabijający biskupów. Lubiący głaskać koty. Uwielbia cisze i spokój. Nieznośny. Niegrzeczny. Samolubny. Bezuczuciowy. Chamski. Niewdzięczny......No dobra. Lepiej powiedzieć niewychowany. Tajemniczy. Pociągający. Majestatyczny. Jakie imię posiada te wszystkie cechy? Jest to jednak ciężki orzech do zgryzienia. Miałam na szczęście czas do namysłu. Patrząc więc w księżyc i rozgwieżdżone niebo zapadłam w sen. A w śnie pojawiły się czarne oczy i jakiś dziwny błysk, a moim ciałem wstrząsnęły dreszcze.

 

Dzisiaj miałam lekcje gry na skrzypcach oraz lekcje tańca. Podczas gry na skrzypcach zdołałam się na nich skupić całkowicie. Może to dlatego, że tak bardzo je kocham? Jednak na lekcji tańca nie poszło mi zbyt dobrze. Myliłam kroki, nie wsłuchiwałam się w muzykę, zamyślałam się, gdy nauczyciel tłumaczył mi jakieś kroki. Na szczęście lekcje szybko się skończyły i mogłam zająć się swoimi osobistymi sprawami. Poszłam do biblioteki aby wyszukać coś w książkach na temat tego mężczyzny. Czułam, że nie jest on człowiekiem. Ale kim dokładnie?? Moją pierwszą lekturą była Biblia, gdyż tam jest mowa o szatanie z którym może mieć jakieś powiązanie. Robiłam sobie notatki, z których później zamierzałam złożyć coś w jedną całość. Po Biblii szukałam innych książek na temat szatana i tego typu stworów. Żeby rodzice się tym nie zainteresowali robiłam to codziennie po jakąś godzinę. Poza tym normalnie się uczyłam i chodziłam z nimi na salony. Raz oczywiście poszliśmy do mojego narzeczonego, co niezbyt mi się uśmiechało. Na moje szczęście nie pozostaliśmy sami, więc nie zdarzyła się jakaś dziwna sytuacja. Przez dwa tygodnie czytałam i kalkulowałam swoje notatki. Miałam już swoje podejrzenia, które postanowiłam wyjawić, gdy tylko pojawi się pan w czerni. Nie znam jego imienia, a że chodzi na czarno to go tak nazwałam.

 

Tego dnia o nim nie myślałam. Snułam się po pałacu nie wiedząc co mam robić. Moje nogi poprowadziły mnie do ogrodu. Spacerowałam po nim spokojnie zatrzymując się co jakiś czas aby powąchać kwiaty. Po długim spacerze usiadłam w altanie, gdzie podano mi herbatę. Pijąc patrzyłam się w niebo i obłoki po nim płynące. Dopiero gdy poczułam chłód zorientowałam się, że pan w czerni leży na jednym z nagrobków. Przez myśl przeszło mi, że mogło mu się coś stać, więc szybkim krokiem do niego podeszłam. Bym jednak cały i spał sobie najnormalniej w świecie. Jego twarz była taka spokojna. Mogłam mu się jeszcze dokładniej przyjrzeć niż wcześniej. Jego twarz była bez skazy. Dłonie miał splecione na piersi. Na palcu wskazującym prawej ręki miał pierścionek. Srebrny z jakimś wzorem. Ukucnęłam i przybliżyłam się aby przyjrzeć się mu.

-Nie ładnie tak obserwować kogoś w trakcie snu.- Podskoczyłam i wstałam machinalnie patrząc na jego twarz. Otworzył powoli oczy, spoglądając na mnie.

-Jak śpisz to czemu mówisz?- Patrzałam się na niego z lekka wyższością. Jednak w moich oczach błyszczała ciekawość.

-Nie śpię od momentu w którym tu podeszłaś. I to, że człowiek ma zamknięte oczy nie znaczy, że śpi.- Usiadł i rozciągnął się, po czym usiadł wyżej.- Więc? Czy znasz rozwiązanie zagadki?

-Znam.- Uśmiechnęłam się na myśl o wygranej.

-Mów więc, co o mnie wiesz.- Uśmiechnął się lekko świdrując mnie wzrokiem. Ja natomiast wzięłam głęboki wdech i wydech.

-Jesteś duszą, która nie może zaznać spokoju. Coś stało się przed twoją śmiercią, przez co nie możesz iść do nieba. Potrzebujesz pomocy człowieka aby załatwił twoją sprawę, dzięki czemu zaznasz wiecznego spokoju.- Po moich słowach nastała cisza. Myślałam, że jest ona spowodowana szokiem, iż zgadłam kim jestem. Jednak po chwili on zaczął się głośno śmiać zginając się w pół.

-Już dawno się tak nie naśmiałem.- Starł łezkę z kącika oka.- Ty jednak nadajesz się tylko do rodzenia dzieci.- Pokręcił w niedowierzaniu głową.

-Nie zgadłam?!- Spytałam zszokowana.

-Ani trochę. Skąd ci to przyszło do głowy?! Nie jestem żadną obłąkaną duszą.- Mina mi zrzedła. Naprawdę myślałam, że jest obłąkana duszą. A jeśli nie jest nią to czym jest?

-To czym jesteś?- Powiedziałam już lekko zdenerwowana i wyczerpana zaistniałą sytuacją.

-Nie powiem. Musisz sama zgadnąć. I skoro raz dałem ci podpowiedź to dam i drugi. Jednak niedługo ci ją pokażę.- Widać bawiła go ta cała sytuacja. Ja się męczyłam i denerwowałam, a on się śmiał i prowokował do dalszego poszukiwania.

-Irytujesz mnie.- Prychnęłam na niego i odwróciłam wzrok od jego oczu. Przez to nie zauważyłam jak do mnie podszedł. Złapał mnie jedną ręką w tali przybliżając do siebie. Stykaliśmy się nosami patrząc sobie głęboko w oczy.

-Dam ci dodatkową skomplikowaną podpowiedź. „Nie obchodzi mnie czas lecz jest on moim wyznacznikiem”. Zastanów się dobrze nad moimi słowami.- Po plecach przeszedł mnie zimny dreszcz. Mimo to nadal byłam skupiona na jego oczach. Gdy zamrugałam już go nie było. Ponownie rozpłynął się w powietrzu. Jednak uczucie ciepła na policzku oraz zimna na plecach pozostało. Odetchnęłam kilka razy nim poszłam do pałacu. „Niepotrzebny czas, który jest wyznacznikiem”- te słowa krążyły po mojej głowie. Postanowiłam jednak poczekać na kolejną podpowiedź i dopiero wtedy wziąć się za interpretowanie tego.

 

Następnego dnia po śniadaniu przyszła do nas wiadomość, że hrabia Lorrain (lorę) nie żyję. Był już dość stary i chorowity, więc nie zaskoczyło mnie to zbytnio. Pogrzeb odbył się po trzech dniach. Staliśmy na rodzinnym cmentarzu rodu Lorrain. Trzy metry przed nami stała trumna, przy której zebrała się najbliższa rodzina. Pan Lorrain miał być pochowany w krypcie, gdzie spoczywają jego rodzice, dziadkowie i pradziadkowie. Myślałam, że będzie to normalny pogrzeb. Kilka miłych słów o zmarłym, ostanie przegnanie, kondolencje. Myliłam się jednak w 100 procentach. Gdy ksiądz chciał posypać trumnę ziemią mówiąc „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz” usłyszeliśmy pukanie. Zapadła niezręczna cisza podczas której każdy rozglądał się za źródłem dźwięku. Jak się okazało dochodziła ona z trumny. Osoby, które niosły trumnę niepewnie ją otworzyły i zerknęły do środka. Pan Lorrain żył. Patrzał na nich i mówił coś niewyraźnie. Dla każdego był to niezły szok. Pomogli mu wyjść z trumny. Pani Lorrain podeszła do męża przytulając go mocno, roniąc przy tym kilka łez. Pan Lorrain pogłaskał ją po włosach trzęsącą się dłonią. Musiał być to dla niego wielki szok, budząc się w trumnie. Uśmiechnęłam się lekko na taki zbieg wydarzeń lecz chłód szybko mi go zmył. Spojrzałam się lekko w lewo, a tam stał on. Opierał się o posąg anioła patrząc z uśmiechem na to wszystko. Nie był to jednak szczęśliwy uśmiech- bardziej taki, który sprowadza jakieś nieszczęście. Odsunął się od posągu i ustał za panią Lorrain. Nie wiedziałam co kombinuje, dlatego dokładnie przyglądałam się jego ruchom. On jednak stał i patrzał się na pana Lorrain. Ten po chwili odwrócił wzrok od swojej żony i zamarł, wpatrzony w niego. Zaczął kręcić głową na boki, odsuwając się do tyłu. Nikt nie wiedział co się dzieje. On zaczął iść w jego stronę z szalonym uśmiechem. Zamrugałam, a pan czerń przesunął się w bok tak, że widziałam jego plecy. Pan Lorrain obrócił się lekko w bok nadal idąc do tyłu. Kręcąc głową zaczął mówić cicho „Nie.....Nie, nie.” Nagle On przyspieszył, na co pan Lorrain się przestraszył. Krzyknął głośne „Nie!” i przewrócił się. Przeżyłby upadek, gdyby nie to, że nabił się na jakiś posąg. Metalowe coś przebiło jego serce. Pani Lorrain zemdlała, niektórzy krzyknęli z przerażenia, reszta odwracała wzrok od krwi. Ja zszokowana patrzałam na niego. Stał obok pana Lorrain i śmiał się. Po chwili zaprzestał i przejechał palcem po ranie z której leciała krew. Przybliżył palec do ust i patrząc mi prosto w oczy zlizał krew. Odwróciłam wzrok nie mogąc na to patrzeć. Chłód zniknął, więc razem z nim on. Wszyscy obecni zostali zaproszeni do pałacu, a rodzina została przy zmarłym. Jak się dowiedziałam wzięli pana Lorrain do jednej z komnat. Tam zszyli raną, ubrali w nowe ubrania i pochowali. Gdy pani Lorrain dołączyła do nas była cała roztrzęsiona. Nie dziwie jej się. Nie codziennie własny mąż umiera, po tym zmartwychwstaje i ponownie umiera ze strzałą w sercu. Ja również byłam roztrzęsiona ale bardziej tym co widziałam tylko ja. On cieszył się z jego śmierci, napawał się nią. I był straszny z uśmiechem szaleńca. Przez chwilę zastanawiałam się, czy chcę znowu go zobaczyć i dalej rozwiązywać zagadkę. Ciekawość poszła przodem, tak więc gdy tylko wróciłam do domu wpisałam kilka uwag do moich notatek.

 

Prze tydzień nie pokazał się ani razu. Codziennie po kilka razy spoglądałam na nagrobek, na który przesiaduje. Pojawił się późnym popołudniem siedząc wygodnie z jabłkiem w dłoni. Na szczęście rodzice gdzieś pojechali, więc nie musiałam się ich obawiać. Zeszłam powoli na cmentarz, uspakajając moje rozszalałe serce. Przed oczami pokazało mi się pan Lorrain z krwawiącym sercem. Gdy już doszłam do mordercy byłam spokojna.

-Witam szanowną panią, której uroda skąpana w zachodzącym słońcu jest nader normalna. Co cię do mnie sprowadza?- Kącik jego ust uniósł się ku górze, po czym ugryzł czerwone jabłko. Specjalnie wybrał takie aby przypominało mi krew.

-Przyszłam odgadnąć twoją zagadkę.- Patrzałam na niego z pogardą. Nie wiem jak po czymś takim mógł normalnie egzystować.

-Więc słucham cię. Kim jestem?- Ugryzł jabłko oblizując po tym swoje wargi. Zapatrzałam się na nie chwilę, po czym otrząsnęłam się i westchnęłam głośno.

-Jesteś albo wampirem albo zwykłym mordercą.- Na moje słowa prychnął i dalej zajadał się owocem.

-Przykro mi ale nadaj jesteś w błędzie. Już panna lekkich obyczajów szybciej by zgadła.- Tupnęłam nogą ze złości, prychając na niego.

-Przecież zabiłeś i smakowałeś ludzkiej krwi.- Podałam dwa argumenty, które popierały by moje przypuszczenia.

-Nie jesteś dobrym obserwatorem. Umyka ci to, co najważniejsze. No ale nie będę taki zły i dam ci kolejną podpowiedź. „Czasami czuję się lekki jak piórko”. Nie wiem czy ci coś ta podpowiedź pomoże, bo masz mózg wielkości orzeszka.- Zaśmiał się pod nosem, gryząc jabłko ponownie.

-Rozwiąże tą zagadkę, a wtedy ty będziesz musiał mnie ładnie przeprosić!- Wskazałam na niego palcem.

-Niech będzie. To może się założymy?- Spojrzał na mnie z uśmieszkiem na ustach.

-O co?- Może nie powinnam tego robić ale chęć upokorzenia go była silniejsza.

-Daję ci miesiąc na odgadnięcie mojej zagadki. Jeśli zgadniesz to upadnę na kolana i przeproszę cię, całując twoje stópki. Jeśli nie zgadniesz to przez godzinę będę mógł zrobić z tobą co tylko zechcę. Zgadzasz się na takie warunki?- Uśmiechnął się szeroko wstając i patrząc w moje oczy. Przerażała mnie wizja, co on by ze mną zrobił. Jednakże ta druga wizja była o wiele przyjemniejsza i warta tej ceny.

-Zgoda. Przyjmuję twoje wyzwanie. Szykuj się na upokorzenie.- Spojrzałam hardo w jego oczy.

-Już nie mogę doczekać się rozstrzygnięcia.- Wręcz wysyczał i podsunął pod moje usta jabłko. Było ono zielone i nie wiem skąd je miał. Pochyliłam się i ugryzłam kęs. Było soczyste i słodkie. Zabrałam je z jego dłoni, przypadkowo dotykając jego palców. Były chłodne, co było bardzo dziwne.

-Mam w sobie odwagę, biorąc od ciebie jabłko. Nie wiem przecie skąd je masz.- Nie odrywałam od niego wzroku. Może ukaże mi się jeszcze jakaś wskazówka?

-Ja bym bardziej powiedział, że głupia. Mogłem przecież nasączyć jabłko w jakieś truciźnie albo czymś podobnym.- Aż zaprzestałam na chwilę gryzienie jabłka. Szybko jednak powróciłam do konsumpcji.

-Nie zrobiłeś tego. Założyłeś się ze mną, więc abym odgadła zagadkę muszę żyć. Czyż nie?- Kącik moich ust poszedł w górę.

-Jednak potrafisz powiedzieć coś mądrego. Wsłuchaj się w moje wskazówki, a może pożyjesz dłużej niż miesiąc.- Wyszeptał te słowa zbliżając się do mnie. Zamarłam oczekując jego ruchu. On przybliżył się i zlizał sok z mojej brody, muskając na końcu mój policzek swoimi wargami.- Prawda nie jest taka bolesna jak nam się wydaje.- Wyszeptał, a po moim ciele przeszedł dreszcz. Zmrużyłam oczy, jakby rozkoszując się tą chwilą. Gdy je otworzyłam go już nie było, a na drugiej stronie jabłka było ugryzienie. Powinnam wyrzucić to jabłko ale zamiast tego ugryzłam je w pobliżu tego ugryzienia. Szybko zjadłam owoc, po czym udałam się do swojego pokoju. Musiałam porządnie przyjrzeć się swoim notatką aby odgadnąć zagadkę.

 

Następnego dnia po śniadaniu miałam lekcje z języka włoskiego. Siedziałam więc z moim nauczycielem w bibliotece i skrupulatnie pisałam nowe słowa. Nie chciało mi się zbytnio siedzieć i się uczyć, gdyż pogoda za oknem była przepiękna. Słońce przyjemnie świeciło, aż chciało się usiąść w altanie z filiżanką herbaty i owocami. Już miałam powrócić do pisania, gdy moją uwagę przykuł jeden szczegół. Pan Zagadka siedział w cieniu drzewa i chyba ucinał sobie drzemkę. Od razu po lekcji postanowiłam do niego iść. Zastanawiało mnie co on tu robił i dlaczego nie siedzi na nagrobku. Spokojnie poszłam do ogrodu oddychając świeżym powietrzem i powoli poszłam w jego kierunku. Przykucnęłam przy nim patrząc na jego spokojną twarz. Pochyliłam się i odgarnęłam kosmyk włosów z jego czoła za ucho. Nie odsunęłam dłoni, przejeżdżając palcami po jego policzku. Było gładkie i chłodne. Przejechałam palcami po lini szczeki dochodząc do ust. Teraz wydawały mi się bladsze niż przedtem. Skierowałam swój wzrok z tych ust na jego oczy, które patrzały na mnie spod przymrużonych powiek. Dziwny dreszcz przeszedł przez mój kręgosłup.

-Nieładnie jest tak kogoś dotykać podczas snu, nie sądzisz?- Uśmiechnął się lekko lecz nie odtrącił mojej dłoni. Sama zabrałam rękę z jego policzka aby nie wmawiał mi czegoś dziwnego.

-Co ty tu robisz?- Sama nie wiem jakim cudem ale byłam spokojna.

-Siedzę i ucinam sobie drzemkę. Nie widać?- Z jego wyrazu twarzy od razu było widać, że ma mnie za idiotkę pytając o takie rzeczy.

-To widzę. Ale dlaczego robisz to tu? Przecież miałeś pojawić się za miesiąc.- Tak była w końcu umowa. Nadal nie wiedziałam kim może być pan Mądraliński.

-I za miesiąc się pojawię aby poznać twoją odpowiedź na zagadkę. A to nie znaczy, że nie mogę tu przychodzić i przesiadywać. I tak nikt oprócz ciebie mnie nie widzi. Możesz nie zawracać mną ważną osobą swojej główki. Jednakże moja osoba może da ci do myślenia.- Uśmiechnął się chytrze, patrząc na mnie zadziornie. Patrzałam się chwilę na niego po czym westchnęłam głośno i przysiadłam obok niego.

-Czyli mogę na ciebie bezkarnie patrzeć, a ty mi tego nie zabronisz? Bo jeśli tak to może twoja wredna osobowość na coś mi się przyda.- Uśmiechnęłam się mimowolnie. No cóż, przynajmniej nie będzie tu tak nudno.- A może dasz mi jeszcze jedną podpowiedź?- Spojrzałam na niego kątem oka. On półleżał z zamkniętymi oczami i obojętnością na twarzy.

-Nie. I przestań gadać. Mam ochotę jeszcze się trochę zdrzemnąć w ten jakże piękny dzień, więc bądź łaskawa i zamknij swoje usteczka. I nie wierć się, bo zrobię jeszcze coś niestosownego.- Po jego słowach zapadła cisza, przerywana szumem drzew i śpiewem ptaków. Siedziałam tak i wpatrywałam w kwitnące kwiaty. Po jakieś chwili poczułam ciężar na ramieniu. To On oparł o nią swoją głowę. Będąc tak blisko poczułam zapach kwiatów. Zapamiętałam to i powróciłam do podziwiania przyrody. Ten miesiąc zapowiada się bardzo ciekawie.

 

Na ciąg dalszy zapraszam na bloga:

my-little-world-of-fantasy.blogspot.com

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • zaciekawiony 07.04.2016
    "O czym będzie ta historia?" - sądząc po zanudzającym wstępie głownie o metodach lania wody.

    "Zostało to zapoczątkowane dzięki odkryciu nowego lądu- Ameryki. " - polemizowałbym. Przez długi czas sądzono że Kolumb odkrył Indie tylko tą wschodnią część. W roku w którym dzieje się opowiadanie dalej tak myślano. Większy wpływ miał wynalazek Gutenberga.

    "Ludzie przecież przez wieki nie wiedzieli, że za horyzontem jest coś jeszcze, że Ziemia nie ma ani początku ani końca. Dzięki odkryciom geograficzny poznaliśmy nieznane dotąd nam lądy oraz potwierdzono, że ziemia jest okrągła, a nie płaska." - wiedza o tym, że ziemia jest kulą była w średniowieczu dość dobrze znana, więc wyprawy Kolumba niczego nie zmieniały. Przez długi czas nikt nie wpadł na to, że Indie Wschodnie to nowy kontynent, bo sądzono że Ziemia jest dwa razy mniejsza i kartografowie nie widzieli miejsca na nowy ląd.

    "łud szczęścia" - łut (miara wagi ok. 13 g czyli odrobinę tego szczęścia)

    "przejeżdżające w karocach przez miasto aby dostać się do swych loków." - słyszałem że noszono w tym czasie długi włosy, ale aż takie, że trzeba przejechać całe miasto aby dostać się do loków?
  • Kimie Kikui 07.04.2016
    Wstęp jest po to aby przedstawić sytuację w tamtych czasach. Plus nie chciałąm zaczynać rozdziału od akcji.

    Jednak wtedy odkrywano nowe lądy. Wiem, że mówiono o odkryciu Indii, gdyż Kolumb nazwał tamtejszą ludność Indianami. Tu chodzi o perspektywę czasu- my wiemy, że odkrył Amerykę, a oni nie mieli pojęcia o innych kontynentach.

    Jednak dopiero w okresie renesansu potwierdzono kulistość ziemi. Nie wierzono przecież nawet Kopernikowi, gdy mówił o krążeniu Ziemi wokół Słońca. A o wielkościu globu dowiedziano się póżniej, po kolejnych wyprawach.

    Chodzi o domy, a nie włosy. Lokum, czyli swoje miejsce. Swój dom.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania