Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Dark days ahead

Zimny, przenikliwy wiatr...

Atakujący każdą nieosłoniętą część ciała tysiącami kłujących igieł.

Mimo kominiarki i termicznego kołnierza wślizgiwał mi się pod ubranie, atakując szyję, kark i plecy.

Czułem jak chwyta moje stopy i nadgarstki w swój lodowaty uścisk.

Zima nie odpuszczała.

No cóż - po raz pierwszy od kliku lat będą białe święta.

... Zbyt białe.

Trwało to już od ponad miesiąca. Cały czas ten sam cholerny schemat - dzień należał do zamieci i śnieżyc.

Nocą niebo przejaśniało się, odsłaniają miriady gwiazd. Ziemię zaś ogarniał wówczas mróz.

Dzisiejszy dzień był jednak wyjątkowy - w powietrzu czuć było wilgoć. Tą ohydną, piwniczną wilgoć.

Oraz spaleniznę.

Spojrzałem w stronę gigantycznej łuny bijącej od płonącego miasto.

Jej upiorna czerwień przyćmiła błękitny blask Księżyca i gwiazd.

Odsłaniając w zamian obraz piekła - zdziczenia i nieskrępowanego bestialstwa, do którego zdolny jest człowiek.

Wystarczy tylko że pękną krępujące go więzy cywilizacji.

Przylgnąłem jeszcze mocniej do zamarzniętej ziemi podnosząc lornetkę.

Księżyc miałem za plecami - jego blask powinien przyćmić refleksy szkieł.

Chłód, który tak uporczywie chciał dobrać się do mojego ciała, teraz wypełnił je, ściskając trzewia i zatrzymując serce.

Podstępny skurwiel wykorzystał drogę, której zupełnie bym się nie spodziewał - mój własnym wzrok.

Wszystkie obrazy wojen i ludobójstw - Serbia, Haiti, Czeczenia, Państwo Islamskie: teraz oglądałem je na żywo.

Niektórzy ginęli szybko - od ciosów pałek, kij i łomów. Czasem od kul - może policja i wojsko wciąż starły się

opanować sytuację ? Ciężko było powiedzieć - przy takim świetle i odległości nie było widać mundurów czy ubrań.

Ani twarzy. Wiele jednak można się było domyślić - patrzyłem jak rozszalały motłoch dopada kolejna ofiarę.

Zamiast jednak bić, rozciągają ją na ziemi, zdzierają ubranie. Nie ciężko było odgadnąć płeć.

- Boże, to chyba jeszcze dziecko - wyszeptałem, patrząc na drobną, rozpaczliwie broniącą się postać.

Oderwałem wzrok - nic to jednak nie dało. Wszędzie te same obrazy - mordy, gwałty, grabieże.

Zdziczałe grupy wpadały do kolejnych domów i zabudowań, kradnąc, niszcząc i podkładając ogień.

Chryste, przecież minęły dopiero 2 tygodnie ...

- Death, Death ! - nawoływani Leszka wyrwało mnie z rozmyślań.

Odwróciłem się, machając mu ręką. Nieporadny grubas oczywiście nie był w stanie mnie zobaczyć.

Przyświecał sobie nawet latarką - debil!

- Zgaś to do cholery ! - syknąłem przez materiał kominiarki.

- Chowaj się szybko - dorzuciłem ciągnąc go za kołnierz kurtki w dół.

- Na CB ... złapaliśmy sygnał ... Oni ... - spał ciężko.

- ... podobno ... Ekh - charczenie i kaszel uniemożliwiły mu dalsze mówienie.

Cóż, 2 tygodnie głodówki pomogły mu nieźle schudnąć. Nie odzyskał jednak kondycji.

Powstrzymałem się od dopiekania mu - po części przez obraz rzezi, która dokonywała się kilka kilometrów do nas.

Po części przez wyraz jego oczu.

- Uspokój oddech, 2 płytkie wdechy, głęboki wydech - mówiłem, obserwując go uważnie.

Czyżby też zobaczył miasto ?

- Lew naprawił CB ... Więzienie, obydwa więzienia - tym razem to nie zadyszka przeszkadzała mu mówić - to był strach.

- Uciekli ?

- Podobno, wszyscy, przez ostatni miesiąc zamknęli tam mnóstwo ludzi. Były wszystkie przepełnione...

- Policja, Wojsko ? Nie ma ich ?

- Też się o to pytają ...

- Kto ?

- Na CB, wszyscy Kurwa! Chryste, Death, jakaś gościówka tam płakała, błagała o ratunek, mówiła że ...

Przerwał na chwilę, w jego oczach pojawiły się łzy.

- Później zaczęła krzyczeć, było słychać uderzenia, wybijane szyby, chyba była w aucie...

I jej dziecko też zaczęło krzyczeć. Później już tylko wrzask... I śmiech. Śmiechy ...

Death, do cholery ja mam córkę !

Patrzył na mnie błagalnym wzrokiem. Uwierzcie mi - nie chciałem tego słuchać.

Nie chciałem widzieć jego twarzy.

Żaden ze mnie Rambo, ani zbawiciel świata. Sorry Leszku, zły adres. Bardzo zły.

Skierowałem wzrok ku płomieniom.

- Lepiej na to nie patrz - zdawało się, jakby dopiero teraz dostrzegł łunę.

- Chodź - klepnąłem go w ramię - nic nie poradzimy, musimy stąd wiać.

Ruszyłem w dół zbocza, plecami do ginącego miasta.

Jakieś 5 kilometrów od nas umierały właśnie przedmieścia Krakowa.

Dalej zaś, za zasłoną czarnego dymu, płonęła reszta dawnej Polskiej stolicy.

 

- Musimy wiać - rzuciłem od razu na wejściu.

Powstrzymałem się od przekleństw - zostawili drzwi szopy szeroko otwarte. Rozpalili ogień - oczywiście wprost przy wejściu.

Inaczej przecież ktoś mógłby nie zauważyć. Nie wspominając o stogach siana, leżących tuż obok.

Po co nam jacyś zbiegli więźniowie ? Sami możemy spalić się żywcem, nie potrzebujemy niczyjej pomocy !

- Ruszać dupy, słyszeliście przecież w radio - celowo wykrzyczałem to prosto do Daniela. Czyli naszego "Lwa".

Pokiwał szybko głową. Reszta towarzystwa też się przebudziła.

Asia zaczęła pośpiesznie zbierać rzeczy, Seba zgarniał swoją matę i szmaty, które nazywał ubraniem.

Podbiegłem szybko do Magdy - spojrzałem w twarz. Południowa cera, hiszpańska uroda.

Wyciągnąłem dłoń.

- Musimy, naprawdę ...

Pochwyciła ją błyskawicznie.

Pomogłem jej wstać.

Chyba już nikt nie miał o to pretensji - nawet Aśka.

Szybko, szybciej - krzyczałem jednocześnie na siebie i innych.

Może zdążymy, tamci to przecież jakaś hołota. Nie wsiądą do samochodów, nie wypuszczą jakichś patroli.

Na Boga, to nie powieść Sienkiewicz, a tamci to nie tatarski podjazd.

Wskoczyłem przez okno na fotel kierowcy. Kluczyki ukryte pod deską kierownicy.

Raz, dwa i są w stacyjce.

Nie zdążyłem jej przekręcić, kiedy usłyszałem ryk silnika.

Chwilę zajęło mi skojarzenie - to nie moje ukochane TB42E. Deska rozdzielcza dalej była ciemna.

I nie był to jeden silnik, ale kilka. Słychać było też zderzenia, głuchy jęk gniecionego metalu. Przez drewniane, dziurawe ściany

przebijały się światła reflektorów. Zbliżali się...

Nie tylko my próbowaliśmy uciekać autem. Kimkolwiek byli - ścigano ich.

I zmierzali wprost ku rozpadającej się szopie, w której się ukryliśmy.

 

Nie udało im się - dopadli ich wprost przed uchyloną bramą.

Jakieś stare Tico. Fiknęło kozła, uderzone w bok przez wojskową Gelendę. Obok zatrzymał się stary UAZ.

W Tico siedziało chyba z osiem osób - wyniki dachowania można było przewidzieć.

Troje uciekinierów próbowało się wydostać.

Jednego - siwiejącego, 50 letniego mężczyznę, dopadli błyskawicznie.

Krzyczał, że jest lekarzem, tłumaczył że może im pomóc.

Błagał i prosił o litość - bardzo krótko.

Tępy osiłek w więziennych drelichach zamachnął się francuzem.

Dwóch innych rzucił się na wyczołgujące się kobiety - w wiadomym celu.

Reszta - 4 typów, ruszyło wprost ku otwartym wrotom.

W sumie siedmiu.

Odwróciłem się - z tył Seba ściskał swoje paciorki, Leszek zaciskał wargi tłumiąc kaszel.

Magda trzymała drobniejszą Asię na kolanach. Zaciskały sobie na wzajem usta. Oczy - czysty, zwierzęcy strach.

Przyłożyłem tylko palec do ust - nie chciałem ryzykować szeptu.

Lew siedział na miejscu pasażera - biorąc z mnie przykład, schylił się, kładąc na podłodze.

Korzystając z wąskiej szparki, którą zostawiłem sobie jako wizjer, próbowałem przyjrzeć się naszym gościom.

Trzy więzienne drelichy i jeden mundur. Pewnie ściągnął z zabitego żołnierza.

Dość szybko zainteresowali się ogniskiem - ustawiliśmy je specjalnie, wraz z kurczakiem.

Żarcie okazało się skutecznym wabikiem - podzieli się według własnej hierarchii.

Najwyższy drab zdjął rożen i podał niskiemu, czterdziestu paro letniemu typowi. Kiedy ten oderwał sobie połowę,

"ochroniarz" zaczął jeść sam. Pozostałych 2ch musiało chyba poczekać na ogryzki.

Nie słyszałem o czym rozmawiali - nieludzkie krzyki i ciężkie sapanie na podwórku zagłuszały wszystko.

Sięgnąłem pod kolumnę kierowniczą, wymacując ukryte przełączniki. Wcisnąłem ten najbardziej z lewej,

rozłączając poduszki powietrzne. Później kolejny - rozpiąłem ABS. Teraz by tylko przeszkadzał.

Samochód ukryliśmy łamiąc jedną z podpór trzymających daszek - zarwał się do połowy.

Jego krawędź zawisła nad dachem auta, zasypując je jednocześnie sianem.

Kiepska kryjówka - przy dziennym świetle wszystko byłoby widać.

Teraz jednak palenisko przesunęliśmy w stronę stogów, zasłaniając je beczką. Nasze auto skrywał półcień.

Na sianie porozrzucaliśmy ubrania i konserwy - wydawało się jakby ktoś stąd uciekał w pośpiechu.

Spoglądałem co chwile na ogień - przygotowaliśmy również małą "niespodziankę". Która mogła się szybko obrócić przeciw nam.

Charczenie - na szczęście to nie Leszek, a te typy.

Więzienia były przepełnione, ogrzewania w Krakowie nie było kilka tygodni - i dobrze.

Bardzo dobrze - zatkane nosy - nie poczują zapachu.

Przekręciłem delikatnie kluczyk stacyjki - już dawno wyjąłem bezpieczniki odpowiadające za "pikanie" elektroniki.

Deska bez włączonych świateł nie miała podświetlenia.

Zerknąłem na temperaturę silnika - połowa - powinien zaskoczyć od razu.

Czekałem tylko na jednego typa - "ochroniarza". Gościu wciąż się wahał, czy dołączać do kumpli na podwórku,

czy zbierać rozsypane fanty. Wiedziałem, że muszę go załątwić - tylko u niego wypatrzyłem broń.

Jednocześnie musiałem trafić w palenisko i mocowanie drzwi. Inaczej nici z niespodzianki.

W końcu ruszył - chciwość, albo lojalność wobec szefa, zwyciężyły nad chucią.

Gdy tylko wskoczył na siano, przekręciłem stacyjkę.

Lewarek w dół - potrzebowałem dużo mocy.

- Trzymajcie się - krzyknąłem, samemu zapierając się o kierownicę.

Nissan Patrol Y60 wystrzelił jak z procy, rozsypując na boki siano.

Uderzyłem w beczkę i palenisko, spychając je na siano.

Polaliśmy je wcześniej benzynom i resztkami wódki.

Mimo mrozu - zadziałało - płomienie pochwyciły snopy nim dotarliśmy do drzwi.

Ich drewniana framuga pękła jak zapałka, rozsypując tysiące odłamków i drzazg.

Chwili później całe wejście zawaliło się, więżąc tych zasrańców.

Szarpiąc się z kierownicą, zacząłem szukać pozostałych więźniów

Zauważyłem ich błyskawicznie - dwóch było bliżej, podnosili się znad niruchoemj dziewczyne, trzeci wciąż leżący na innej.

Błyskawiczna reakcja - zapaliłem długie i szperacze Hell'a na dachu. Dorzuciłem im jeszcze przednie przeciwmgielne.

Dwóch typów znajdujących się bliżej zakryło oczy, unosząc jednak broń.

W tym momencie zgasiłem światła - to ich oszołomiło. I to dosłownie - zatoczyli się.

Bum - i tak właśnie zabiłem drugiego człowieka w życiu. Ułamek sekundy później podbiłem licznik do trzech.

Udało mi się ominąć leżącą na ziemi kobietę.

I już mnie tu nie ma ... Niestety, zaspa, w którą się władowałem miała inne plany.

33 calowe Nokiany zabuksowały...

Dźwignia maksymalnie do przodu - Park. Został tylko delikatny ruch w dół - wsteczny ...

- Zobaczę co z nią - Lew wyskoczył i pognał do kobiety, której o mało przed chwilą nie rozjechałem.

Cholera, faktycznie mógł pomyśleć, że to chce zrobić - że celowo się zatrzymuję.

Trudno, niech z nią zostanie ...

- Pomogę mu - Aśka wyskoczyła jeszcze szybciej.

Noż cholera !!!

Jej akurat nie zostawię - wiedziała o tym, cwaniara.

Przypomniałem sobie o ostatnim kolesiu.

Powinien być - tak dokładnie, jakieś 6 metrów z mojej lewej.

Podnosił się jeszcze znad dziewczyny - jakiejś młodej, paro nastoletniej smarkuli.

Unosił broń, próbując jednocześnie podciągnąć gacie.

Nie udało mu się - stracił równowagę i upadł przewracając w śnieg.

Pistolet poleciał tuż pod drzwi Nissana ...

W dwóch szybkich susach dopadłem do Glocka.

Gdy podniósł łeb, stałem dokładnie przed nim.

Prostacka morda, wodniste, tłuste ślepia. Patrzył się tępo w lufę swojej własnej broni.

Co mnie zatrzymało ?

Pamiętam dobrze - obojętność.

Obojętność, którą czułem - naprawdę, nie było we mnie ani gniewu, ani strachu.

Pociągnięcie za spust zdawało się tak samo normalne jak mycie zębów.

Typ rozwarł gębę, widząc jak ją wciskam bezpiecznik.

Nie zdążył nic powiedzieć - 2 muśnięcia cyngla.

I 4 trup na moim koncie...

- Pomocy !!! - gardłowy, ochrypły okrzyk. Wymieszany z upiornym wyciem, które zjeżyło mi kark.

To ochroniarz wyłamał kilka płonących desek.

Typ dysponował nie tylko potężnymi mięśniami - miał też niesamowitą wolę życia.

Naparł ponownie rozbijając kolbą Beryla kolejna deskę.

Podniosłem broń, mierząc w miotającą się sylwetkę.

Klik !

Metaliczne zgrzyt iglicy - w magazynku były tylko 2 z ośmiu nabojów.

Dopadłem do niego w kilku susach, wyrwałem karabin ze słabnącej, przypieczonej ręki.

Odraza - nie ze względu na jego na wpół spalone ciało. Nie dla tego, że skazałem go na okrutną śmierć.

Odraza do siebie samego - wrócił głód, zagłuszony przez adrenalinę.

Zapach pieczeni - co za różnica z jakiego mięsa ? Czy raczej z czyjego ?

Odskoczyłem, kiedy w szczelinie pojawiły się kolejne dłonie - na wpół spalone, z brakującymi palcami...

Wielkie cielsko "ochroniarza" blokowało im drogę ucieczki.

Zdawało się, że karabin również mnie parzy.

Spojrzałem na niego - to nie były omany. Drab rozwalił broń taranując drewniane ściany.

Resztę zrobiło gorąco.

Odrzuciłem zniszczoną broń i zmusiłem się by iść do tyłu. Wciąż jednak obserwowałem zablokowaną wyrwę.

Oprócz kikutów mogła pojawić się tam też lufa.

Podbiegłem najpierw do tych, których rozjechałem.

U jednego dubeltówka - nabita. Nie miał chyba dodatkowej amunicji.

Drugi miał magazynek - 9mm, tylko jeden nabój.

Zakląłem, podbiegając do starszej kobiety.

Lew i Seba próbowali ją reanimować.

- Przestańcie ! - krzyknąłem

Spojrzeli na mnie oszołomieni.

Trąciłem butem jej głowę - złamany kark, chyba nawet cały kręgosłup.

- Jezu, czy tamci ?

Wolałem nie wiedzieć, po długiej odsiadce, mogło być im wszystko jedno.

- Odjeżdżamy stąd ... Kurwa, gdzie dziewczyny ?

- Poszły do tej drugiej !

Magda obejmowała ją - 13, może 14 letnie dziecko.

Coś jej szeptała. Odedzwała się pierwszy raz od tygodnia.

Aśka stała obok - spuszczona głowa, na przemian zaciskała i rozluźniała pięści.

Chryste, jak bardzo chciałem ją objąć, przytulić ...

Zamiast tego zmieniłem magazynek w Glocku i wcisnąłem w jej drobną dłoń.

Spojrzenie wielkich, brązowych oczu.

- Jest tylko jeden nabój, schowaj, nie pokazuj nikomu.

Wiedziałem że umie strzelać. Sam ją nauczyłem.

Sobie raczej niczego nie zrobi - prędzej mi strzeli w plecy...

Odwróciłem się nie pewnie - Magda zabierała dziewczynkę do samochodu.

Było jasne, że dziewczyny nie pozwolą jej zostawić.

Przyjrzałem się w biegu Mercedesowi - praktycznie pusty, zero broni, czy radia.

Dziwne - wciąż miał wojskowe emblematy.

UAZ - tutaj trochę lepiej. Silnik benzynowy i pełen, 20 litrowy kanister.

Zarzuciłem go z trudem na "kurnik" Nissana - czyli bagażnik dachowy.

Zaczepiłem pasy - nie było luzów, powinien się utrzymać.

Nim ruszyliśmy dobiegł nas ryk silników.

Chodź stacje benzynowe były już puste - niektórzy zachowali jeszcze paliwo.

Próbowali teraz uciekać z płonącego miasta.

Nie wszyscy jechali obwodnicami i ekspresówkami.

Wielu wybrało boczne drogi - takie jak tak, przy której my teraz staliśmy.

Nie dziwcie mi się - wcale nie miałem ochoty ich spotkać ...

 

 

- To jakiś pierdolony Mad Max Winter Edition !?! - wydarł się Lew.

Musiał siedzieć na podłodze z tyłu w kucki - co chwilę walił w coś głową.

- Uważaj ! Z mojej - pisnęła Asia z fotela pasażera.

Rozpędzone BMW X5 uderzyło w nasz bok, próbując zepchnąć nas z drogi.

Jego impet zatrzymały wzmocnione progi.

O co im chodziło ? Nie miałem pojęcia !

Może napad, może chcieli wydostać się z obłąkanego korowodu aut mknących Zakopianką w jakiś boczny zjazd ?

- Walcie się ! - krzyknąłem dając po hamulcach.

Stalowe zderzaki Nissana rozorały przód ich maski.

Od razu - redukcja i gaz !

Rozprułem zderzakiem resztki ich błotnika i wyrwałem cały bok komory silnika.

Wystarczyło - w X5 odpalił się poduszki powietrzne.

Ślepi i oszołomieni nie mogli dalej jechać - odbili się jeszcze 2 razy jak piłka od progów i szarpnęli w prawo, wbijając się w barierkę.

Jeden za drugim uderzały w nich jadące z tyłu auta, formując kolejny karambol.

- Co za rzeźnie - sapnąłem.

Jechaliśmy w 7miro na 5 miejscach.

Uratowana dziewczynka, non stop ryczała - razem z nią Magda.

Chłopaki - kulili się w fotelach. Cóż - inżynierowie, pracownicy biurowi.

Nie przywykli do czegoś takiego.

Aśka jako tako się trzymała - dobrze że pogoniłem Lwa do tył na podłogę. Koleś był twardy - ale teraz non stop wymiotował.

Jakoś nie mieliśmy aviomarinu.

- Co się tutaj dzieje, kurwa ! - Lechu i Seba próbowali chyba zrozumieć sytuację.

Ja dałem sobie już spokój - po prostu jechałem do przodu, starając się nas nie zabić.

No i nie pozwolić na to innym - co chwile ktoś walił nas w tył, albo próbował zepchnąć.

Czemu, dla czego ? Dokąd w ogóle wszyscy jedziemy ?

- Nie mam pojęcia - odpowiedziałem im i sobie jednocześnie.

- Jak się zabijemy, nie dowiemy się ! - krzyknęła Aśka, wskazując na drogę: dostrzegłem to już wcześniej - A6 jadąca przed

nami złapała poślizg.

I tak nieźle sobie radzili - biorąc pod uwagę zalegający na drodze śnieg.

Odjąłem gaz, kiedy Audi przechyliło się na bok.

Zniosło ich do lewej - wyrżnęli w barierkę, na masce pojawiły się płomienie ...

Błyskawiczna reakcje - kierownica do oporu w prawo, jednocześnie kick down i dźwignia w dół.

Nissan wyminął ich dosłownie na centymetry.

Sekundę później feralne auto eksplodowało a 3 tonowym Patrolem targnęła fala uderzeniowa.

Szarpnięcie kierownicy - gdyby nie "małpi chwyt" - połamałoby mi kciuki.

Tak jedynie zdarło skórę z mięsem - do bielutkich kości.

Prowadziłem dalej - teraz na wpół oszołomiony...

Wszyscy w aucie krzyczeli, co dokładnie, nie wiedziałem - ogłuchłem.

Na drodze nie było lepiej - ludzie spychali się i taranowali, mknąć w szaleńczym pędzie.

W świetle halogenów dostrzegłem wzbijane na śniegu pióropusze.

Chryste Panie, ktoś strzelał !

Szarpnąłem pokrętło świateł - inne auta wystarczająco dobrze oświetlały drogę.

Uścisk za ramię - Aśka.

- Ktoś strzela - krzyknąłem nie słysząc własnego głosu.

Pokazałem jej ręką na drogę - fontanny śniegu i iskier z trafionych samochodów.

- Niżej w fotelach ! - kolejny "głuchy" krzyk.

Asię złapałem za głowę, i pchnąłem w dół fotela - inni powinni zrozumieć.

Jechaliśmy zaśnieżonym poboczem, co i róż ocierając się o barierkę.

Musiałem co jakiś czas pstryknąć światłami - było zbyt ciemno.

Musiało już zostać mało samochodów - albo, za naszym przykładem, zgasili światła.

Pstryk i przeciągły jęk w uszach - jakbym podłączył gitarę do wzmacniacza.

- Lesz... - słuch nie wrócił od razu, wszystko brzmiało jak przez watę.

- Co !?

- Trafili go !

- CO ?!, jak !?

- W głowę - nie wiedziałem nawet czyj to głos.

Aśka znowu szarpała mnie za ramię, wskazując drogę.

Przed nami na szycie wzgórza, którym wiła się droga, stała ... Barykada ?!

Było zbyt ciemno, żeby dostrzec.

Wystarczyły jednak widok srebrzystych i czerwonych nitek pocisków, biegnących z i do umocnień.

Sprawdziłem lusterka - błyskawicznie dostrzegłem czarne rysy wozów bojowych.

Po roku w Afganistanie poznam wszędzie te sylwetki - Rosomaki.

Stały na drodze, na przeciwległym wzgórzu.

Więc to tak - ostrzeliwali się, z blisko kilometra.

Na drogę i jadące nią auta spadały rykoszety i pudła.

- Cholera, walą przeciwpancerną ! - wydarłem się, próbując przekrzyczeć wrzask panujący w aucie.

Jak zaszczute zwierze zacząłem rozglądać się na lewo i prawo - nie mogliśmy dalej jechać!

Ani tu zostać - w samym środku krzyżowego ognia.

Kto z kim, dlaczego - to nie było ważne.

Dałem po hamulcach, kupując nam trochę czasu.

Jakieś skradające się za nami auto wyrżnęło w tylni zderzak, krzesząc iskry i rozrzucając odłamki aluminium i plastik.

Raczej dalej nie pojadą - pomyślałem obserwując turlającą się bo drodze chłodnice.

Odwróciłem się - Leszek. Trup - nie miał połowy twarzy. Kula wpadła z tyłu, przebijając stalowe drzwi i zagłówek fotela.

Próbowali go ratować.

- Niżej w fotelach, wciąż strzelają !

- Muszę zata ...

- Trup - nie dałem dokończyć Sebie - mózg mu wywaliło, chowajcie się !

Wróciłem do drogi, szukając jakiegokolwiek schronienia.

Pociski uderzały wszędzie - zbliżaliśmy się do stanowisk jednej ze stron.

Boom ! - eksplozja, jakieś 300 metrów przed nami.

Albo w coś trafili, albo ...

Kolejny grzmot - tym razem wystrzał - jakaś bateria samobieżna, albo tłuką się tutaj czołgi !

Światła wybuchów i wystrzałów rozświetlały drogę urywanymi, chaotycznymi impulsami.

Jak zabawa stroboskopem w klubie.

Zwolniłem jeszcze bardziej - i tak nie możemy podjeżdżać bliżej.

Znałem te okolice - zjechaliśmy już z zakopianki.

A miejsca, w których dostaje się 5000 PLN mandatu, zostają na długo w pamięci.

- Chryste ! ja nie chce tu być - przytępiony słuch nie pozwolił na rozróżnienie głosu, chyba któraś z dziewczyn.

Szarpnąłem centralny zamek, blokując drzwi.

- Spokój ! - wrzasnąłem

- Chcesz nas ...

- Zamknij się ! Szukam zjazdu !

Kolejny wybuch rozświetlił drogę.

Jak na zamówienie - przerwa w barierkach i droga w dół.

A dalej bagna i obszar "Natura 2000".

Dokładnie z lewej - zbyt blisko, żeby wyhamować.

- Łapcie się, czegokolwiek ! - wrzasnąłem wbijając hamulec w podłogę.

Skręt w lewo, do oporu !

Drugą ręką szarpie dźwignię napędów, rozłączając 4x4 - potrzebowałem teraz poślizgu !

Puściłem hamulec, bieg maksymalnie w dół, dłoń na ręczny.

Auto jechało bokiem, przechylając się - czułem jak koła z lewej odrywają się od ziemi i zaczynają podnosić.

Kierownica teraz w prawo, delikatnie, żeby tylko nie zrobić rolki !

I gaz, gaaz, GAAAZZZZ !!!

Pomogła nam jakaś sosna, rosnące tuż za zjazdem - Patrol odbił się od niego miękko i pognał w dół.

Szybko pstryknąłem światła - gęsty iglasty las ochronił przed kulami.

Kolejny poślizg - tym razem nie planowany.

Wajcha napędów lekko w dół, na środkową pozycję - z głośnym klikiem załącza się napęd na obie osie.

Droga wije się pochyloną serpentyną - gnamy nią coraz szybciej, poganiani przez grawitację.

Pierwszy bieg nie daje rady spowolnić auta - brakuje reduktora.

Przy tej prędkości nie mogę go załączyć.

Hamulce odpadają - pod kołami kopny śnieg i błoto, nie można stracić trakcji!

Odbijam na przemian w lewo i prawo, szorując bokami o gałęzie i konary.

Jest to jakiś sposób - trzymam się krawędzi. Uderzenia rysują karoserię, na szybach pojawiają się pajączki.

Ale zaczynamy zwalniać

- Zabijesz nas !!!

- Nie !!!

Albo jednak - szlaban !

Cholerny szlaban, z emblematem LP i Ministerstwa Środowiska.

No tak - rezerwat.

Wajcha w przód - na Park.

Jedno kliknięcie w dół - Wsteczny.

Jeszcze jedno - Neutralny.

Puszczam ją załączam reduktor, wciskając delikatnie gaz.

Napędy są rozpięte przez skrzynie rozpięte - może jakoś zaskoczy i nie zmieli napędu !

Muszę tylko dobrać obroty...

Szlaban rośnie w oczach - jest dokładnie na wysokości przedniej szyby.

Szybka dekapitacja ...

Wajcha znowu w dół - na "Drive"

Samochodem szarpie - bardziej niż na trasie, kiedy zderzaliśmy się z innymi autami.

Metaliczny zgrzyt z przekładni przypomina kwik zarzynanego zwierzęcia.

Ale udaje się - kolejne szarpnięcie !

Wajcha do samego dołu - pierwszy bieg.

Obrotościomierz leci na czerwone pole. Znowu szarpie - i zaczyna opadać.

Za jedną wskazówką, podąża druga - ZWALNIAMY !

Wciąż za mało - i tak mocno wyrżniemy.

Trzeba zrobić coś innego ...

Ostatnia chwila - odbijam w lewo, na mocowanie słupa.

Wciskam gaz ...

Drewno, może spróchniałe.

Wbijamy się w nie - mocno. Ale impet przejmuje 100 kilowy zderzak i rama.

Słupek kładzie się pod naporem rozpędzonej masy.

Szlaban wyrzuca do góry - wysoko nad naszym dachem.

Opony mielą resztki konstrukcji. Taranujemy jeszcze kilka młodych świerków i wracamy na leśną drogę.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania