De 18 Pępkiem Świata. Dzień Czwarty.

DZIEŃ CZWARTY

 

Marlena, Paulina, Magda, Julka i Francisko weszli na halę. Od razu coś było nie tak. Pusto.

Żadnych ludzi, żadnego ruchu, nawet szmeru rozmów czy brzęczenia maszyn. Tylko oni i… absolutna cisza. 

— Co jest, do cholery? — Paulina zatrzymała się i rozejrzała podejrzliwie. 

— Gdzie wszyscy? — zapytała Marlena, czując nieprzyjemne ciarki na plecach. 

Nie było krzeseł odsuniętych od stanowisk, kubków po kawie, śladów butów na posadzce. Jakby ktoś po prostu usunął ludzi, nie zostawiając po nich żadnego śladu. 

Magda zmrużyła oczy. Cisza była zbyt idealna.

Zwykle maszyny „śpiewały” swoją melodię – rytmiczny stukot narzędzi, buczenie transformatorów, ciche syczenie powietrza w sprężarkach. Ale teraz… 

Nic.

Zacisnęła dłonie w pięści. To było złe.

— To nie jest normalne — powiedziała cicho. 

Francisko instynktownie sięgnął do pasa, gdzie zwykle nosił broń. Nie miał jej, ale nawyki pozostały. 

Julka stanęła nieruchomo, a smok pod jej skórą poruszył się niespokojnie. Czuł coś.

— To jakaś pułapka — powiedziała z pewnością. 

— Tylko pytanie… czyja? — dodał ponuro Francisko. 

Zrobili kilka ostrożnych kroków naprzód, jakby bojąc się, że hala to tylko iluzja, a prawdziwe zagrożenie czai się w cieniu. 

I wtedy rozległ się pierwszy dźwięk. 

Metaliczne **trzask.

Ktoś tu był.

 

Hala była cicha, nienaturalnie pusta. Żadnych robotników, żadnego brzęku narzędzi, żadnego echa ich codziennej pracy. Piątka przyjaciół szła ostrożnie między rzędami stanowisk, ich kroki odbijały się echem od metalowych powierzchni. Coś było nie tak. Zbyt cicho. Zbyt pusto.

Na samym środku, tam, gdzie zwykle stały palety z częściami, znajdował się teraz groteskowy tron, stworzony z poplątanych kabli, przewodów i stalowych rurek. Wyglądał, jakby wyrósł z samej hali, jakby był jej integralną częścią. A na nim, nonszalancko założona noga na nogę, siedziała Ania.

Jej dłoń lekko błądziła po podłokietniku splecionym z kolorowych wiązek. Okulary zjechały jej lekko na nos, odsłaniając oczy, w których błyszczało coś niepokojącego – duma, władza, a może szaleństwo. Uśmiechnęła się, powoli i leniwie, jakby cała ta sytuacja była jedynie rozrywką.

— Klęknijcie — powiedziała cicho, ale jej głos niósł się po hali, odbijając echem. — Pokłońcie się. Przyznajcie, że jestem waszą królową i mnie wpuśćcie.

Marlena, Paulina, Magda, Julka i Francisko zatrzymali się. Każde z nich czuło dziwną falę napięcia, jakby coś w powietrzu się zmieniło. Przewody wokół Ani zdawały się poruszać, drgać jak żywe istoty, czekając na odpowiedź.

Paulina zmrużyła oczy i powoli zacisnęła pięści.

— Wpuścić? — powtórzyła, jej głos był twardy jak stal. — Gdzie niby?

Ania uśmiechnęła się szerzej.

— Do siebie. Do waszych umysłów. Do waszych serc. Nie walczcie z tym. — Jej głos był gładki, niemal melodyjny, jakby składał się z samych obietnic. — Opór jest daremny.

Magda przełknęła ślinę, a jej dłonie instynktownie zacisnęły się na słuchawkach wiszących na szyi. Coś w dźwiękach hali było inne. Coś, czego nie rozumiała. Jeszcze.

Julka prychnęła, a jej smok pod skórą poruszył się niespokojnie, szepcząc jej do ucha coś, czego nie mogła zrozumieć, ale wiedziała, że chodziło o krew.

Francisko nie powiedział nic. Ale jego ręka powoli zsunęła się w stronę pasa, gdzie zawsze miał ukryty nóż.

Marlena… Marlena czuła, jak coś w niej drży. Jak jej własna ciemność odpowiada na wołanie Ani.

Hala wstrzymała oddech.

 

— No więc? — Ania przekrzywiła głowę, bawiąc się przewodem, który niczym wąż owinął się wokół jej palców. — Ktoś mądry klęknie pierwszy, czy mamy się bawić?

Za ich plecami rozległ się nagły, synchroniczny krok. Cała piątka odwróciła się w tym samym momencie.

Z cienia wyłonili się pracownicy hali. Cała załoga. Ich twarze były puste, bez emocji, ich oczy – martwe. Poruszali się jak jedno ciało, jakby byli jedną istotą, jednym bytem pod kontrolą Ani.

— Widzicie? — Ania rozłożyła ramiona, jakby właśnie zaprezentowała im swoje najnowsze dzieło. — Niektórzy już zrozumieli. Teraz wasza kolej.

Paulina mimowolnie zrobiła krok w przód, gotowa do walki. Magda rozglądała się nerwowo, próbując wychwycić jakikolwiek dźwięk, który mógłby zdradzić słabość Ani.

Francisko nie odrywał wzroku od tłumu. Nie bał się ludzi. Bał się tego, co ich kontrolowało.

Julka oblizała wargi, a jej smok poruszył się pod skórą, rwąc się do ataku.

 

Marlena stała nieruchomo. W jej wnętrzu coś szeptało. Coś odpowiadało na pustkę w oczach pracowników. Zamknęła oczy i przemówiła do potwora w środku:

— Sama nie dam rady, jestem za słaba. Pomożesz?

Znajomy głos odezwał się w jej myślach, głęboki, silny, pełen dzikiej energii.

— Nie klękniemy, nie damy się złamać. Działamy razem. Rozwalmy tę bandę z tyłu.

Marlena zacisnęła pięści.

— Umowa stoi.

— Mów do mnie Marlej. Do dzieła.

Otworzyła oczy, a w jej spojrzeniu pojawił się błysk nieokiełznanej mocy.

— Ja się zajmę tą bandą z tyłu. Wy pokonajcie Anię.

Cała czwórka spojrzała na nią w szoku. Chcieli ją powstrzymać, ale Marlena już się odwracała. Jej ciało zaczęło się zmieniać. Skóra pociemniała, rozciągając się, jakby ledwo mogła pomieścić siłę buzującą pod jej powierzchnią. Paznokcie wydłużyły się, przybierając postać szponów, a oczy zalśniły złowrogim blaskiem.

Każdy mięsień w jej ciele napiął się, gotów do skoku.

— Sorki za kotłownię — rzuciła przez ramię, jej głos był niższy, zniekształcony, jakby należał już nie tylko do niej.

I rzuciła się w bój.

 

Magda wyciągnęła z kieszeni ostatniego skręta, jej palce drżały lekko z napięcia. Spojrzała na niego przez chwilę, po czym szepnęła do siebie

— Poszperajmy w przyszłości.

Przyłożyła papierosa do ust i zaciągnęła się głęboko. Dym wypełnił jej płuca, a ciepło rozeszło się po ciele. Zamknęła oczy, pozwalając, by znajome uczucie otworzyło drzwi do jej wewnętrznego świata.

W jej umyśle zaczęły pojawiać się dźwięki — początkowo ciche, ledwie słyszalne, niczym szept w oddali. Stopniowo narastały, tworząc melodię pełną harmonii i dysonansów. Obraz hali wokół niej zaczął falować, jakby rzeczywistość stała się płynnym lustrem. Kolory rozmazywały się, kształty traciły ostrość, a granice między tym, co realne, a tym, co wyobrażone, zacierały się.

Przed jej wewnętrznym okiem zaczęły formować się obrazy — fragmenty przyszłości, które były jednocześnie fascynujące i przerażające. Widziała siebie i swoich przyjaciół w sytuacjach, które wydawały się niemożliwe, a jednak czuła, że są one echem nadchodzących wydarzeń.

Nagle, wśród tych wizji, usłyszała w głowie stanowczy, głęboki głos:

— NIE.

Słowo to zabrzmiało jak grzmot, przerywając ciąg obrazów i dźwięków. Magda otworzyła oczy, gwałtownie wracając do rzeczywistości. Jej wzrok był zamglony, a oddech przyspieszony. Rozejrzała się, próbując zorientować się w sytuacji, po czym jej spojrzenie padło na Paulinę.

Z trudem zebrała siły, by wypowiedzieć słowa, które wydawały się teraz najważniejsze:

— Nie daj się.

Jej głos był cichy, ale pełen determinacji. Wiedziała, że to ostrzeżenie może okazać się kluczowe w nadchodzących chwilach.

 

Paulina, widząc, jak Magda osuwa się na ziemię, poczuła, jak fala gniewu zalewa jej umysł. Jej oczy zapłonęły determinacją, a serce przyspieszyło rytm. Zacisnęła pięści, a jej głos, pełen furii, rozbrzmiał echem w pustej hali:

— Ja... nie... przegrywam...

Każde słowo było jak uderzenie młota, podkreślając jej niezłomną wolę walki. Ruszyła powoli w stronę Ani, jej kroki były ciężkie, ale pewne, jakby każdy z nich wbijał się głęboko w metalową podłogę.

Nagle, z cienia za jej plecami, wyłonili się trzej rosli mężczyźni. Ich twarze były pozbawione emocji, oczy puste, jakby byli marionetkami sterowanymi niewidzialnymi nićmi. Bez ostrzeżenia rzucili się na Paulinę, ich pięści i kopnięcia spadały na nią z brutalną siłą.

Paulina zgięła się pod naporem ciosów, ale jej duch nie został złamany. Z wrzaskiem pełnym bólu i determinacji uniosła nogę i wymierzyła potężne kopnięcie w krocze jednego z napastników. Mężczyzna z jękiem osunął się na kolana, twarz wykrzywiona w agonii.

Obracając się gwałtownie, Paulina dostrzegła drugiego napastnika tuż obok siebie. Zanim zdążyła zareagować, poczuła przeszywający ból w brzuchu, gdy jego pięść wbiła się w jej ciało. Powietrze uszło z jej płuc, a świat zawirował przed oczami. Zrobiła kilka chwiejnych kroków do tyłu, jej nogi odmówiły posłuszeństwa, aż w końcu upadła na kolana.

Jej oddech był płytki, a wzrok zamglony. Spojrzała w górę, w stronę Ani siedzącej na tronie z kabli, której uśmiech pełen satysfakcji zdawał się wbijać kolejne sztylety w serce Pauliny. Z trudem uniosła drżącą rękę, jakby chciała sięgnąć po ostatnią iskierkę nadziei.

— A więc tak to się kończy... — wyszeptała, jej głos ledwie słyszalny, tonący w otaczającej ją ciemności.

Jej powieki stały się ciężkie, a ciało osuwało się bezwładnie na zimną podłogę hali.

 

Julka, widząc, jak Paulina osuwa się na ziemię, poczuła, jak w jej wnętrzu narasta fala gniewu. Bez chwili wahania rzuciła się w stronę napastników, jej ruchy były szybkie i precyzyjne. Wykorzystując swoje umiejętności, z łatwością powaliła pierwszego z nich potężnym ciosem w szczękę, który sprawił, że mężczyzna upadł nieprzytomny na ziemię.

Drugi napastnik, widząc, co się dzieje, próbował zaatakować od tyłu, ale Julka przewidziała jego ruch. Zrobiła szybki unik, chwytając go za ramię i wykorzystując jego własny impet, przerzuciła go przez biodro. Mężczyzna z impetem uderzył o podłogę, tracąc przytomność.

Trzeci z agresorów cofnął się o krok, zaskoczony sprawnością Julki. Jej oczy płonęły determinacją, a pod bluzką czuła, jak smok, jej wewnętrzna siła, budzi się do życia, gotów do uwolnienia. Julka wiedziała, że musi zapanować nad tą mocą, by nie stracić kontroli.

Skupiła się, biorąc głęboki oddech, i spojrzała prosto w oczy ostatniego napastnika. Jej pewność siebie i opanowanie sprawiły, że mężczyzna zawahał się, po czym, nie chcąc ryzykować, odwrócił się i uciekł w głąb hali.

Julka podbiegła do Pauliny, klękając obok niej. Delikatnie podniosła jej głowę, sprawdzając, czy przyjaciółka jest przytomna. Paulina otworzyła oczy, a na jej twarzy pojawił się słaby uśmiech.

— Dzięki, Julka... Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć.

Julka odwzajemniła uśmiech, pomagając Paulinie usiąść.

— Zawsze. Teraz musimy się skupić na Ani. Razem damy radę.

Obie spojrzały w stronę Ani, która wciąż siedziała na tronie z kabli, obserwując je z wyrazem rozbawienia na twarzy. Julka poczuła, jak smok pod jej skórą znowu się porusza, gotów do walki.

— Czas zakończyć tę grę — powiedziała Julka, pomagając Paulinie wstać.

 

Ania, siedząc na swoim tronie z kabli i przewodów, uniosła rękę w górę, a z jej wnętrza wystrzeliła świetlista wiązka energii, mknąca prosto w kierunku Julki. Julka dostrzegła błysk w ostatniej chwili, lecz nie miała już czasu na reakcję.

Nagle rozległ się krzyk:

— Julka, uważaj!

To był Francisko. Bez chwili wahania rzucił się między nią a nadlatującą wiązkę. Energia uderzyła go z pełną mocą, zatrzymując się na jego ciele.

Przez moment stał nieruchomo, jakby czas się zatrzymał. Cienka strużka krwi spłynęła z kącika jego ust. Jego nogi ugięły się, upadł na kolana, a wzrok skierował na Julkę.

— Dług spłacony? — wyszeptał z trudem, zanim jego ciało osunęło się na zimną podłogę hali.

 

Julka spojrzała na leżącego u jej stóp Franciska. Wściekłość zaczęła w niej narastać, pulsującym rytmem rozchodząc się po całym ciele. Jej oczy zwęziły się, a dłonie zacisnęły w pięści tak mocno, że knykcie zbielały.

— Nie miałaś prawa go tknąć! — wrzasnęła, jej głos odbił się echem od ścian hali.

— On jest mój!

 

Ania zaśmiała się szyderczo, jej oczy błyszczały triumfem.

— Więc wszyscy zginiecie. Taki wasz wybór. — Jej głos był zimny, pełen pogardy. — Daję ci, Julka, ostatnią szansę. Uklęknij i wpuść mnie.

Julka stała nieruchomo, jej serce biło jak szalone. Spojrzała na leżącego u jej stóp Franciska, którego poświęcenie ocaliło jej życie. Czuła, jak w jej wnętrzu narasta gniew, a smok pod skórą poruszał się niespokojnie, gotów do uwolnienia.

Ania uniosła brew, oczekując odpowiedzi.

— No, klękaj, Julka. Pokaż, że potrafisz podjąć właściwą decyzję.

Julka zacisnęła pięści, jej oczy płonęły determinacją.

— Nigdy. — Jej głos był cichy, ale pełen mocy. — Nigdy cię nie wpuszczę.

Ania zmrużyła oczy, jej uśmiech zniknął.

— W takim razie... — zaczęła, ale nie zdążyła dokończyć.

Julka poczuła, jak smok w jej wnętrzu wyrywa się na wolność. Jej ciało zaczęło emanować ciepłem, a oczy zalśniły złotym blaskiem.

— To ty powinnaś się bać, Aniu. — Jej głos brzmiał inaczej, jakby mówiły przez nią dwie istoty jednocześnie. — Bo teraz to my przejmujemy kontrolę.

Ania cofnęła się o krok, zaskoczona nagłą zmianą.

— Co... co ty robisz? — zapytała, tracąc pewność siebie.

Julka uśmiechnęła się, a wokół niej zaczęła wirować energia.

— Pokazuję ci, że nie jesteś jedyną, która ma w sobie moc.

Hala zadrżała od nagromadzonej energii, a walka miała się dopiero rozpocząć.

 

Julka poczuła, jak w jej wnętrzu narasta fala gorąca, pulsująca w rytmie przyspieszonego serca. Wściekłość i determinacja splatały się, budząc uśpioną dotąd moc. Jej skóra zaczęła promieniować subtelnym, złotym blaskiem, a oczy zalśniły intensywnym światłem.

Nagle z jej pleców wyrwały się eteryczne skrzydła, lśniące w półmroku hali. Smocza energia, dotąd skrywana, eksplodowała z niej w postaci majestatycznego, półprzezroczystego smoka, który uniósł się nad nią, wypełniając przestrzeń potężną obecnością.

Ania cofnęła się o krok, zaskoczona i zaniepokojona.

— To niemożliwe... — wyszeptała, patrząc na manifestację mocy Julki.

Julka uniosła wzrok, jej spojrzenie było teraz przenikliwe i pełne determinacji.

— Teraz zobaczysz, co to znaczy prawdziwa siła — powiedziała cicho, ale jej głos niósł się echem po hali.

Smok nad nią ryknął donośnie, a jego oczy skupiły się na Ani, zwiastując nadchodzącą konfrontację.

 

Ania, choć zaskoczona, szybko odzyskała rezon. Jej oczy zwęziły się, a usta wykrzywił drwiący uśmiech.

— Myślisz, że twój smok mnie przestraszy? — syknęła, unosząc dłonie, z których zaczęła emanować ciemna energia.

Julka nie odpowiedziała słowami. Zamiast tego, smok nad nią uniósł się wyżej, jego skrzydła rozpostarły się szeroko, rzucając cień na całą halę. Z jego gardła wydobył się niski, wibrujący pomruk, który sprawił, że powietrze zadrżało.

Ania rzuciła w stronę smoka kulę ciemnej energii, która z sykiem przecięła powietrze. Smok z gracją uniknął ataku, a następnie odpowiedział potężnym podmuchem ognia, który rozświetlił mroki hali. Ania z trudem uskoczyła na bok, jej twarz wykrzywił grymas złości.

Julka poczuła, jak moc smoka przepływa przez jej ciało, wzmacniając ją. Z każdym oddechem czuła się coraz silniejsza, bardziej pewna siebie.

— To koniec, Aniu — powiedziała stanowczo. — Nie masz szans.

Ania, choć zdeterminowana, zaczęła dostrzegać swoją przewagę. Jej ataki stawały się coraz bardziej chaotyczne, a obrona słabła.

Smok, wyczuwając moment słabości przeciwniczki, zanurkował w jej stronę, jego oczy płonęły złotym blaskiem. Ania próbowała się bronić, ale było już za późno. Smok owionął ją swoim ciepłym oddechem, a Julka podeszła bliżej.

— To koniec — powtórzyła cicho, patrząc Ani prosto w oczy.

Ania opuściła ręce, jej ciało zwiotczało. Wiedziała, że przegrała.

Julka odwróciła się do swoich przyjaciół, którzy z podziwem patrzyli na nią i smoka.

— Wszystko w porządku? — zapytała, a oni skinęli głowami.

Smok uniósł się wyżej, a następnie zniknął, pozostawiając po sobie jedynie ciepły powiew wiatru.

Julka uśmiechnęła się lekko, wiedząc, że razem pokonali zło.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania