De 18 Pępkiem Świata. Dzień Pierwszy
DZIEŃ PIERWSZY
Poranek w Lipinach był jak zawsze szary, wilgotny i pachniał węglem zmieszanym z zapachem smażonej cebuli z okolicznych okien. Magda i Paulina szły ramię w ramię w stronę hali „De 18”. Magda mówiła z entuzjazmem, a Paulina tylko kiwała głową, wciągając powietrze nosem.
— Nie mogę się doczekać tej symfonii! — westchnęła Magda, a jej oczy zabłysły. — Ludzie, ściany, stoły, kable... wszystko razem tworzy przepiękną pieśń.
— Jasne, jasne — mruknęła Paulina, poprawiając pasek od torby.!
Weszły do budynku, a po schodach wspięły się na pierwsze piętro. Przy biurku, na wprost wejścia, siedział strażnik. Skinął im głową.
— Cześć, dziewczyny.
— Siema — odpowiedziały niemal jednocześnie i skręciły w prawo, kierując się do szatni.
Cały czas gadały. Magda podniecona wizją nadchodzącego dnia, Paulina — w swoim stylu — bardziej rzeczowa, właśnie kończyła opowiadać o ostatniej walce.
— Jak padła? — zapytała Magda, ściągając bluzę.
— Przez nokaut — powiedziała Paulina z uśmiechem.
Przebrały się i wyszły na korytarz, gdzie odbiły swoje karty na czytnikach, rejestrując rozpoczęcie pracy. Wchodząc na halę, Magda nagle się zatrzymała. Jej twarz straciła ten zwykły, błogi wyraz.
— Coś jest nie tak... — szepnęła.
Paulina spojrzała na nią z uniesioną brwią.
— Muzyka fałszuje. Gra inaczej.
Paulina przewróciła oczami i klepnęła ją w ramię.
— Nie pal tyle zioła, bo będziesz zielona — zaśmiała się.
Magda nie odpowiedziała.
Tymczasem do budynku wchodził
Francisko. Jak zawsze cicho gwizdał pod nosem. Wdrapał się po schodach, rzucił strażnikowi szybkie „cześć” i skręcił w lewo, do męskiej szatni. Przebrał się, odbił na czytniku i czujnym krokiem ruszył na halę.
Unikał kamer. Robił to odruchowo, niemal instynktownie.
Gdy mijał stanowisko Ani, ta akurat coś tłumaczyła jednemu z pracowników. Francisko nie wsłuchał się w rozmowę, ale kątem oka zauważył coś dziwnego. Kamery na hali... poruszały się zgodnie z gestami Ani.
Przez chwilę zastygł, ale tylko na ułamek sekundy. Nie chciał wzbudzać podejrzeń, że coś zauważył.
Czy chodziło o niego? Ktoś go namierzył?
Nie zdradzając niczego, wszedł do swojej części hali i rzucił głośne:
— Cześć!
— Cześć! — odpowiedziały jednocześnie Marlena, Julka, Paulina i Magda.
Julka pracowała w skupieniu, ale dyskretnie obserwowała Franciska. Znała jego ruchy, jego sposób bycia. Udawał wyluzowanego, ale coś było nie tak.
Obok niej Marlena plotkowała.
— Wiesz, Julka, te laski z obok to przeginają. Tyle tapety, że można by nimi ściany malować.
— No i te ich kosmetyki. Pełne chemii — dodała Julka.
W tym momencie Marlena wykryła błąd w dokumentacji. Zerknęła jeszcze raz, a potem wzięła telefon i zadzwoniła do technologa.
— Jak można robić takie błędy?! — grzmiała. — To jest jakaś kpina!
Po chwili poczuła pulsowanie w skroni. We wnętrzu jej umysłu odezwał się głos.
Wypuść mnie...
Marlena zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech i w myślach rzuciła ostre:
Zamknij się.
Cisza. Potwór się cofnął
W tym czasie Ania pojawiła się w części hali, gdzie pracowali inni pracownicy. Podeszła do Marleny i Marka, który stał za jej plecami, i oparła się o metalowy stół montażowy.
— No i wyobraźcie sobie, weekend nad jeziorem, czysty relaks, cisza, spokój, a mój mąż... wpada do wody!
— Jak to? — zainteresowała się Marlena, odkładając na chwilę wiązkę.
— No bo słuchajcie — Ania zaczęła gestykulować — mieliśmy wynajętą łódkę, taką malutką, niby stabilną, ale wiecie, jak to jest... No i siedzimy sobie, ja czytam książkę, on wędkę zarzuca, pełna sielanka. I nagle, jak się nie zamachnie tą wędką, jak nie zahaczy o swoją własną czapkę!
Marek parsknął śmiechem, ale Ania ciągnęła dalej.
— No i teraz najlepsze. On w panice macha rękami, bo czapka się wciąga na żyłkę, próbuje ją ściągnąć, ale jakoś tak źle się przekręcił, że całym ciężarem przechylił łódkę na bok i... siup, poleciał do wody!
— Serio?! — Marlena otworzyła szeroko oczy.
— Serio! Ale czekajcie, bo to jeszcze nic! Ja się śmieję, on się drze, że zimno, a wędka mu dalej w ręce została! No i zamiast się podciągnąć na łódce, to on się kurczowo tej wędki trzyma, jakby życie od niej zależało! A że haczyk dalej był w wodzie, to nagle coś szarpnęło i bach! Ryba mu szarpnęła, a on z wody krzyczy, że „Anka, ratuj, bo mam rekordowego szczupaka!”.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
— No i co zrobiłaś? — dopytywał Marek.
— No co miałam zrobić? Prawie się utopiłam ze śmiechu, ale jakoś go wciągnęłam do łódki! A szczupak? No uciekł, oczywiście, a mój mąż do końca dnia narzekał, że „takiego giganta jeszcze nigdy na żywo nie widział”!
Marlena i Marek śmiali się do łez.
— Ale czekaj, on serio myślał o tej rybie, kiedy się topił? — wykrztusiła Marlena.
— No jasne! — Ania przewróciła oczami. — Cały on. Najpierw, że zimno, że się utopi, a potem nagle „Ale zobacz, Anka, jaką bestię miałem na haku!”.
Markowi aż łzy popłynęły ze śmiechu.
— No, to musiał być niezły weekend!
— Oj tak — westchnęła Ania, uśmiechając się pod nosem.
Ale nikt nie zauważył, że w tle, niezauważenie, Ania aktywowała swoje okulary.
Przejmowała kontrolę.
Powoli. Jednego po drugim.
Dzisiaj jeden. Jutro kolejny.
Niedługo później Ania, Marlena i Julka szły do toalety. Były w drodze przez korytarz, a gdy przechodziły obok strażnika, ten nagle wstał. Niby naturalnie, niby czegoś szukał, ale...
Ania zarejestrowała to kątem oka i uśmiechnęła się w duchu.
Julka też coś wyczuła, ale jeszcze nie potrafiła tego nazwać.
W szatni Marlena spojrzała w lustro. I przez ułamek sekundy zobaczyła coś innego.
Twarz potwora.
Serce przyspieszyło, puls dudnił w skroniach.
Szybkim krokiem ruszyła do kabiny.
Po wyjściu z kabiny Marlena odkręca wodę i szybko ochlapuje twarz, próbując uspokoić oddech. Czuje, jak serce wciąż bije jej szybciej, ale nie chce dać po sobie poznać, że coś jest nie tak.
Ania poprawia makijaż, jakby nic się nie stało, ale cały czas zerka na Marlenę przez lustro. W końcu odwraca się i mówi swobodnym tonem:
— Ej, dziewczyny, mam wrażenie, że ostatnio atmosfera na hali jest jakaś... dziwna. Jakby ludzie byli bardziej nerwowi.
Julka parska śmiechem.
— Może dlatego, że połowa to zadufane w sobie dziewczyny, które toną w tapecie, a druga połowa to faceci z ego większym niż hala.
Marlena wciąga powietrze przez nos, próbując się skupić.
— To nie tylko to — mówi cicho, unikając spojrzenia Ani. — Coś faktycznie jest inaczej...
Ania uśmiecha się lekko i przygląda się Marlenie, jakby chciała wyczytać więcej z jej twarzy.
— Ciekawe spostrzeżenie — mówi w końcu i odwraca się do wyjścia. — Chodźmy, jeszcze trochę pracy przed nami.
Julka wzrusza ramionami i rusza za nią, ale Marlena przez chwilę zostaje w miejscu. Przez ułamek sekundy czuje, jak potwór znowu drapie od środka.
„Nie teraz” — myśli stanowczo.
Ostatecznie wychodzi za dziewczynami, wracając do codziennej rutyny. Ale coś w powietrzu naprawdę się zmieniło.
Stołówka tętniła życiem. Ludzie śmiali się, jedli w pośpiechu, narzekali na kierownika. Typowy dzień.
Przy jednym ze stolików Magda i Paulina jadły razem.
Magda, zaczyna nucić piosenkę. Paulina, zirytowana, nie może tego słuchać i pyta:
— O co ci znowu chodzi z tym zielonym?
Magda uśmiecha się i wskazuje na plątaninę kabli.
— Wszystko ma swój dźwięk, Paulina. Zielony szepcze, żółty śpiewa, a czerwony… czerwony krzyczy.
Paulina prycha.
— Kabel to kabel. Ważne, żeby się nie pomylić, bo potem trzeba poprawiać.
— Ty patrzysz, ja słucham — odpowiada Magda z błyskiem w oku. — I dlatego wiem, że coś zmieniło się w harmonii hali.
Paulina krzyżuje ręce na piersi, ale nie przerywa. Wie, że Magda mówi rzeczy dziwne, ale czasem w nich jest sens.
— Słyszę coś nowego — kontynuuje Magda, przymykając oczy. — Jakby ktoś wsunął fałszywy dźwięk do melodii. Jakby śpiewał, ale bez duszy.
— To znaczy?
— To znaczy, że coś jest nie tak. I chcę wiedzieć, kto dyryguje tą pieprzoną orkiestrą
Gdy nagle Magda zamilkła.
Jej źrenice rozszerzyły się, a potem… zniknęły.
Paulina spojrzała na nią zaniepokojona. Magda wyglądała, jakby jej umysł odpłynął gdzieś daleko.
A potem zobaczyła.
Paulina. Walczyła.
Przeciwko Ani
I wtedy Paulina upadła.
Magda wróciła do rzeczywistości, dysząc ciężko. Jej skóra była blada, jakby coś wysysało z niej energię.
— Co jest? — Paulina zmarszczyła brwi.
— Miałam wizję — wyznała Magda.
— No i?
— Walczyłaś z Anią… i zostałaś pokonana.
Paulina zamarła.
A potem, półszeptem, półkrzykiem, warknęła:
— Ja nie przegrywam.
Magda spojrzała na nią twardo.
— Ucisz się.
Paulina zacisnęła zęby, ale posłuchała.
Ludzie wokół śmiali się, jedli, gadali o weekendzie. Ale coś się zmieniło.
Gdy przerwa się skończyła, wszyscy wrócili na swoje stanowiska, ale coś było nie tak.
Magda była rozkojarzona. Dźwięki hali wciąż nie brzmiały tak, jak powinny. Maszyny zwykle śpiewały – każda miała swój rytm, swoje wibracje, swoją harmonię. Dziś jednak brzmiały... inaczej. Jakby coś fałszowało w tej symfonii, jakby mechaniczny organizm hali trawił jakiś obcy element. Próbowała się skupić, ale dźwięki uciekały jej sprzed uszu, dziwnie przytłumione, zamglone.
Paulina była napięta jak struna. Wizja Magdy siedziała jej w głowie i gryzła od środka. Ja nie przegrywam. Nigdy. A jednak Magda widziała coś innego. Paulina czuła adrenalinę w żyłach, ale tłumiła ją, kontrolowała, czekała. Z kimś muszę się zmierzyć. Nie dzisiaj, ale wkrótce.
Julka rzucała ukradkowe spojrzenia w stronę Franciska. Coś w nim było... Wiedziała, że nie jest zwykłym pracownikiem, że jego ruchy są za bardzo przemyślane. Był czujny, unikał kamer, jakby wiedział coś, czego inni nie wiedzieli. Julka czuła, jak coś ją swędzi od środka. Nie fizycznie – głębiej. Smok w niej rwał się do wykonania zadania.
Zabijmy go i wracajmy do domu.
Odetchnęła głęboko, ignorując podszepty, ale wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała się z nimi zmierzyć.
Marlena czuła, jak potwór w niej wierci się niespokojnie. Raz szeptał jej do ucha nerwowo, próbując ją złamać strachem:
— Wypuść mnie, Marlena. Wiesz, że nie dasz rady mnie powstrzymać.
A potem, jakby nigdy nic, zmieniał ton na lekki, niemal rozbawiony:
— Ej, a może by tak wklupiemy temu technologowi? I tak robi błędy, niech się chłop nauczy!
Marlena nie reagowała, zaciskała szczęki i kontrolowała bestię, choć czuła, że to tylko kwestia czasu.
Ani4a siedziała przy swoim stanowisku, ale nie pracowała.
Delikatnie dotknęła interfejsu w swoich okularach, uruchamiając ukryty system kontroli. Nie spieszyła się. Powoli i metodycznie przejmowała pracowników z jej grupy. Jeden dzisiaj. Jeden jutro. Tak, żeby nikt się nie zorientował. Wchodziła do ich umysłów niepostrzeżenie, zostawiając za sobą subtelne ślady – nic, czego by się mogli złapać.
Uśmiechnęła się lekko, myśląc:
Wkrótce będą mi posłuszni. Wszyscy
Zmiana się skończyła. Ludzie wychodzili z hali, śmiali się, rozmawiali. Zmęczona rutyna. Ale piątka naszych bohaterów czuła coś innego. Coś wisiało w powietrzu
Magda siedziała na balkonie, jarając jointa. Miasto pulsowało światłami, ale ona poczuła znajome ciepło rozlewające się po ciele. Świat wokół zaczął falować, jakby ktoś nalał do rzeczywistości atramentu i rozprowadził go dłonią.
Jej umysł wyrwało z ciała. Znalazła się w miejscu, które rozpoznała natychmiast – hala, ale ciemniejsza, zniekształcona, jakby ktoś wyrwał z niej życie i zostawił tylko cień tego, czym była. Dookoła porozrzucane były wiązki elektryczne, jak odcięte żyły, a powietrze pachniało ozonem i spalenizną.
I wtedy zobaczyła Ją.
Paulina stała w rozkroku, lekko pochylona, z uniesionymi pięściami. Była ranna – jej bok nasiąkał krwią, ale mimo to oddychała głęboko, gotowa do walki. Naprzeciwko niej majaczyła postać w cieniu – wysoka, nieludzka, z oczami jarzącymi się jak rozżarzone węgle.
Wizja skoczyła do przodu jak przyspieszony film. Paulina uderzyła, jej ciosy były szybkie i precyzyjne, ale coś było nie tak – potwór poruszał się zbyt płynnie, zbyt lekko, jakby nie podlegał prawom fizyki. Unikał jej ataków z gracją drapieżnika, który bawi się ofiarą.
A potem… przyszło uderzenie.
Nie było widowiskowe. Nie było głośne. Potwór po prostu wyciągnął rękę, a Paulina cofnęła się o krok, jakby coś wyrwało z niej całą siłę. Magda nie usłyszała żadnego dźwięku. Żadnego krzyku. Żadnego huku.
Paulina osunęła się na kolana. Jej oczy były szeroko otwarte, pełne niedowierzania. Dłoń sięgnęła do rany na klatce piersiowej – nie była to zwykła rana. Coś wyrywało z niej życie, jakby coś ją wypalało od środka. Próbowała się podnieść, ale nogi odmówiły posłuszeństwa.
Potwór nachylił się nad nią. Magda nie widziała jego twarzy, ale poczuła zimno, które wdarło się do jej kości.
A potem Paulina upadła.
Maszyny zamilkły. Świat się rozpadł.
I Magda wróciła do rzeczywistości, gwałtownie łapiąc oddech. W uszach wciąż brzmiał jej cisza, a serce waliło jak oszalałe.
Paulina nie mogła umrzeć. Nie tak.
Ale wizje Magdy nigdy nie były błędne.
Francisko leżał na łóżku, wpatrując się w sufit. Zgasił światło, ale sen nie nadchodził. W pokoju panowała cisza, przerywana jedynie cichym buczeniem starej lodówki i odległym szumem miasta, które nigdy do końca nie zasypiało.
Obrócił się na bok, przymknął oczy, ale to, co zobaczył w ciągu dnia, nie dawało mu spokoju. W pamięci wciąż odtwarzał te same obrazy – ułamek sekundy, ruch kamery, zmiana kąta widzenia.
Nie był paranoikiem. W tym świecie paranoja była luksusem. On miał instynkt. Instynkt, który uratował mu życie więcej razy, niż potrafił zliczyć.
I ten instynkt mówił mu, że coś jest cholernie nie tak.
Kamery śledziły Anię. Nie ludzi na hali. Ją.
Francisko wciągnął powietrze i powoli je wypuścił. Nie chciał wierzyć we własne myśli, ale nie mógł ich zignorować.
To nie był przypadek.
Znał system kamer w hali. Były stare, toporne, zaprogramowane na określone trasy. Jeśli coś się zmieniało, jeśli któreś z urządzeń poruszało się inaczej niż zwykle, to znaczyło, że ktoś nim sterował.
A jeśli ktoś sterował kamerami, to znaczyło, że ktoś patrzył.
Kto?
Kogo tak bardzo obchodziły ruchy Ani? I dlaczego?
Myśl o tym sprawiła, że całe jego ciało spięło się jak sprężyna. Czy to możliwe, że znaleźli go w Lipinach?
Zacisnął palce na prześcieradle. Nie. To była zbyt duża koincydencja. Może Ania była częścią czegoś większego. Może była elementem układanki, ale nie tropem prowadzącym do niego.
A jednak… jeśli potrafili manipulować systemem hali, jeśli mogli patrzeć… to znaczyło, że równie dobrze mogli szukać.
Wiedział, jak to działa. Kiedyś to on polował.
Francisko odwrócił się na drugi bok, sięgnął pod poduszkę i ścisnął zimny metal ukrytej tam broni.
Nie zamierzał czekać, aż historia się powtórzy.
Cisza. Paulina siedziała na podłodze w swoim ciasnym mieszkaniu, oparta plecami o ścianę. Światło lampy rzucało długie cienie na surowe, obdrapane ściany. Na stole stała niedopita butelka piwa, obok niej bandaż – nierozwinięty, niepotrzebny. Nie miała żadnych ran.
Tylko coś w niej pękało.
Ja nie przegrywam.
Szeptała to pod nosem, w rytmie oddechu. Powtarzała w myślach, próbując zaczepić się o te słowa jak o linę ratunkową.
Ja nie przegrywam.
Zacisnęła pięści, wbijała paznokcie w skórę, aż poczuła pieczenie. Magda coś widziała. Powiedziała „porażka”, ale Paulina wiedziała, co to znaczyło. To była śmierć.
Jej śmierć.
Nie potrafiła wyrzucić tego obrazu z głowy, choć nawet go nie widziała. Nie była przyzwyczajona do tej wersji rzeczywistości. W świecie Pauliny istniały tylko dwa wyniki walki – ona stoi, a przeciwnik leży. Nie było opcji, w której to ona leży.
Ja nie przegrywam.
Gwałtownie wstała i uderzyła pięścią w ścianę. Gipsowa powierzchnia zadudniła głucho, ale nie pękła. Zrobiła krok w tył, odetchnęła, potrząsnęła głową.
Musiała się ruszać.
Zdjęła koszulkę, stanęła na środku pokoju i zaczęła wyprowadzać ciosy w powietrze. Proste, haki, sierpy. Szybciej. Mocniej. Oddychała miarowo, ciało działało mechanicznie, znajome ruchy dawały jej złudzenie kontroli.
Ja nie przegrywam.
Ale coś w niej nie słuchało. Wciąż czuła ciężar tej myśli – jakby wizja Magdy była czymś więcej niż tylko omamem. Jakby rzeczywiście miała nadejść.
Nie. Nie tym razem.
Paulina rzuciła się w cień, wykonując kopnięcie, jakby walczyła z niewidzialnym przeciwnikiem. To była jej walka. Ona zdecyduje, jak się skończy.
I jeśli przyszłość chce ją pokonać – niech spróbuje.
W pokoju panował półmrok. Jedyne światło pochodziło z ulicznych latarni, które wpadały przez zasłony, rzucając na ścianę blade, pomarańczowe smugi. Julka siedziała przy biurku, opierając łokcie na blacie.
Przed nią leżał notatnik. Stary, wytarty, z kartkami pokrytymi równym, drobnym pismem. Strony były pełne schematów, nazwisk, godzin. Każda informacja, jaką miała o Francisku, była tu zapisana.
Otworzyła zeszyt na odpowiedniej stronie.
Francisko Korleone.
- Przychodzi do pracy 15 minut przed zmianą.
- Siedzi zawsze tyłem do drzwi.
- Nie odzywa się do nikogo więcej, niż musi.
- Po zmianie wychodzi bocznym wyjściem.
- Wraca do domu ok. 22:30.
Julka przewróciła stronę. Były tam szkice – schemat hali, plan ulic w okolicy, możliwe drogi ucieczki. Nie mogła pozwolić sobie na przypadek.
Kiedy?
Najprostsze byłoby poczekać, aż będzie sam. Ale on był ostrożny. Coś w jego ruchach, w tym, jak rozglądał się wokół, zdradzało człowieka, który **przeżył więcej niż jedno polowanie.
Julka znała takich jak on. Ludzi, którzy wyczuwali zagrożenie, zanim jeszcze się pojawiło. Ale każdy miał moment słabości.
Przesunęła palcem po notatkach.
Prysznice.
To było ryzykowne, ale możliwe. W hali były stare prysznice dla pracowników. Małe, duszne pomieszczenie, z brzęczącą lampą i wilgotnym zapachem pleśni. Ludzie rzadko z nich korzystali, a jeśli już, to pojedynczo. Jeśli zdołałaby go tam zamknąć…
Nie. Za duże ryzyko. Za dużo nieprzewidywalnych zmiennych.
Oparła się na krześle i zamknęła oczy. Musiała pomyśleć inaczej.
Francisko miał broń. Widziała, jak układał dłoń pod kurtką, jakby sprawdzał jej ciężar. Nie był zwykłym robotnikiem – był kimś, kto umie zabijać. Nie mogła pozwolić mu na reakcję.
Z zaskoczenia.
Od tyłu.
Bez ostrzeżenia.
Wtedy smok byłby zadowolony.
Julka zamknęła notatnik. Nie dziś. Nie jutro. Ale wkrótce. Gdy tylko nadejdzie właściwy moment.
Wstała i podeszła do okna. Spojrzała w ciemność, w stronę hali „De 18”.
Francisko jeszcze o tym nie wiedział, ale już był martwy.
Hala De 18, późny wieczór. Większość pracowników już dawno opuściła zakład, ale w jednym z bocznych pomieszczeń zbierają się strażnicy. Światło jarzeniówek rzuca długie cienie na podłogę, a w powietrzu unosi się zapach smaru i rozgrzanych przewodów.
Ania stoi na podwyższeniu, elegancka jak zawsze, z uśmiechem, który nie zdradza ani grama emocji. Jej duże okulary odbijają światło monitorów, a palce lekko poruszają się w powietrzu, jakby sterowała niewidzialnym systemem.
— Plan jest prosty — zaczyna melodyjnie, niemal śpiewnie. — De 18 to dopiero początek. Każda wiązka, którą tu montujemy, to sznur oplatający świat. Każdy przewód to nić pajęczyny, którą rozciągamy nad koleją, przemysłem, rynkiem...
Przechadza się powoli między strażnikami, a oni słuchają jej w milczeniu, wyprostowani, niemal jak żołnierze gotowi do rozkazów.
— Przejmujemy kontrolę stopniowo. Jeden system po drugim. Wpływamy na transport, manipulujemy logistyką, nadzorujemy przepływ energii. Aż w końcu... — podchodzi do jednego ze strażników i delikatnie poprawia mu kołnierz munduru. — Aż w końcu nie będą wiedzieli, że już przegrali.
Zatrzymuje się w centrum pomieszczenia i patrzy na zgromadzonych.
— Metoda pierwsza?
— INFILTRACJA SYSTEMÓW! — odpowiadają chórem strażnicy.
— Metoda druga?
— MANIPULACJA PERSONALNA!
— Metoda trzecia?
— PRZEJĘCIE PRODUKCJI!
— Metoda czwarta?
— KONTROLA DOSTAW!
— Metoda piąta?
— SABOTAŻ I PRZEJĘCIE JAKOŚCI!
Ania rozkłada ręce, a jej uśmiech staje się jeszcze szerszy.
— I co wtedy?
Wszyscy strażnicy prostują się, podnoszą głowy i wyrecytują wspólnie refren, który brzmi jak hymn nowego porządku:
— ANIA! ANIA! WIĄZKI MONTUJE!
ANIA! ANIA! KONTROLĘ SZYKUJE!
ANIA! ANIA! DE 18 JEJ CELEM!
ANIA! ANIA! ŚWIAT BĘDZIE UDZIAŁEM!
Ania zamyka oczy, jakby wsłuchiwała się w tę melodię, a potem cicho dodaje:
— Już prawie koniec. Jeszcze tylko ostatni krok...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania