De 18 Pępkiem Świata. Dzień Drugi
Dzień drugi
Hala „De 18" budziła się do życia. Maszyny zaczęły swoje poranne śpiewy - cichy, miarowy rytm, który powoli narastał, niczym orkiestra strojąca instrumenty przed koncertem. Brama otworzyła się z ciężkim jękiem, wpuszczając pierwszych pracowników.
Magda weszła jako jedna z pierwszych, jak zwykle z słuchawkami na uszach. Muzyka mieszała się z dźwiękami hali, tworząc w jej głowie coś, co przypominało mistyczny pejzaż dźwiękowy. Nie była jeszcze na haju - na to przyjdzie czas później - ale i tak czuła wibracje miejsca. Wdech, wydech. Dziś coś było inaczej. Hala brzmiała... nieharmonijnie.
Paulina pojawiła się chwilę później. Włosy spięte ciasno, twarz bez wyrazu. Przywitała się krótkim skinieniem głowy. W myślach wciąż analizowała to, co wczoraj powiedziała jej Magda - o „porażce". Nie lubiła takich słów. Nie było czegoś takiego jak porażka. Były tylko błędy do naprawienia.
Francisko wszedł bocznym wejściem, jak zawsze, rozglądając się uważnie. Po wczorajszej obserwacji Anii czuł, że musi być ostrożniejszy. Widział, jak kamery podążały za jej ruchami. Ktoś tu coś kombinował.
Julka, jak zwykle, spóźniona o pięć minut, przeszła przez halę, ignorując wszystkich. W jej oczach płonęło coś więcej niż zwykła irytacja.
A Ania? Ania już była na miejscu. Siedziała przy swoim stanowisku, idealnie na czas, z tą samą nienaganną postawą. Jakby noc nie istniała. Jakby nic się nie wydarzyło.
Hala żyła własnym rytmem. Brzęczenie narzędzi, szum wentylacji, kroki pracowników - wszystko tworzyło znajomą melodię pracy. Magda zawsze słuchała tej symfonii. Ale dziś... coś było nie tak.
Dźwięki nie układały się w znany jej wzór. Były jakieś... nierówne. Jak fałszywa nuta w ulubionym kawałku. Spojrzała na Paulinę, która rozmawiała z Julką. Nic nie zauważyła?
W tym samym momencie pracownik przy stanowisku obok nagle zastygł. Stał tak kilka sekund, jakby się zawiesił. Potem potrząsnął głową i pracował dalej, jakby nic się nie stało.
- Widziałeś to? - Magda szturchnęła Franciska.
- Co niby? - zapytał, nawet nie patrząc.
- On... - zaczęła, ale w tym momencie inny pracownik zmienił miejsce, jakby zapomniał, gdzie ma być.
Francisko dopiero teraz spojrzał uważnie. Coś było dziwnego w ruchach ludzi. Może to zmęczenie? Może mu się wydaje?
Ania przechodziła przez halę, powoli, z naturalnym uśmiechem. Przy każdej osobie, którą mijała, jej okulary błysnęły delikatnym światłem. Z każdym krokiem przybywało jej „wiernych".
Strażnik, który zwykle nie zwracał na nią uwagi, wstał, kiedy przechodziła obok. Niby czegoś szukał, ale Julka dostrzegła, jak zerknął na Anię i delikatnie skinął głową.
- Coś ci nie pasuje? - zapytała Marlena, podążając za jej spojrzeniem.
- Sama nie wiem... - mruknęła Julka.
Potwór w Marlenie poruszył się niespokojnie. „Widzisz to? Ona przejmuje teren."
„Zamknij się."
„Mogę ci pomóc, tylko mnie wypuść."
„Nie teraz."
Czuła pulsowanie w skroniach. Czy tylko ona miała wrażenie, że coś tu śmierdzi?
Paulina była nabuzowana po rozmowie z Magdą. Słowa o przegranej nie dawały jej spokoju. Ale zamiast wybuchnąć, skupiła się na pracy. Dłoń zaciskała się mocniej na narzędziu niż zwykle.
Julka znów zerknęła na Franciska. Wciąż unikał kamer, jakby ktoś go obserwował. Czyżby się czegoś bał?
Hala „De 18" żyła własnym rytmem - stukot narzędzi, warkot maszyn i odległe pokrzykiwania liderów tworzyły specyficzną symfonię pracy. Jednak teraz był moment oddechu - przerwa.
Magda i Paulina siedziały przy stoliku w stołówce. Obie miały zmęczone twarze, ale tylko Magda wyglądała, jakby była z tym pogodzona. Paulina natomiast wyglądała, jakby jej organizm toczył wewnętrzną wojnę między chęcią odpoczynku a potrzebą walki z kimś dla sportu.
Magda zamieszała plastikową łyżką w kubku z kawą.
- Ja nie przegrywam. - Paulina nagle wyrzuciła z siebie to zdanie, wbijając wzrok w dal, jakby to była mantra, która miała moc zmiany rzeczywistości.
Magda uniosła brwi i upiła łyk kawy.
- No to nie graj w lotto. Bo przegrasz.
Paulina zmrużyła oczy.
- Mówię poważnie.
- Ja też. - Magda wzruszyła ramionami. - Statystyka nie kłamie.
Paulina zacisnęła usta.
- Nie chodzi mi o pierdolone lotto, tylko o walkę. Ja. Nie. Przegrywam.
Magda przyjrzała jej się uważnie, po czym uśmiechnęła się kącikiem ust.
- Dobra, to przetestujmy.
- Co?
Magda sięgnęła do kieszeni, wyciągnęła monetę i rzuciła ją na stół.
- Orzeł czy reszka?
Paulina spojrzała na nią jak na idiotkę.
- Nie będę zgadywać pieprzonej monety.
- Bo wiesz, że przegrasz.
- Nie o to chodzi...
Magda z powagą pokiwała głową.
- Jasne, jasne. Nie przegrywasz, ale jednak boisz się monety. Rozumiem.
Paulina przewróciła oczami, ale po chwili jej twarz spoważniała.
- A co, jeśli naprawdę przegram?
Magda sięgnęła po kubek z kawą i oparła się wygodnie.
- To się wtedy napijesz, zjesz coś słodkiego i będziesz żyć dalej.
- No chyba nie bardzo, skoro Magda „Pieprzona-Wizjonerka" zobaczyła moją porażkę.
Magda spojrzała na nią spod przymrużonych powiek.
- Może źle to nazwałam. Może to nie porażka, tylko... nowa sytuacja, w której jeszcze nie byłaś.
Paulina milczała chwilę, patrząc na swoją pięść, jakby szukała w niej odpowiedzi.
- No to muszę ją rozjebać.
- No tak. - Magda uśmiechnęła się lekko. - Tylko może najpierw zjedz kanapkę, bo jak nie, to twoją pierwszą porażką będzie padnięcie na ryj z głodu.
Paulina spojrzała na swoją nietkniętą kanapkę i westchnęła.
- Pieprzona statystyka.
- Mówiłam.
Obie zaśmiały się cicho, wracając na chwilę do normalności, zanim znowu wciągnie je szaleństwo hali „De 18".
Stołówka hali była jak zwykle pełna hałasu, ale przy jednym stole panowała niezwykła cisza. Brygada Ani siedziała skupiona, zapatrzona w nią, jakby właśnie miała im wyjawić sekret wszechświata.
Ania przeciągnęła dramatycznie pauzę, delektując się chwilą.
- Słuchajcie... - zaczęła, pochylając się lekko nad stołem. - Co mówi przewód do kabla?
Grzesiek wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami, jakby każde jej słowo było objawieniem.
- No co? - wychrypiał Jacek, jakby czekał na najważniejszą informację w swoim życiu.
- „Trzymaj się, stary, bo nas rozłączą."
Przez ułamek sekundy zapadła cisza.
A potem - eksplozja śmiechu.
Grzesiek walnął pięścią w stół, aż tacka podskoczyła. Jacek odchylił się na krześle, zaśmiewając się tak, że prawie się przewrócił. Ktoś z drugiego końca stołu aż zakrztusił się herbatą.
- O ja pierdolę, Ania! - krztusił się Grzesiek. - To było... to było...
- GENIALNE! - Jacek otarł łzy. - Jak ty to robisz?!
Ania uśmiechnęła się triumfalnie.
- Talent.
- Opowiedz jeszcze jeden! - ktoś zawołał.
- No dobra... - Ania znowu zrobiła dramatyczną pauzę. - Co mówi elektryk po randce?
Brygada znów wstrzymała oddech.
- „Była iskra, ale coś nie styka."
I znowu - wybuch śmiechu. Ludzie przy sąsiednich stolikach zaczęli się oglądać, zastanawiając się, co tak bawi ekipę.
- Ania, przysięgam, powinnaś występować na scenie! - krzyczał Jacek, ocierając łzy.
- A ja ci mówię, że kiedyś ci postawią pomnik - dodał Grzesiek, łapiąc oddech.
Ania tylko wzruszyła ramionami i sięgnęła po swoją herbatę.
Dobrze było być królową stołówki.
Ania siedziała przy stole, nie ruszając się, nie reagując na żadną z ich reakcji. Czuła, jak każdy z jej dowcipów wpada w ich umysły, jak wchodzi głęboko, zastępując ich myśli. Nikt nie widział, co działo się pod powierzchnią. Nikt nie zauważył, że to nie tylko humor ją napędza. To była moc. Prawdziwa moc.
Zawsze słuchają mnie.
Każdy śmiech był jak echo jej woli. Każde ich spojrzenie, każda reakcja była zgodna z jej planem. Ania mogła teraz wszystko - miała ich w garści. Z każdą chwilą coraz głębiej ich kontrolowała, coraz pewniej trzymała w swojej mocy.
Byli jej.
To nie jest zabawa, to jest dominacja.
Wiedziała, że potrafi nimi manipulować, ale to było coś więcej. To była potrzeba. Potrzeba bycia w centrum, potrzeba rządzenia. Czuła, jak ich umysły zaczynają reagować na jej gesty, na jej słowa, jakby były w transie. To nie była kwestia dowcipów - to była kwestia kontroli. I wiedziała, że teraz mają ją, i to bezwarunkowo.
Oni nie widzą, jak bardzo mnie potrzebują.
Każdy śmiech, każda reakcja była jak kolejne potwierdzenie jej władzy. W ich oczach była bogiem. To, co mówiła, było prawdą. Śmiali się, bo musieli. Bo każdy jej ruch powodował, że nie mogli zrobić nic innego.
Ania zamknęła oczy na moment, pozwalając sobie na cichą satysfakcję. W jej umyśle zaczęły rozbrzmiewać echa śmiechu, ale były to jej myśli. Upiorny śmiech, jakby śmiała się sama ze siebie, widząc, jak z łatwością może nimi manipulować.
Poddają się, bo chcą.
Byli słabi. Byli bezbronni przed jej siłą. Tylko ona miała klucz do ich reakcji, do ich najgłębszych instynktów. Była władzą, która nie potrzebowała siły fizycznej, by rządzić.
A oni, wszyscy wokół niej, patrzyli na nią z podziwem, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo zostali już złapani w jej sieć. Każdy ich śmiech, każde spojrzenie tylko ją wzmacniały.
I nigdy nie uciekną.
Z jej ust padł kolejny żart, a oni znów wybuchli śmiechem. Tym razem śmiali się, bo wiedzieli, że tak należy. Czuła ich umysły, ich emocje, jak wędrują za nią. Była ich liderką. A oni byli jej poddanymi.
Kontroluję ich. I nie ma ucieczki.
Przerwa
Marlena czuje nadchodzącego potwór. Wyszła z hali szukając cichego i spokojnego miejsca. W kotłowni panowała cisza.
Marlena stała pośrodku ciemnego pomieszczenia, otoczona rurami, zbiornikami i plątaniną przewodów. Jej oddech był płytki, dłonie drżały. Wiedziała, co nadchodzi.
- Nie dzisiaj - wyszeptała do siebie.
Ale on już tu był.
Najpierw pojawiło się uczucie napięcia w karku. Potem dreszcz, który rozlał się po plecach, jakby coś skrobało ją od wewnątrz. Zacisnęła pięści.
- Wynocha - warknęła.
Potwór zaśmiał się w jej głowie.
„To ty mnie stworzyłaś."
Nie odpowiedziała. Nie chciała wchodzić z nim w dialog. Wiedziała, że to go wzmacnia. Ale on nie zamierzał odejść.
Najpierw pojawiły się obrazy. Krew. Ostre pazury rozrywające skórę. Krzyk, który wciąż dźwięczał jej w uszach, choć nie była pewna, czy to wspomnienie, czy tylko wizja.
Marlena zacisnęła zęby.
- Nie.
Cień przemknął w jej świadomości. Czuła go w sobie. Czuła, jak jej mięśnie zaczynają drgać, jak wypełnia ją surowa, dzika siła.
- Nie pozwolę ci.
Ale jej ciało już nie słuchało.
Palce same się zacisnęły, stawy trzasnęły ostrzegawczo. Potwór w niej poruszył się, czując, że opór słabnie.
„Puść mnie wolno. Będzie łatwiej."
- Nie.
Ale ciepło rozlewało się po jej ciele. Serce waliło jak oszalałe. Adrenalina uderzyła jej do głowy.
A potem - straciła kontrolę.
Pierwsze pękło lustro na szafce. Marlena nawet go nie dotknęła, ale sama jej obecność była jak wstrząs, który rozchodził się po pomieszczeniu.
Potem poszły rury. Stal wygięła się pod naciskiem jej dłoni, jakby była z plasteliny. Coś w niej ryknęło triumfalnie, a ona poczuła przypływ siły tak potężny, że aż ją zatkało.
- PRZESTAŃ! - wrzasnęła, próbując powstrzymać własne ciało.
Ale potwór nie słuchał.
Kotłownia zatrzęsła się, kiedy rzuciła metalową skrzynkę w ścianę. Rozsypały się narzędzia, iskry zatańczyły w powietrzu. Rury syczały, para buchnęła w górę.
Oddychała ciężko, próbując odzyskać kontrolę.
„Jestem tobą. Ty jesteś mną."
Nie. Nie była.
- JESTEM SOBĄ! - ryknęła i z całą siłą rzuciła pięścią w stalową ścianę.
Metal wgniótł się jak papier. Potwór zawył.
Coś pękło. Może w niej, może na zewnątrz.
Marlena opadła na kolana, drżąc. Wciąż czuła go pod skórą, ale udało jej się go odepchnąć. Na razie.
Rozejrzała się.
Zniszczone rury. Rozwalone skrzynki. Połamane narzędzia. Kotłownia wyglądała jak po eksplozji.
Przełknęła ślinę.
Nie mogła dłużej udawać, że panuje nad tym, co w niej siedzi.
Nie mogła dłużej udawać, że jest tylko zwykłą pracownicą hali „De 18".
Francisko poruszał się cicho, jak cień. Korytarz prowadzący do sterowni był pusty - dokładnie tak, jak tego oczekiwał. Wślizgnął się do środka i zamknął drzwi bezgłośnie.
Monitory migotały w półmroku, rzucając zimne światło na jego twarz. Kilkanaście ekranów pokazywało różne części hali De 18. Pracownicy, maszyny, korytarze... i Ania. Francisko skupił się na niej.
„Kamery reagują na jej gesty..." - pomyślał, analizując ruchy jej rąk i subtelne zmiany w kadrze.
Szukał wzoru, czegoś, co dałoby mu punkt zaczepienia. Kto steruje systemem? Jak działa ta kontrola? Czuł, że brakuje mu jednego elementu układanki.
I wtedy poczuł to.
Nie dźwięk. Nie cień. Instynkt.
Odwrócił się błyskawicznie - i zatrzymał w pół ruchu.
Julka stała w progu. W dłoni trzymała katanę.
- Wiedziałam, że cię tu znajdę - powiedziała cicho.
Francisko nie zmienił wyrazu twarzy. Jego spojrzenie przesunęło się po ostrzu, potem po jej dłoniach. Nie była spięta - to znaczyło, że przyszła tu pewna siebie.
Czego chcesz? - spytał, choć odpowiedź była oczywista.
Julka uśmiechnęła się lekko, ale w jej oczach nie było cienia rozbawienia.
- Zemsty.
Francisko milczał.
- Myślisz, że się ukryłeś? - kontynuowała. - Że nikt cię nie znajdzie, bo pracujesz przy kablach jak zwykły człowiek? To nie takie proste.
Zrobiła krok do przodu, a klinga katany zalśniła w świetle monitorów.
- Mój brat nie miał szans. - Jej głos stał się twardszy. - Nie miał żadnej kontroli nad tym, co się stało. Zginął pod kołami samochodu twojego ojca.
Francisko w końcu się odezwał, ale jego ton był lodowaty:
- To był wypadek.
Julka zaśmiała się krótko, ostro.
- Nie obchodzi mnie, co to było. Liczy się tylko jedno: mój brat nie żyje. A ja jestem tutaj, żeby wyrównać rachunki.
Zrobiła kolejny krok.
Francisko nie sięgnął po broń. Nie miał jej przy sobie - nie na hali. Ale nie był bezbronny.
- I co teraz? Zabijesz mnie tu i teraz? - spytał spokojnie.
- Mogłabym - odpowiedziała. - Ale nie.
Jej uśmiech był drapieżny.
- Najpierw ci to pokażę. Chcę, żebyś poczuł to, co ja. Żebyś wiedział, że nie ma dla ciebie ucieczki.
Francisko patrzył jej prosto w oczy.
Julka cofnęła się powoli do drzwi.
- Będę blisko, Francisko. - Przesunęła palcem po ostrzu katany. - I nigdy nie będziesz wiedział, kiedy zaatakuję.
Zniknęła w mroku korytarza.
Francisko pozostał w sterowni.
Po raz pierwszy od dawna poczuł chłód na karku.
Po przerwie wszyscy wracali na stanowiska. Maszyny budziły się do życia, wypełniając halę znajomym rytmem. Dźwięki pracujących narzędzi i narastający szum rozmów tworzyły nową symfonię.
Ale dziś coś było inaczej.
Każdy z nich, nieświadomie, nucił swoją własną melodię.
Magda, zanurzona w swojej rutynie, słyszała muzykę maszyn, ale tym razem coś w niej brzęczało fałszywą nutą. Nie mogła tego zignorować. Palce, automatycznie splatające przewody, zaczęły poruszać się w rytm basowej linii, którą podświadomie nuciła pod nosem:
- Bum, bum, tik-tik, bum...
Zatrzymała się na chwilę. Zmarszczyła brwi. Dźwięk maszyn zmieniał się. Czy to ona śpiewała do rytmu hali, czy to hala dostrajała się do niej?
Paulina tłumiła irytację, ale w jej głowie dudnił znajomy motyw - coś pomiędzy starym rockowym kawałkiem a bojowym marszem. Mięśnie same pracowały, ściągając wiązki i układając je na stanowisku, a w jej głowie brzmiało:
- Raz, dwa, trzy, uderz... Raz, dwa, trzy, nie pękaj...
Każdy ruch był jak cios. Każde napięcie mięśni miało swój rytm.
Julka, wciągając kolejną wiązkę, nuciła pod nosem coś miękkiego, niemal szeptanego. Było w tym napięcie, jak w szepcie zabójcy przed uderzeniem:
- Cicho, cicho, nadchodzi noc...
Patrzyła na Franciska. Nie odwracał się. Jeszcze.
Francisko słyszał muzykę w metalu i kablach, w stukocie narzędzi, w buczeniu transformatorów. Ale pod tym wszystkim było coś jeszcze. Coś niepasującego.
Bezmyślnie przesuwał palcami po kablu, mrucząc pod nosem:
- Znajdź wzór, znajdź drogę, nie daj się złapać...
Wzór. Wszystko miało jakiś wzór.
Marlena trzymała potwora na smyczy. Ale on śpiewał.
- Złamać, rozerwać, poczuć krew...
Potrząsnęła głową i przygryzła wargę, starając się skupić na pracy. Nie teraz. Nie tutaj.
Maszyny śpiewały. Ludzie śpiewali.
Nieświadomie dostrajali się do rytmu, który ktoś - lub coś - zaczęło wygrywać w ich głowach
Metalowe schody wiodące z szatni na parter były jedyną drogą wyjścia z budynku. Tego dnia wszyscy schodzili nimi niemal jednocześnie. Śmiechy, rozmowy, przeciągłe westchnienia zmęczonych pracowników mieszały się w jeden hałas.
Francisko zsunął czapkę głębiej na czoło i unikał kontaktu wzrokowego, ale wtedy... ją zobaczył.
Julka.
Stała kilka stopni wyżej, nonszalancko opierając dłoń o poręcz. Na jej twarzy błąkał się lekki, ledwo zauważalny uśmiech - ten rodzaj uśmiechu, który mówił: Wiem, że patrzysz. Wiem, że się boisz.
Francisko poczuł znajome napięcie w mięśniach, instynkt każe mu być gotowym do walki lub ucieczki. Nie odwrócił wzroku, nie mógł. Julka nie spuszczała go z oczu, jak kot patrzący na mysz, która jeszcze nie wie, że jest już w potrzasku.
Kilka stopni niżej Paulina szła szybkim krokiem, niemal się przeciskając. Miała ochotę już być na zewnątrz, przewietrzyć głowę, walnąć w worek albo kogoś, byle rozładować frustrację. Niewidzialny ciężar, który nosiła od rozmowy z Magdą, wbijał jej się w kark jak imadło.
Magda schodziła wolniej. Słuchała. Ale hala już nie śpiewała jak kiedyś. Dźwięki były dziwne, niepasujące. Było coś... fałszywego w tej melodii. Jakby jakiś obcy instrument wślizgnął się do orkiestry i próbował nadawać ton. Coś było nie tak, a ona nie potrafiła tego nazwać.
- Ej, a słyszałaś, co ta Kaśka zrobiła w piątek? - Marlena szturchnęła Anię łokciem.
- No, opowiadaj! - Ania zachichotała, udając rozbawienie.
Szły razem, plotkując, śmiejąc się jak najlepsze przyjaciółki, ale Ania miała wszystko pod kontrolą.
Kolejny dzień. Kolejny krok bliżej celu
Magda wróciła do domu zmęczona, ale niespokojna. Czuła ciężar dnia, jakby w jej głowie wciąż dudnił rytm hali „De 18". Maszyny śpiewały, ale melodia była inna niż zwykle. Niepokojąca.
Usiadła na łóżku, wyciągnęła spod poduszki małe pudełko. Wystarczyłoby tylko otworzyć, skręcić, zapalić. Znała ten rytuał na pamięć. Jedna chmura dymu i świat zmieniał perspektywę.
Ale dzisiaj...
Dzisiaj nie była pewna, czy chce to zobaczyć.
Zacisnęła palce na pudełku.
- A jeśli znowu ją zobaczę? - wyszeptała do siebie.
Paulina. Leżąca na ziemi, nieruchoma. Zimna. Przegrana.
To było niemożliwe. Paulina nie przegrywała. Nigdy.
A jednak jej wizja mówiła co innego.
Może się myliłam? Może zmieniłam bieg wydarzeń?
Ale jeśli nie?
Przetarła twarz dłońmi. Kusiło ją, by zapalić, by uciec. Może dym zabrałby ten strach, może przeniósłby ją w lepszy świat, gdzie wszystko kończyło się dobrze.
Ale równie dobrze mógłby pokazać jej coś jeszcze gorszego.
Jeśli zajrzy tam ponownie... czy zobaczy coś nowego? Czy tylko powtórkę tego, co ją prześladowało?
Przez chwilę siedziała w ciszy, patrząc na pudełko.
A potem westchnęła i odłożyła je na bok.
Nie dzisiaj.
Dzisiaj nie była gotowa.
Paulina wróciła do domu wykończona. Nie tyle fizycznie - ciało przyzwyczajone było do wysiłku - co psychicznie. Myśli waliły jej w czaszkę jak pięści przeciwnika, którego nie mogła zobaczyć.
Zrzuciła buty, rzuciła torbę w kąt i opadła na łóżko, wbijając wzrok w sufit.
- Ja nie przegrywam... - mruknęła pod nosem.
Powtórzyła to raz, potem drugi, ale w jej głowie wciąż brzmiał głos Magdy. Nie dosłownie. Nie powiedziała tego wprost, ale Paulina umiała czytać między wierszami.
Widziałam twoją porażkę.
To było gorsze niż obelga. Gorzej niż cios w twarz.
Porażka.
Nie istniało coś takiego w jej świecie. Jeśli przegrywasz, to znaczy, że nie byłaś wystarczająco szybka, silna, dobra. Ale ona była. Musiała być.
A jednak coś w niej drgnęło.
Zamknęła oczy i przypomniała sobie każdy trening, każdą walkę. Każdy moment, gdy leżała na ziemi i wstawała, zanim ktokolwiek zdążył policzyć do trzech. Nigdy nie dała się pokonać.
To tylko wizja. Pieprzona wizja.
A jeśli nie?
Otworzyła oczy. Zacisnęła pięści.
- Ja nie przegrywam.
Słowa zabrzmiały mocniej. Pewniej. Ale gdzieś w środku, cicho, czaiło się zwątpienie.
Julka siedziała na parapecie, obserwując ciemność za oknem. Noc była spokojna, ale w jej myślach wrzało.
Francisko czuł się niespokojny. To było pewne. Widziała to w jego ruchach, w tym, jak jego oczy przesuwały się po kamerach, jak analizował każdy detal. W jego świecie przypadki nie istniały - jeśli coś się działo, znaczyło to, że ktoś pociągnął za sznurki.
I to było piękne.
- Zwątpienie to pierwszy krok do klęski - mruknęła do siebie z uśmiechem.
Nie musiała go atakować. Jeszcze nie. Wystarczyło siać w nim niepewność. Sprawić, żeby patrzył przez ramię, żeby węszył zagrożenie nawet tam, gdzie go nie było.
Francisko był profesjonalistą. Był zabójcą. Ale teraz? Teraz był zwierzyną, nawet jeśli jeszcze o tym nie wiedział.
Jak długo wytrzymasz, zanim popełnisz błąd?
Julka przeciągnęła się leniwie, napawając się myślą, że jego paranoja dopiero się zaczynała. I to była najlepsza część gry.
Francisko leżał w łóżku, ale sen nie przychodził. Przewrócił się na bok, wbił wzrok w sufit. W głowie miał chaos.
Julka.
Jej słowa brzmiały w jego myślach jak echo. Rzuciła nimi niby od niechcenia, jakby bawiła się sytuacją, ale on czuł, że to było celowe.
- A jeśli to wszystko nie jest przypadkiem?
Przecież od początku czuł, że coś jest nie tak. Ale teraz miał już zbyt wiele pytań.
Ania.
Kamery.
Francisko nie był naiwny. Wiedział, że system monitoringu w hali działa jak powinien - nie był doskonały, ale reagował na ruchy. Problem w tym, że te reakcje były... nienaturalne.
Za każdym razem, gdy Ania coś robiła, kamery nie tyle ją nagrywały, co podążały za nią. Jakby ją widziały. Jakby... współpracowały.
Czy Julka próbowała go naprowadzić na coś, czy może tylko grała na jego nerwach?
A jeśli obie współpracowały?
Francisko wziął głęboki oddech.
Nie ma przypadków.
Musiał się dowiedzieć, co tak naprawdę dzieje się w hali. I kto tu na kogo poluje.
Marlena siedziała w ciemnym pokoju, oparta o zimną ścianę. Światło ulicznych latarni wpadało przez okno, rzucając długie cienie na podłogę. Oddychała głęboko, starając się uspokoić serce, które biło jak oszalałe.
Dłonie jej drżały. Jeszcze kilka godzin temu... straciła kontrolę.
Kotłownia.
Zniszczone rury, rozsypane narzędzia, ściany z odciskami jej pięści.
Nie pamiętała momentu, w którym przestała być sobą. Wiedziała tylko, że nagle coś w niej pękło. Potwór wyrwał się na powierzchnię i zrobił swoje.
„To było konieczne."
Głos w jej głowie był niski, chrapliwy. Nie jej.
- Nie, to była katastrofa - syknęła, zaciskając dłonie w pięści. - To nie miało prawa się zdarzyć.
„Oczywiście, że miało."
Poczuła, jak jej ciało sztywnieje. Coś pulsowało pod jej skórą, czekając, aż znowu je wypuści.
Nie.
Nie tym razem.
Zacisnęła zęby i skupiła się na oddechu. Miała nadzieję, że to minie. Że jeśli będzie wystarczająco silna, uda jej się to kontrolować.
Ale co, jeśli nie?
Co, jeśli następnym razem kogoś skrzywdzi?
„Prędzej czy później to się stanie."
Marlena zacisnęła powieki.
Musiała wytrzymać. Musiała utrzymać potwora w klatce.
Bo jeśli nie...
Nie chciała nawet myśleć, co się wtedy stanie.
W biurze na hali De 18 panowała niemal idealna cisza. Blask ekranów monitoringu rzucał zimne światło na twarz Ani, podkreślając uprzejmy uśmiech, który nie sięgał jej oczu. Były skupione, lodowato wyrachowane, analizujące każdą twarz przed sobą.
Przed nią stał szereg strażników - wyprostowanych, gotowych do rozkazów. Ich oczy były puste, a ciała napięte jak struny.
Ania podłączyła do interfejsu w okularach swoją playlistę. W słuchawkach zabrzmiał pulsujący, rytmiczny bit. Idealne tempo.
- Pozycje startowe. Sekwencja zabezpieczeń - włączona.
Strażnicy jednocześnie wyprostowali się jeszcze bardziej, ich sylwetki stały się niemal mechaniczne.
Ania zaczęła przechadzać się między nimi, ruchem dłoni wskazując każdego z osobna.
- Ty - patrol głównej bramy. Ty - monitoring. Ty - magazyn i dostawy. Macie być niewidzialni, ale obecni. Jak cień.
Zatrzymała się na środku pomieszczenia, kiedy muzyka w jej słuchawkach przyspieszyła.
- Dziś testujemy pełną synchronizację. Jeśli coś pójdzie nie tak... no cóż, na pewno się dowiem.
Jej palce poruszyły się lekko w powietrzu, jakby dyrygowała niewidzialną orkiestrą. W tym samym momencie kamery w całej hali zaczęły się przesuwać dokładnie w ten sam sposób, w identycznym rytmie. Jakby były przedłużeniem jej dłoni.
- Stan realizacji? - rzuciła sucho, nie odwracając się.
Jeden ze strażników, mężczyzna o kwadratowej szczęce, wystąpił o krok.
- Przejęto dwóch kolejnych. Proces przebiega zgodnie z planem. Nie wykryto podejrzeń wśród pozostałych.
Ania uśmiechnęła się lekko.
- Dobrze. Przyspieszamy. Jutro kolejnych dwóch. Nie chcę opóźnień.8
Przeszła jeszcze raz wzdłuż szeregu, jej obcasy cicho uderzały o podłogę.
- Powtórzcie plan.
Strażnicy, niemal automatycznie, unieśli głowy i odpowiedzieli jednym, zsynchronizowanym głosem:
- Jeden dzisiaj. Jeden jutro. Aż wszyscy będą ci posłuszni.
Ania przymknęła oczy, wsłuchując się w ich głosy, w jedność, którą stworzyła.
Byli jak dobrze nastrojony instrument.
A wkrótce cała hala De 18 zatańczy dokładnie tak, jak jej się spodoba.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania