De 18 Pępkiem Świata. Dzień Trzeci.
Dzień trzeci
Hala „De 18” budziła się do życia jak co dzień. Światła jarzeniówek zalewały stalowe konstrukcje, maszyny mruczały swoje poranne melodie, a pracownicy snuli się do stanowisk, jeszcze zaspani, jeszcze bez pełnej świadomości, że to będzie kolejny dzień pełen ciężkiej roboty.
Ale coś było inaczej.
Francisko to czuł.
Szukał w tłumie twarzy, instynktownie analizował postawę ludzi, ich spojrzenia. I wtedy to dostrzegł.
Julka.
Stała kawałek dalej, niedbale opierając się o stół warsztatowy, a jej wzrok wbity był wprost w niego. Nie odwracała się, nie udawała, że patrzy przypadkiem. Patrzyła celowo. Miała ten cholerny uśmieszek, jakby wiedziała coś, czego on nie wiedział.
Francisko poczuł, jak wzbiera w nim napięcie.
Czyli gra trwała dalej.
Z drugiej strony Paulina. Zdecydowany krok, spięte ramiona. Oczy miała jak stal. Każdy, kto ją mijał, mógł wyczuć aurę napięcia, jakby była gotowa walczyć z pierwszym, kto nadepnie jej na odcisk.
Magda siedziała przy swoim stanowisku, zaciskając palce na narzędziu, choć jeszcze niczego nie skręcała.
Coś było nie tak.
Zamknęła oczy i wsłuchała się w dźwięki hali.
Zwykle były harmonijne. Maszyny miały swój rytm, swoją melodię. Lubiła je.
Ale dzisiaj…
Nie poznawała ich.
Brzmiały obco. Rozstrojone. Jakby coś w nich zostało naruszone, jakby cały system powoli zaczynał się psuć.
Malena poczuła nieprzyjemny dreszcz na karku.
„To dopiero początek.”
— Zamknij się — mruknęła pod nosem.
„Nie widzisz tego? Wszystko się zmienia. Wszyscy się zmieniają.”
Zacisnęła pięści. Nie, to nie była prawda. Hala była taka sama. Oni byli tacy sami. To tylko złe przeczucie, prawda?
Ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że potwór miał rację.
A tymczasem Ania…
Stała w głębi hali, przyglądając się ludziom, maszynom, przestrzeni wokół siebie.
Czuła to.
Była coraz bliżej.
Z każdym dniem kontrola rosła, rozchodziła się jak niewidzialna sieć, oplatając kolejne trybiki tej maszyny. Ludzie zaczynali podążać za nią instynktownie, śmiali się, gdy mówiła, pracowali sprawniej, gdy na nich patrzyła.
Jeszcze chwila.
Jeszcze odrobina, a hala będzie jej.
Wszystko ją irytowało – hałas, rozmowy, światło lamp. Nawet Marek, który zawsze był jej obojętny, dziś działał jej na nerwy.
— Co ty, do cholery, robisz?! — warknęła, kiedy po raz trzeci musiała poprawiać jego błąd.
Marek uniósł ręce w obronnym geście.
— Spokojnie, Marlena, przecież nic się nie stało…
„Stało się.”
W głowie rozbrzmiał jej obcy głos. Chropowaty, głęboki. Nie jej.
„On jest słaby. Nie powinien tu być.”
— Może jakbyś w końcu się skupił, to nie musiałabym co chwilę po tobie poprawiać! — rzuciła ostro, uderzając narzędziem o stół.
Marek spojrzał na nią zdezorientowany.
— Marlena, wszystko w porządku?
Nie odpowiedziała. Bo nagle zdała sobie sprawę, że oddycha za szybko, że dłonie jej drżą.
Coś było nie tak.
„Znowu to robisz.”
Nie chciała słuchać tego głosu. Ale czuła jego obecność. Czuła, jak coś się budzi.
Po drugiej stronie hali Julka przestała pracować.
Jej ciało spięło się jak u drapieżnika, który wyczuł zagrożenie.
Smok był niespokojny.
Rwał się, by zareagować. By uciszyć Marlenę.
Julka zacisnęła zęby. Czuła, jak gniew zaczyna buzować w jej żyłach. Nie chciała tego. Nie teraz. Nie tutaj.
Ale smok nie słuchał.
Marlena mówiła coś jeszcze, podnosiła głos, rzucała oskarżeniami w Marka.
Julka nie wytrzymała.
— Zamknij się! — jej głos odbił się echem po hali.
Wszyscy zamarli.
Marlena spojrzała na nią zaskoczona.
Ale Julka nie patrzyła tylko na nią.
Mówiła do smoka.
I do siebie samej.
Przerwa śniadaniowa
Magda siedzi, patrząc w dal. Paulina stoi obok, wyraźnie zirytowana.
– No to co? Może byś się znów przeniosła w kosmos i zobaczyła coś przydatnego? – rzuca Paulina, krzyżując ramiona.
Magda wzdycha.
– Paulina… To nie działa na zawołanie. To nie radio, że se pokręcę gałką i odbiorę wizję.
Paulina patrzy na nią spod przymrużonych oczu.
– Może i nie radio, ale wiem, że jak więcej zapalisz, to większa szansa, że coś zobaczysz.
Magda kręci głową.
– Mój towar się kończy. Nie mogę marnować na eksperymenty.
Paulina zgrzyta zębami.
– No to kup więcej!
Magda prycha.
– Aha, pewnie! Bo to rośnie na drzewach, prawda? Może jeszcze poproszę, żeby mi diler na fakturę wystawił?
Paulina podchodzi bliżej, nachyla się i mówi niskim głosem:
– Przypominam ci, że moje włosy są ostre jak brzytwa.
Magda unosi brew.
– No i co? Obetniesz mi głowę, to na pewno wizji nie dostanę.
Patrzą na siebie przez chwilę w ciszy. W końcu Paulina wzdycha i odwraca wzrok.
– No dobra… Ale jak tylko dorwiesz więcej towaru, to masz mi obiecać, że sprawdzisz, czy coś się pojawi.
Magda uśmiecha się lekko.
– Obiecuję, że jak dorwę więcej, to się zastanowię.
Paulina wzdycha ciężko, ale wie, że więcej nie ugra.
Na razie.
Francisko siedział samotnie przy jednym z metalowych stołów na stołówce w De 18. Posiłki tutaj nie należały do wykwintnych, ale nikt nie przychodził dla smaku – liczył się czas, kalorie i chwila wytchnienia od monotonii montowania wiązek.
Nagle, naprzeciwko niego usiadła Julka. Bezczelnie, bez zaproszenia. Oparła się łokciem o stół, patrząc mu prosto w oczy.
— Co, Francisko? Masz już koszmary? — zapytała z nutą złośliwej satysfakcji.
Nie zareagował. Nie drgnął.
— Jedz. — Wskazała na jego talerz widelcem. — Nie zabiję cię z pustym żołądkiem.
Lekki uśmiech przemknął jej po twarzy, ale nie był ciepły.
Francisko przez chwilę zastanawiał się, czy jedzenie nie jest zatrute. Julka była nieprzewidywalna, a on wiedział, że traktowała swoją misję poważnie. Ale nie zamierzał pokazać słabości. Włożył kolejny kęs do ust, powoli przeżuwając.
Julka patrzyła na niego przez chwilę, jakby oceniała, czy się zawaha, czy może będzie próbował uciec.
Złożyła ręce na stole, stukając paznokciami o metalową powierzchnię. Cierpliwa. Pewna siebie.
— Wiesz, co lubię w tej robocie? — zapytała niespodziewanie.
Nie odpowiedział.
— Że wszyscy myślą, że jesteśmy tu przez przypadek. Że po prostu chcemy zarabiać na życie. — Jej spojrzenie stało się ostrzejsze. — A niektórzy z nas mają o wiele ważniejsze powody, żeby tu być.
Francisko nie dał się sprowokować. Odłożył widelec na tacę, jakby nic go to nie obchodziło.
— A ty? — spytał spokojnie. — Jesteś tu dla pieniędzy czy z innego powodu?
Julka uśmiechnęła się leniwie.
— Dobrze wiesz.
Oparł się na krześle, ukrywając napięcie pod maską obojętności. Wiedział. Ale chciał usłyszeć to od niej.
— Masz czas do namysłu, Korleone. — Przechyliła głowę lekko na bok. — Może zdążysz wymyślić, jak chcesz umrzeć.
Było w niej coś przerażającego. Nie chodziło o same słowa, ale o to, jak je wypowiadała. Jakby nie było w tym emocji, jakby była to dla niej tylko część planu.
— Ciekawi mnie jedno — odezwał się w końcu Francisko. — Czemu jeszcze tego nie zrobiłaś?
Julka wstała, nachylając się nad stołem.
— Bo lubię patrzeć, jak się boisz.
A potem po prostu odeszła, zostawiając go z ciężarem jej słów.
Francisko odłożył widelec. Nagle stracił apetyt.
Ania siedziała przy stole, bawiąc się widelcem. Nie jadła. Nie musiała. Miała ważniejsze rzeczy do przemyślenia.
Obok niej Marlena powoli kończyła posiłek, nie do końca obecna myślami. Ania obserwowała ją ukradkiem, analizując każdy gest, każde drgnięcie mięśni.
Marlena była... inna.
Właściwie nie tylko ona.
Paulina. Magda. Julka. Francisko.
Coś było z nimi nie tak.
Reszta hali już należała do niej. Wystarczyło mówić, uśmiechnąć się, popatrzeć odpowiednio długo – i ludzie podążali za nią jak dobrze wytresowane psy. Widzieli w niej liderkę, czuli potrzebę, by jej słuchać, by robić to, czego chciała. Nie musiała nawet próbować.
A jednak była ta piątka.
Nie łamali się.
Nie uśmiechali się, kiedy powinni. Nie kiwali głowami w odpowiednich momentach. Nie śmiali się z jej żartów tak, jak reszta.
Jakby widzieli coś, czego inni nie dostrzegali.
Marlena odłożyła widelec i spojrzała na nią z lekkim zmęczeniem.
— Coś się stało?
Ania uśmiechnęła się lekko, próbując ukryć irytację.
— Po prostu zastanawiam się... — zaczęła powoli, badając reakcję Marleny. — Dlaczego niektórzy ludzie tak bardzo opierają się zmianom.
Marlena uniosła brew.
— Ludzie nie lubią zmian.
— Nie wszyscy — odparła Ania.
Marlena wzruszyła ramionami.
— Może po prostu nie każdy chce grać w tę samą grę, co ty.
Ania przytrzymała jej spojrzenie, próbując coś z niej wyczytać.
Czy to była tylko naturalna odporność? Czy coś więcej?
Magda czuła dźwięki inaczej niż wszyscy. Paulina miała niezachwianą wolę wojownika. Julka... Julka była Julką. Francisko, cóż, miał w sobie coś z drapieżnika, który od lat unika pułapek.
A Marlena?
Dlaczego ona nie była podatna?
Zacisnęła zęby.
Nie podobało jej się to.
— Każdy w końcu się poddaje — powiedziała cicho.
Marlena spojrzała na nią, a w jej oczach było coś, czego Ania nie umiała nazwać.
— Nie każdy.
Od rana coś było nie tak.
Na hali panował dziwny zaduch, powietrze stało się ciężkie, jakby ktoś wyłączył wentylację. Ludzie rozpinając bluzy, wachlowali się rękami, narzekając na gorąc.
— Co jest z tą klimatyzacją?! — rzucił ktoś zirytowany.
— A jeszcze gorzej pod prysznicami! — dorzucił inny głos. — Zimna woda jak z lodowca, a ciepłej brak!
Informacja szybko rozeszła się po zakładzie. Wszyscy zaczęli spekulować, co mogło się stać.
— Pewnie jakaś awaria — stwierdził Marek, przecierając spocone czoło. — Może znowu coś ze sterownikami.
Ale prawda była znacznie gorsza.
Kiedy ekipa techniczna zajrzała do kotłowni, zastała tam chaos. Rury były pogięte, narzędzia porozrzucane, a niektóre elementy systemu grzewczego wyglądały, jakby ktoś próbował je rozerwać gołymi rękami.
— Ktoś tu się bawił w demolowanie! — krzyknął jeden z techników.
Wieści szybko dotarły do pracowników hali.
— Ktoś musiał tu w nocy wejść — mruknął jeden z liderów. — Ale kto miałby tyle siły, żeby rozwalić te rury?
Paulina zacisnęła pięści, wymieniając spojrzenie z Magdą.
Magda z kolei miała złe przeczucia. To nie była zwykła awaria.
A Ania?
Ania tylko się uśmiechała, słuchając rozmów.
Może to nie była jej sprawka.
Ale każda oznaka chaosu działała na jej korzyść.
Francisko nie lubił niespodzianek. A to, co działo się dzisiaj na hali, pachniało czymś bardzo złym.
Kiedy wszyscy na przerwie wciąż gadali o awarii, on zamiast słuchać plotek, postanowił zobaczyć to na własne oczy.
Kotłownia była miejscem, do którego zwykle nikt nie zaglądał. Zawsze cicho, zawsze ten sam zapach oleju, metalu i kurzu. Ale kiedy wszedł do środka, czuł się jak w jakimś koszmarze.
Rury powyginane w nienaturalne kształty. Zawory wyrwane jakby z łatwością, której nie dałaby żadna maszyna. Kawałki izolacji walały się po podłodze.
Francisko przejechał dłonią po ścianie, czując pod palcami głębokie rysy. Jakby ktoś próbował się na niej wyżyć.
To nie była zwykła awaria. To było ostrzeżenie.
Zaczął analizować. Jeśli ktoś zrobił to celowo, to nie dla zabawy. To wyglądało jak test. Próba siły.
Może test przed atakiem na mnie?
Serce zabiło mu szybciej.
Od kilku dni czuł, że coś się wokół niego zaciska. Julka patrzyła na niego z tym swoim spojrzeniem, które nie wróżyło nic dobrego. Ania… Ania była coraz bardziej pewna siebie, jakby z dnia na dzień zdobywała większą władzę.
A teraz to.
Francisko przełknął ślinę.
Jeśli ktoś chciał go wykończyć, to wyglądało na to, że zamierzał zrobić to spektakularnie.
Francisko wciąż przyglądał się zniszczeniom, próbując znaleźć jakikolwiek sens w tym chaosie, gdy nagle usłyszał kroki.
Były lekkie, ale pewne.
Odwrócił się powoli.
W drzwiach kotłowni stała Julka, nonszalancko oparta o framugę, z tym swoim półuśmieszkiem, który zawsze zwiastował kłopoty.
— No proszę, proszę… — zaczęła, przechylając głowę. — Zawsze mam na ciebie oko, Francisko. Wiesz o tym, prawda?
Francisko nie odpowiedział, obserwując ją uważnie.
— A wiesz, co jeszcze? — Julka zrobiła krok w jego stronę, jej spojrzenie było ostre jak brzytwa. — Śmierć czyha za rogiem.
Milczał. Nie zamierzał grać w jej grę.
Julka rozejrzała się po kotłowni, jakby dopiero teraz zauważyła skalę zniszczeń. Uniosła brew.
— Powiedz mi, Francisko… — zaczęła z udawanym zainteresowaniem. — To twoja robota?
Francisko spojrzał jej prosto w oczy.
— Nie.
Julka patrzyła na niego przez chwilę, jakby ważyła jego słowa, a potem… zaśmiała się.
Złowrogo.
— No cóż… — wzruszyła ramionami. — To znaczy, że ktoś tu jest jeszcze bardziej nieprzewidywalny niż ty.
Odwróciła się na pięcie i bez pośpiechu wyszła, zostawiając go samego wśród zgliszczy.
Paulina i Magda nie mogły się powstrzymać.
Musieli to zobaczyć na własne oczy.
Kiedy tylko zrobiło się luźniej, wymknęły się i weszły do kotłowni.
Widok był jeszcze gorszy, niż się spodziewały.
— Ja pierdolę… — mruknęła Paulina, obchodząc zniszczenia.
Rury wygięte jak plastelina. Rysy na ścianach tak głębokie, jakby ktoś w nie walił stalowym młotem.
Paulina podeszła bliżej i w odruchu uderzyła pięścią w ścianę.
Nic.
Zero reakcji.
Nie było nawet pęknięcia, nie osypał się nawet pył.
A to oznaczało jedno…
Ktoś lub coś musiało mieć siłę znacznie większą od niej.
Paulina wewnętrznie była w szoku. Zawsze myślała, że to ona jest najsilniejsza. Że nikt na tej hali nie mógłby się z nią równać.
Ale ten, kto to zrobił… był z innej ligi.
W tym samym momencie Magda wciągnęła powietrze i zachwiała się.
Obrazy eksplodowały jej w głowie.
Krew.
Paulina na ziemi.
Ostatni, urwany oddech.
Świat wokół płonął, dźwięki hali stały się kakofonią rozpaczy.
Przyszłość się nie zmieniła.
Gdy wizja puściła, Magda przełknęła ślinę. Jej twarz była blada, oczy puste.
Paulina spojrzała na nią uważnie.
— Co widziałaś?* — zapytała, marszcząc brwi.
Magda zawahała się. Ale tylko na chwilę.
— Dalej przegrywasz.
Paulina poczuła, jak coś w niej się gotuje.
Nie.
Ona nie przegrywa.
Nigdy.
Francisko siedział przy swoim stoliku, ale nie czuł się tak jak kiedyś.
Jeszcze kilka dni temu stołówka była dla niego miejscem wytchnienia – anonimową przestrzenią, gdzie można było po prostu zjeść, odpocząć i na chwilę zapomnieć, kim się jest.
Teraz?
Ania.
Julka.
Kotłownia.
Myśli pędziły mu po głowie jak rozpędzony pociąg. Czuł, że traci grunt pod nogami. Cokolwiek działo się w hali De 18, było czymś znacznie większym, niż się spodziewał.
I wtedy Julka dosiadła się do niego.
Bezczelnie. Jakby ten stolik należał do niej.
Oparła łokieć na blacie i posłała mu swój drapieżny uśmiech.
— Jeszcze nie sprawdzasz jedzenia? — zapytała z nutą drwiny w głosie.
Francisko spojrzał na nią bez emocji.
— Przecież powiedziałaś, że głodnego mnie nie zabijesz.
W jego głosie nie było ani śladu strachu. Tylko chłodna pewność siebie.
Julka zmrużyła oczy, przyglądając mu się przez chwilę, a potem uśmiechnęła się szerzej.
— Pełny brzuch nie oznacza nietkniętego jedzenia.
Jej uśmiech był jak ostrze – niebezpieczny i lodowaty.
Francisko nie zareagował, spokojnie przeżuł kolejny kęs, jakby rozmowa w ogóle go nie dotyczyła.
— Ale nie po to tu jestem.
Julka przechyliła głowę, przyglądając mu się z ciekawością.
— Zastanawia mnie ta kotłownia.
Francisko nie dał po sobie poznać żadnej reakcji, ale jego myśli przyspieszyły.
— Może ktoś jeszcze na ciebie poluje? — kontynuowała, stukając paznokciem w blat stołu. — *Dlatego proponuję układ.
Francisko powoli odłożył widelec, unosząc brew.
— Układ?
Julka przejechała palcem po stole, jakby kreśliła niewidzialną linię między nimi.
— Znajdziemy tego kogoś.
Jej oczy błyszczały drapieżnym blaskiem.
— Bo ty jesteś tylko mój.
Ostatnie słowa powiedziała ciszej, niemal intymnie, ale było w nich coś niepokojącego.
Francisko patrzył na nią przez dłuższą chwilę.
Nie miał złudzeń – to nie była propozycja. To było ostrzeżenie.
Stołówka tętniła codziennym hałasem – stukot metalowych tac, szuranie krzeseł, rozmowy i śmiechy odbijające się od surowych ścian hali. Zapach kawy mieszał się z mniej apetycznym aromatem posiłków z kantyny.
Paulina i Magda usiadły przy jednym z bocznych stolików. Były spięte, każda zatopiona we własnych myślach, ale wiedziały, że muszą o tym porozmawiać.
— To nie możliwe, żeby człowiek zostawił takie ślady. — Paulina ściszyła głos do szeptu, niemal nie poruszając wargami.
Magda nie odpowiedziała od razu. Wpatrywała się w plastikowy widelec, obracając go w palcach. Wciąż miała przed oczami wizję. To samo, niezmienne zakończenie.
— Przestań już o to pytać.
— Magda, co widziałaś?
Paulina nie dawała za wygraną. Przesunęła się bliżej, pochylając się lekko nad stołem. Magda odsunęła się odruchowo, jakby chciała uciec, ale wiedziała, że to nic nie da.
— Muszę wiedzieć.
Magda zacisnęła dłonie w pięści. Czuła, jak łzy cisną się do oczu, ale nie mogła ich puścić. Nie tutaj.
— Po prostu... przegrywasz.
Powiedziała to cicho, niemal bezbarwnie.
Paulina zmrużyła oczy.
— Co?
— Przegrywasz.
Powtórzyła te słowa jak mantrę. Jakby to był niepodważalny fakt. Jakby już wszystko zostało przesądzone.
Paulina wzięła głęboki oddech, próbując coś z tego wyciągnąć, ale Magda spuściła wzrok.
I wtedy coś przykuło jej uwagę.
Niekontrolowany odruch – ledwo zauważalne drgnienie ramienia, gdy jej czuły słuch wyłapał coś w hałasie stołówki.
Ktoś jeszcze mówił o kotłowni.
Ich rozmowa powinna ginąć w tle rozmów o pracy, plotek i standardowych narzekań na kantyniane żarcie, ale ten jeden fragment dialogu wyrwał się spośród innych.
Magda nie podniosła głowy, ale jej słuch już analizował dźwięki.
— …też tam byłem…
— Zdewastowane… jakby coś chciało…
— Nie ma mowy, żeby to zrobił człowiek…
Paulina zauważyła zmianę w postawie Magdy.
— Co jest? — spytała szeptem.
— Ktoś jeszcze był w kotłowni. — Magda mówiła powoli, próbując nie zdradzić się wyrazem twarzy.
Paulina zerknęła kątem oka po Sali.
— Gdzie?
— Za nami. Nie odwracaj się gwałtownie.
Paulina westchnęła cicho, przymykając na moment oczy, jakby próbowała uspokoić bicie serca.
— Co dokładnie powiedzieli?
— Że tam byli. Że to nie mogła być robota człowieka.
Paulina zacisnęła szczękę.
Magda odwróciła widelec w palcach i powoli, niemal leniwie, spojrzała na swoje odbicie w lekko porysowanej powierzchni stołu.
Za nimi siedzieli Julka i Francisko.
Rozmawiali o kotłowni.
Ich spojrzenia się spotkały.
To nie był przypadek.
Paulina nie zamierzała czekać ani bawić się w subtelności. Kiedy usłyszała rozmowę, podjęła decyzję natychmiast. Chwyciła Magdę za ramię i pociągnęła ją za sobą.
— Paulina, co ty robisz?! — syknęła Magda, próbując się wyrwać, ale Paulina była nieustępliwa.
Bez ostrzeżenia dosiadły się do stolika Julki i Franciska. Paulina usiadła ciężko na plastikowym krześle, rzucając im spojrzenie, które jasno mówiło, że nie zamierza owijać w bawełnę.
— Co robiliście w kotłowni?
Francisko nawet nie uniósł wzroku znad talerza. Jadł spokojnie, jakby nie usłyszał pytania.
Julka natomiast spojrzała na nią kątem oka, a jej uśmiech był równie fałszywy co banknoty z bazaru.
— W kotłowni? — powtórzyła leniwie, jakby się zastanawiała, czy w ogóle warto rozmawiać.
— Tak, w kotłowni.* — Paulina skrzyżowała ramiona. — *Nie udawajcie idiotów. Ktoś tam był, a my wiemy, że wy też.
Julka uniosła brwi, ale nie zdążyła odpowiedzieć, bo Paulina dodała jeszcze jedno zdanie.
— A może to wasza sprawka?
W jednej chwili Julka odruchowo się napięła.
A potem Magda usłyszała ten dźwięk.
Cichy, niemal niedostrzegalny szept.
— Głodny…
Serce Magdy zabiło mocniej.
Julka wzięła głęboki oddech i rozluźniła ramiona, jakby chciała odgonić od siebie napięcie.
Francisko w końcu podniósł wzrok i spojrzał na Paulinę z lekką irytacją.
— A co, myślisz, że rozwalamy kotłownie dla sportu?
— Nie wiem, Korleone. Ty raczej nie jesteś święty.
Julka znów się uśmiechnęła, ale tym razem coś błysnęło w jej oczach.
— Paulina, skarbie, nie wiesz, z kim zadzierasz.
Paulina pochyliła się lekko do przodu.
— A może to ty nie wiesz, z kim masz do czynienia?
Przez krótką chwilę panowała cisza.
Magda, czując coraz mocniejszy nacisk w skroniach, niemal mogła zobaczyć ten niewidzialny pojedynek spojrzeń między Pauliną a Julką.
A smok, ukryty pod bluzą Julki, szeptał dalej.
Paulina nie zamierzała już kluczyć. Oparła się łokciami o stół i spojrzała prosto w oczy Julce i Franciskowi.
— Magda to wizjonerka. — Powiedziała to takim tonem, jakby oznajmiała, że niebo jest niebieskie, a stal zimna. — Widziała was w wizji. Widziała, jak demolujecie kotłownię.
Magda zamarła.
— Paulina! — syknęła, uderzając ją lekko pod stołem kolanem. — Nie zdradzaj wszystkiego!
Francisko odłożył widelec i skrzyżował ramiona.
— Skoro wiedziałyście, to dlaczego nas nie powstrzymałyście?
Paulina otworzyła usta, ale... nie miała odpowiedzi. Po raz pierwszy od dłuższego czasu zabrakło jej słów.
Julka przewróciła oczami.
— To nie my.
— Aha, jasne. — Paulina zmrużyła oczy.
— Mówię serio. — Julka wbiła w nią spojrzenie. — *Ale skoro masz te swoje wizje, to może powiesz nam, co się dzieje?*
Magda przełknęła ślinę, ale wciąż czuła ten pulsujący ból w głowie. Wizje. Wizje, których nie chciała.
Paulina spojrzała na nią z napięciem.
— Magda?
Magda zacisnęła dłonie na stole.
Cała czwórka wymieniała spojrzenia, jakby próbując ocenić, ile prawdy jest w tym, co właśnie usłyszeli. Atmosfera przy stole gęstniała, ale nikt nie zamierzał pierwszy spuścić wzroku.
Paulina i Magda powiedziały, co wiedziały – o wizji, o kotłowni, o tym, że ktoś lub *coś* zaczęło niszczyć halę. Julka i Francisko słuchali, ale sami nie zdradzili za dużo. Żadne z nich nie powiedziało kim naprawdę jest, ani jakie mają własne cele.
— Dobra. — Paulina w końcu przerwała milczenie, stukając palcem w blat stołu. — Coś tu się dzieje i lepiej wiedzieć, z której strony nadchodzi kolejny cios.
— To akurat prawda. — przyznał Francisko, krzyżując ramiona.
Julka zerknęła na Magdę.
— Skoro masz wizje, to chyba lepiej się nimi podzielić, zamiast udawać, że nic nie widzisz.
Magda prychnęła, ale w jej oczach błysnął cień wątpliwości.
— Myślicie, że to takie proste? Że mogę sobie wybierać, co zobaczę?
— Nie musisz wybierać. — wtrąciła Paulina. — Wystarczy, że zaczniemy działać.
Francisko westchnął cicho, odstawiając sztućce.
— Dobra, skoro wymieniamy się informacjami, to dorzucę coś od siebie.
Paulina i Magda spojrzały na niego uważnie.
— Od jakiegoś czasu zauważyłem, że kamery w hali reagują na Anię. Nie chodzi o to, że ją nagrywają – one się jej słuchają. Jakby... no nie wiem, działały pod jej komendą.*
— To żart? — Paulina zmarszczyła brwi.
— *Nie wyglądam na kogoś, kto robi żarty.* — Francisko spojrzał na nią bez wyrazu. — *Ale to nie wszystko. Myślałem, że ktoś mnie obserwuje. A potem w kotłowni...
Zawahał się przez chwilę.
— Na początku byłem pewien, że to jakiś sygnał, test. Że ktoś sprawdzał, czy zareaguję. Ale skoro wy to widziałyście, to może nie chodzi tylko o mnie. Może to coś większego.
Julka parsknęła.
— No to nie jesteś jedyny, na kogo ktoś poluje.
Paulina spojrzała na nią ostro.
— Chcesz powiedzieć, że my też jesteśmy na celowniku?
— Chcę powiedzieć, że jeżeli Ania naprawdę przejmuje kontrolę nad halą, to prędzej czy później wszyscy się znajdziemy na jej liście.
— Tym bardziej musimy wiedzieć, z czym mamy do czynienia. — Paulina zacisnęła pięści.
— *potykamy się po pracy. — powiedziała krótko. — W czwórkę. I ustalamy, co dalej.
Nikt nie zaprotestował. Nikt też nie potwierdził od razu. Ale w ich spojrzeniach była ta sama decyzja.
To nie był sojusz. Jeszcze nie. Ale jeśli chcieli przetrwać, musieli dowiedzieć się, z czym tak naprawdę walczą.
Po długim dniu pracy, zmęczeni, ale pełni niepewności, pracownicy zaczęli wychodzić z hali. Na korytarzu panował hałas – śmiechy, rozmowy, dźwięk kroków na metalowych schodach, przygłosy odrzuconych narzędzi. Zwyczajna końcówka dnia. Każdy zmęczony swoją robotą, z głowami pełnymi myśli o domu, relaksie, odpoczynku. Tylko cztery osoby nie czuły tego spokoju.
Magda, Paulina, Julka i Francisko szli razem, ale nie wesoło. Ich kroki były wyrównane, jakby podświadomie chronili się nawzajem, obserwując każde otoczenie, każde zakamarki hali. Nie było mowy o beztroskim rozmowach ani śmiechach. Byli zbyt świadomi niebezpieczeństwa, które mogło czaić się tuż za rogiem. Każde z nich pilnowało pleców innych.
Magda szła przy końcu, nie rozmawiając z nikim. Jej oczy były skupione, jakby cały czas nasłuchiwała. Serce biło jej szybciej, nie tylko z powodu wyczerpania, ale i z niepokoju o to, co może się stać, kiedy drzwi tej hali się zamkną.
Julka szła obok Franciska, nieco z boku, ale na tyle blisko, by z łatwością go kontrolować. Jej spojrzenie było zimne, skupione na celu. Wiedziała, że każdy z nich ma swoje tajemnice, ale nie mówiła nic. Tylko co jakiś czas rzucała spojrzenie na pozostałych.
Paulina, jak zwykle pełna energii, marszczyła brwi, czując, że nadchodzi coś nieuniknionego. Niezależnie od tego, ile razy powtarzała sobie, że to nie jej problem, coś w głębi serca mówiło jej, że nie ma już odwrotu.
Gdy weszli na górę, tuż przed wyjściem z hali, Ania stała na schodach. Jej postawa była pewna siebie, a jej wzrok przenikał ich jak nóż. Spojrzała na czwórkę, z małym, tajemniczym uśmiechem na ustach.
— Jeszcze Wy… — wyszeptała do siebie, patrząc na nich, jak na zamknięty cel. — A potem cały świat.
Była pewna, że ich czas nadejdzie. Nie liczyło się, jak silni byli, nie liczyło się, co myśleli. Tylko kwestia czasu, kiedy cała czwórka padnie na jej rozkaz. I ona stanie na szczycie. W ciszy, jakby ich nie widziała, Ania skróciła krok i powoli, z pewnością kroku, ruszyła w stronę drzwi. Czekała tylko na odpowiedni moment.
Po wyjściu z hali, czwórka spotkała się w jednym z odizolowanych zakątków, gdzie nie było nikogo, kto mógłby ich podsłuchiwać. Mrok zapadał powoli, a ostatnie promienie słońca zanikały za horyzontem. Każde z nich stąpało po ziemi twardo, zniecierpliwione tym, co nadchodzi. Sytuacja robiła się coraz bardziej napięta, a presja rosła.
Francisko był pierwszy, który złamał ciszę. Spojrzał na resztę, jego oczy pełne zimnej kalkulacji.
— Musimy się dowiedzieć, co się dzieje z kamerami — powiedział, głos pełen napięcia. — Widzieliście, jak reagują na moją obecność, prawda? To nie jest przypadek. Ania coś z nimi robi. Jeśli nie rozwiążemy tej zagadki, to ona nas po prostu wykończy.
Julka uśmiechnęła się złośliwie, patrząc na niego z ukosa.
— Myślę, że nie tylko kamery nas śledzą — powiedziała cicho, po czym spojrzała na Magdę. — Masz rację, Francisko. Czułam, że Ania ma kontrolę nad całą halą. Ale są jeszcze inne rzeczy, które trzeba wyjaśnić. Co z kotłownią? Ktoś tam był, kto zniszczył to miejsce. To nie przypadek. A my nie możemy czekać na kolejne ofiary.
Magda, wciąż pełna wątpliwości, wzięła głęboki oddech. To, co widziała w kotłowni, nie dawało jej spokoju. A wizja, która nawiedzała ją tego dnia, pogłębiała tylko lęk.
— To nie tylko kotłownia — zaczęła, próbując zachować spokój. — Ktoś kontroluje to miejsce, a Ania… ona nie jest sama. Każdy dźwięk, każda maszyna w tej hali zmienia się, a ja czuję, że nie mamy dużo czasu. Zbliża się coś, czego nie możemy powstrzymać, a jeśli nie znajdziemy odpowiedzi, to nie tylko kotłownia zostanie zniszczona.
Paulina, która do tej pory stała w milczeniu, w końcu wybuchła. Jej ton był pełen irytacji.
— Co my tu robimy, rozmawiając w kółko? Co takiego wy chcecie wiedzieć? Chcemy zabić Anię, tak? Jeśli tak, to przestańmy gadać, a zacznijmy działać. Co z tego, że się spotykamy, skoro nie mamy żadnego planu?
Francisko spojrzał na nią zimno, ale spokojnie odpowiedział.
— To nie takie proste, Paulina. Chcemy coś więcej niż tylko pozbyć się jej. Musimy wiedzieć, jak działa, co ją napędza. Jeśli nie znajdziemy odpowiedzi, nie będziemy mogli nic zrobić.
Julka dodała z jeszcze większą pewnością siebie.
— Może i nie mamy wszystkiego, ale mamy coś, czego ona nie ma — powiedziała, patrząc na wszystkich po kolei. — Mamy siebie. Może to nie wystarczy na razie, ale jeśli będziemy trzymać się razem, mamy szansę.
Magda w końcu odezwała się cicho, jej głos brzmiał jakby wahała się, czy to, co mówi, nie jest zbyt ryzykowne.
— Zgadzam się. Musimy działać ostrożnie. Znalazłam coś w dźwiękach hali. Ania nie kontroluje wszystkiego. Ale musimy poznać więcej szczegółów. Zanim podejmiemy kolejne kroki, musimy zebrać więcej informacji. Może wtedy będziemy mieli szansę.
Francisko uśmiechnął się lekko, jakby doceniał pragmatyzm Magdy.
— W porządku, jeśli chcemy to zrobić, musimy rozdzielić się i zdobyć jak najwięcej informacji o Ani, jej metodach i kontrolach. Nie możemy czekać. Kto wie, co się wydarzy, jeśli znowu nie znajdziemy odpowiedzi na czas.
Wszyscy milczeli przez chwilę, wpatrując się w siebie nawzajem. Każdy miał swoje sekrety, każdy miał swoje własne plany, ale w tym momencie wiedzieli, że nie mają wyboru. Muszą działać razem, jeśli chcą przeżyć.
Julka, jak zwykle pewna siebie, rozciągnęła usta w uśmiechu, gotowa na wszystko.
— Zróbmy to, wtedy Ania naprawdę będzie mogła poznać, czym jest prawdziwy strach.
Ania siedziała przy biurku, wpatrując się w ekran komputera. Za oknem zapadła noc, a w hali „De 18” zrobiło się cicho. Odgłos maszyn milknął, a tylko odgłosy kroków pracowników echem rozchodziły się po korytarzach. Dziś, jak każdego dnia, miała chwilę na analizowanie swoich działań i zastanowienie się nad tym, co zrobić dalej. Jednak jej myśli były nieco bardziej zagubione niż zwykle.
Przed nią stał jeden z planów przejęcia kontroli nad pracownikami hali. Na początku miała wszystko zaplanowane – jej kontrola nad nimi miała być doskonała, z każdym dniem coraz silniejsza. Jednak im dłużej nad tym myślała, tym więcej pytań zaczęło pojawiać się w jej głowie. Jakie niespodzianki mogą wyjść na jaw?
Marlena.
Marlena, z pozoru zwykła pracownica, od zawsze wydawała się uśmiechniętą dziewczyną, która nie miała żadnych ambicji, by zagrażać jej planom. Przynajmniej tak jej się wydawało. Jednak to, co działo się w kotłowni, zaczynało budzić wątpliwości. Zniszczenia były zbyt… dziwne, jak na przypadek. Może to była tylko kwestia nieostrożności, ale coś w tym wszystkim nie pasowało.
„Może to tylko chwiejny przypadek. Nie wiem, co kryje się za tymi zniszczeniami, ale nie wydaje się to być jej działaniem. Choć… ktoś musiał wprowadzić takie zamieszanie, a ona była jedną z tych, które mogły być w pobliżu” – pomyślała, zerkając na kartki pełne zapisków. Jednak nie była jeszcze pewna, czy Marlena ma jakąkolwiek moc, która mogłaby zagrozić jej dominacji.
Paulina.
Paulina. Twarda, bezkompromisowa. Zdecydowana, by nie dać się zdominować. Choć była jednym z głównych elementów jej planu, to zdawała się być równie trudna do przejęcia, jak sama Marlena. Była odporna na jej kontrolę, ale Ania nie rozumiała do końca, skąd bierze się jej siła. Jak to możliwe, że nie reaguje na jej wpływy tak, jak wszyscy inni?
„Czy ona ma jakąś wewnętrzną siłę? Może to jej coś daje? Dlaczego nie udało się jej złamać?” – zastanawiała się, czując narastający niepokój. Jednak na razie nie miała pojęcia, co mogło stać za jej odpornością. Ania wiedziała, że musi przyjrzeć się jej bliżej.
Magda
Ona również wymykała się spod jej wpływu, ale Ania nie rozumiała dlaczego. Była specyficzna, to fakt – zawsze chodziła z muzyką w uszach, czasem patrzyła na ludzi i przedmioty, jakby dostrzegała coś więcej. Ale co z tego?
„To tylko dziwaczka. Nie jest zagrożeniem” – stwierdziła w myślach.
Nie miała pojęcia, że Magda widzi rzeczy, których inni nie dostrzegają. Że „słyszy” przyszłość. Że już przewidziała, jak potoczy się ta gra.
Julka
Julka. Z nią sprawa była bardziej skomplikowana. Miała w sobie coś niepokojącego, ale trudno było określić co. Ania nie wiedziała, że pod bluzką Julki skrywa się smok, który żywi się krwią jej wrogów. Wiedziała tylko, że Julka nie bała się. A to zawsze było podejrzane.
Francisko
Największa zagadka. Wciąż nie rozumiała, kim naprawdę jest. Miał w sobie coś… mrocznego. Coś, co sprawiało, że był trudniejszy do przewidzenia. Wiedziała, że ukrywa jakąś tajemnicę, ale jeszcze nie wiedziała jaką.
Ania wiedziała jedno – musi uzyskać pełną kontrolę nad nimi wszystkimi, zanim zrobią coś, czego nie będzie mogła zatrzymać. To nie zmieniało faktu, że musiała działać. Nie wiedziała wszystkiego, ale była pewna, że jeśli nie weźmie ich pod pełną kontrolę, cała jej gra może się zakończyć.
„Jeszcze nie wiem wszystkiego o nich. Ale nie mogę pozwolić, by to mnie zniszczyło” – myślała, rozważając możliwe ruchy. „Nad nimi, nad wszystkim, muszę przejąć kontrolę. Inaczej… nie będzie innego wyjścia.”
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania