Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Dekadencja - 7. Albańska rodzina
Do mieszkania Damiana, usytuowanego na trzecim piętrze, wiodła ciasna i duszna klatka schodowa w bloku z wielkiej płyty. Jakub zawiesił wzrok na obdrapanej ścianie, niepewnie naciskając na dzwonek do drzwi, który wyglądał jak włącznik światła. Wziął głęboki wdech, starając się uspokoić galopujący oddech. Adrenalina po bójce z ojcem opadła, ale pozostawiła po sobie drżenie i palącą gorycz w ustach. Drzwi otworzyły się szybko, a w progu powitał go Marian – ojciec Damiana. Nieco zaniedbany, z rozmierzwionymi włosami i uśmiechem odsłaniającym liczne ubytki – prawdopodobnie sam nie pamiętał, w jakich okolicznościach stracił większość zębów.
— Kuba! Synu! — Marian przywitał go z entuzjazmem, chwytając za ramiona z niespodziewaną siłą. — Co za miła niespodzianka! Wejdźże, no, wejdź! Damian na pewno się ucieszy.
W przeciwieństwie do chłodnej i sterylnej perfekcji domu Zborowskich, w tym mieszkaniu zawsze panował brudny, ale ciepły i przytulny chaos. Marian, wciąż ściskając ramię Jakuba, nagle spuścił wzrok, a na jego szczerej, pomarszczonej twarzy pojawił się lekki grymas zażenowania.
— Kuba, bo wiesz... — zaczął z bijącym w głosie poczuciem winy, drapiąc się po karku. — Mam prośbę. Taką... maleńką. Rencina dopiero w przyszłym tygodniu, a wiesz, jak jest. Masz parę drobnych? Tylko na papierosy i... no wiesz. Obiecuję, że oddam co do grosza, w przyszły piątek.
W zaistniałym położeniu Jakub poczuł zdumiewającą łatwość w podejmowaniu decyzji. Bez większego namysłu wyciągnął z kieszeni portfel, wyjmując banknot pięćdziesięciozłotowy. Wcisnął go mężczyźnie do rąk, uśmiechając się krzywo. Oczy Mariana rozbłysły szczerym, głębokim dziękczynieniem, które było bardziej wymowne, niż jakiekolwiek podziękowanie.
— Och, Kubuś! Jesteś kochany! Prawdziwy przyjaciel! Bóg zapłać!
Nie czekając na dalsze wyrazy wdzięczności ani na pytania o swoją opuchniętą wargę, Jakub odsunął się od mężczyzny i bez zapowiedzi wpadł do małego, ciasnego pokoju Damiana.
Chłopak leżał na łóżku przykryty kocem, pogrążony w głębokim, niezdrowym śnie. W pokoju panował półmrok. Jakub cicho zamknął za sobą drzwi, oparł się o nie plecami, próbując złapać oddech w jedynym miejscu, które wydawało mu się teraz bezpieczne.
Upewniwszy się, że przyjaciel wciąż śpi, wnikliwie rozejrzał się dookoła i zaczął miotać się po pokoju, gorączkowo przemierzając ciasną przestrzeń od ściany do ściany. Przeglądał szuflady, zagracone półki i bibeloty porozrzucane na biurku. Jego ruchy były porywcze i nieuzasadnione, jakby szukał klucza do ucieczki. W jego oczach nie było już smutku, tylko chłodna, paląca potrzeba. Kiedy zatrzymał się przy małej, chwiejącej się szafce, usłyszał za plecami ochrypły, zaspany głos Damiana.
— Kuba? Co ty tu robisz? — Uniósł głowę, ze zdumieniem przecierając oczy. Jakub bardzo rzadko go odwiedzał, więc jego widok, bezceremonialnie grzebiącego w jego prywatnych rzeczach, sprawił, że wydał mu się postacią z innego wymiaru.
Jakub nie odpowiedział od razu. Skrępowany własnym zażenowaniem, przeciągnął dłonią po twarzy, jakby chciał zetrzeć z niej wstyd.
— Cześć — wydukał, nie mogąc znieść tej narastającej fali upokorzenia.
— Czego szukałeś? — Damian usiadł na łóżku, badając go z wnikliwą uwagą.
Jakub z wahaniem przygryzł dolną wargę. Ostatecznie zapytał wprost i bez cienia skrępowania.
— Masz jeszcze jakiś towar?
To pytanie uderzyło w Damiana z podwójną siłą. Cios obuchem trafił go w sam środek świadomości – skrzywił się, a jego mina zdradzała mieszankę bólu i obrzydzenia. Od razu stanął mu przed oczami obraz skatowanego chłopaka z klubu, proszącego o to samo zapomnienie. Poczucie winy spiętrzyło się w jego wnętrzu, tworząc dławiący ciężar. Przecież sam przyniósł mu towar, byle tylko Jakub wszedł w interes, a teraz zrozumiał, że jego przyjaciel okazał się na to bardziej podatny, niż sądził. Zimny dreszcz przeszył go do szpiku kości.
— Ty jebany debilu… — W jednej chwili Damian wyskoczył z łóżka. Jego ciało, choć zmęczone, było gotowe do ataku. Zrobił dwa, szybkie kroki i z całej siły pchnął Jakuba, sprowadzając go na ziemię.
Opadli na dywan z głuchym łomotem.
— Co ty robisz?! — warknął zaskoczony Jakub.
— Ja ci dam, kurwa, towar! — krzyczał Damian, przytrzymując przyjaciela za ramiona. — Co ty do cholery, odpierdalasz, Kuba?! Jesteś już na głodzie?! Gadaj!
Po raz pierwszy w życiu Damian patrzył na przyjaciela z czystą, niehamowaną odrazą. Jakub miał być dla niego wsparciem, tymczasem stawał się nieznośnym brzemieniem, zbędnym, ciągnącym w dół ciężarem. Damian przytrzymywał Jakuba na ziemi żelaznym uściskiem, a jego oddech był szybki i ciężki. Zwolnił chwyt, dopiero kiedy dostrzegł w jego spojrzeniu strach i dezorientację.
— Puść mnie, do cholery! — Jakub oswobodził się, z ulgą złapał oddech, wybiegając na środek pokoju — Wkurwiłem się, okej? Pokłóciłem się z ojcem... Pobiłem się z nim! Puściły mi nerwy, a ty mi tu robisz awanturę!
— Pobiłeś się z własnym ojcem? — wyszeptał, zszokowany nowym wymiarem upadku Jakuba.
— Tak! Dzwoniłem, dzwoniłem chyba z dziesięć razy — kontynuował Jakub, już spokojniejszym, ale zdławionym głosem. — Nie odbierałeś, więc... tak, przepraszam za najście. Po prostu potrzebowałem... czegoś.
Damian, powoli się opamiętał. Wstał, a potem pomógł podnieść się Jakubowi. Odwrócił się do szafki nocnej. Rzucił wzrokiem na jej pusty blat, a potem gorączkowo przeszukał pościel, biurko i kieszenie bluzy, którą tuż po powrocie cisnął na oparcie krzesła. Jakub w milczeniu obserwował jego gorączkowe poszukiwania, zastanawiając się, co jest powodem nagłego zamieszania.
— Mój telefon! — fuknął Damian z rezygnacją, która przechodziła w złość. — Zostawiłem go w klubie! Kurwa!
— No to co za problem? Podjadę z tobą — zaproponował beztrosko Jakub.
Damian obrzucił go nieprzychylnym wzrokiem.
— Nawet o tym nie myśl. — Jego głos był teraz twardy i nieugięty. — Zostajesz tutaj. Nie chcę, żebyś tam wracał.
W pośpiechu wyskoczył do przedpokoju, by włożyć kurtkę i buty.
— Daj mi piętnaście minut, Kuba — krzyknął zza ściany. — Rozgość się. Zaraz wracam.
Mówiąc te słowa, Damian zatrzasnął za sobą drzwi mieszkania. Jakub został sam w półmroku, z przytłaczającym ciężarem własnego upadku i trawiącego go gniewu.
***
Damian przekroczył próg "Dekadencji" w ferworze wzburzenia, uświadamiając sobie, że widzi to miejsce w odsłonie, której dotąd nie znał. Parkiet świecił pustkami, rzucając na ściany blade, geometryczne cienie. Jedna para piła drinka przy barze, inna siedziała w loży, prowadząc kulturalną, spokojną rozmowę. W tle sączyły się ciche, nastrojowe dźwięki, w czasie, gdy postać za barem niespiesznym ruchem polerowała szkło, wydobywając z kieliszków ostatni refleks światła. Damian uśmiechnął się pod nosem. Po raz pierwszy dostrzegł w tym miejscu zwyczajny klub, a nie tygiel brudu, wyczerpania i destrukcji, w którym pracował.
— A ty, co? Przecież to nie twoja zmiana — zapytał ze zdziwieniem barman, uważnie oglądając pod światłem niską szklankę z grubym dnem.
— Zostawiłem telefon, zaraz wracam — Damian rzucił mu to wyjaśnienie w przelocie i ruszył w głąb lokalu. Kiedy znalazł się w korytarzu prowadzącym na zaplecze, miraż, który roztaczał wokół siebie ten lokal, pękł jak bańka mydlana. Jego uszu dobiegł głośny, gardłowy wrzask, pełen furii i rozpaczy:
— Kurwa mać! Ja pierdolę!
Damian dał się ponieść nurtowi ciekawości i szybko ruszył w stronę, z której dobiegało echo. Odkrył zbiorowisko kilku osób. Stali w półokręgu, stłoczeni przed drzwiami małego pomieszczenia gospodarczego. Rozpoznał Arka i swojego zmiennika – Sebastiana. Stali nieruchomo, tępo wpatrując się w mrok. Pozostałych dwóch mężczyzn nie znał; byli wyżsi, szorstcy, a z ich sylwetek i min emanowała chłodna, nieznana brutalność. Damian pomyślał, że to muszą być ci znajomi Luana, o których tylko słyszał — albańska, nieugięta rodzina. Nie myśląc wiele, chłopak podszedł bliżej, przeciskając się między dwoma nieznajomymi. Jego ciekawość była silniejsza niż narastający lęk. Spojrzał ponad ramionami Arka i Sebastiana.
Pomieszczenie, które oblegali, było małym schowkiem na środki czystości, oświetlonym jedną, migającą, bladą żarówką. To, co Damian w nim zobaczył, doszczętnie pozbawiło go tchu i sił.
W ciasnej przestrzeni pomieszczenia wisiała wątła sylwetka, podtrzymywana jedynie przez metalową klamkę. Był to powszechny, choć straszliwy akt samobójczy. W ułamku sekundy dotarło do niego, że ma przed sobą młodzieńca spotkanego tego ranka w toalecie.
Chłopak stał na lekko ugiętych nogach, a jego chudy tułów był nienaturalnie wyciągnięty w górę. Ciemny, gruby sznur był ciasno zaciśnięty wokół jego sinej, opuchniętej szyi.
Jego chłopięca twarz była teraz ciemna i niemal czarna w miejscach uderzeń, które Damian widział kilkanaście godzin temu; otwarte, bladoniebieskie oczy, pozbawione życia, wydawały się patrzeć prosto w Damiana. Krew, która sączyła się spod wargi, była już zaschnięta. Poszarpana koszula nadal wisiała na nim jak na wieszaku, a na piersi widniała wilgotna plama od wody lub potu. Ugięta pozycja ciała świadczyła o tym, że z własnej woli wybrał tę okrutną, samobójczą formę powieszenia, byle tylko uciec od długów i brzemienia konsekwencji.
Damian poczuł falę mdłości, która narastała z każdym oddechem. Przez te kilka sekund uświadomił sobie plugawą, ostateczną cenę, jaką się tutaj płaci. Nie chciał tu być. Chciał biec i nigdy się nie zatrzymać, uciec z tego bagna i z tego miejsca, które teraz wydawało się śmiertelną pułapką.
Arkadiusz, który stał najbliżej, wszedł w rolę dowódcy. Jego postawa była niewzruszona, jakby taki widok był dla niego codzienną, nudną rutyną. Zerknął na Damiana, a potem zwrócił się do Sebastiana prostym, oczywistym tonem:
— No, co tak patrzysz? Do roboty, sprzątamy — zarządził, bez cienia emocji.
Damian poczuł się do głębi zbulwersowany. Straciło się młode życie, a oni reagowali, jakby odkryli mysz, która wpadła w pułapkę; jakby to wydarzenie stanowiło domknięcie pewnego cyklu, nieuchronną kolej rzeczy.
Dwóch mężczyzn wymieniło między sobą kilka ostrych słów w niezrozumiałym dla niego języku, a następnie zwrócili się także do Arka, który szybko im coś odpowiedział, kiwając głową. Po tym nieznacznym porozumieniu, po prostu odeszli, jakby w tym makabrycznym widoku nie było już dla nich nic ciekawego ani wartego uwagi.
— Ten chłopak… znam go. Rozmawiałem z nim dzisiaj rano… — wydusił Damian, po krótkiej chwili otępienia.
Arkadiusz przerzucił na niego pytający wzrok, jakby dopiero w tym momencie uświadomił sobie jego obecność.
— Co mówił? — spytał, a w jego głosie nie było słychać żalu nad tym utraconym życiem, a jedynie chłodną, zawodową powinność. Być może chłopak zdradził coś, czego Damian nigdy nie powinien usłyszeć.
— Bał się. Był przerażony — odpowiedział Damian, nie odrywając wzroku od martwego ciała, które runęło na posadzkę jak kłoda, kiedy Sebastian odciął linę. Stłumiony łomot odbił się echem w głębi jego żołądka.
Arek podszedł bliżej. Kucnął przy ciele, dokonując powierzchownych oględzin, jak technik, który ocenia awarię maszyny.
— Coś jeszcze? Pytał o kogoś?
Damian przecząco poruszył głową.
— Wspominał tylko o długach — dodał, poprzedzając słowa chwilą ciszy. — Co on tutaj właściwie robił? Często mijałem go na korytarzu, ale nie pracował w klubie.
Arkadiusz obdarzył go spojrzeniem pełnym zgorszenia, jakby poruszony temat był w tym miejscu surowo zakazany.
— Miał dużo, różnych zadań — Sebastian rzucił odpowiedź przepełnioną jawną pogardą, nawet nie siląc się na ukrycie drwiny. — Kto go teraz zastąpi? — Tym razem zwrócił się do Arka, a jego oblicze stało się nagle poważne i naznaczone widoczną obawą. To było jak kropka nad „i”. Egzystencja tego, biednego chłopaka została zredukowana do roli narzędzia w trybach mechanizmu. A przecież w innym świecie stanowił dla kogoś fundament życia. Musiał być dla kogoś synem, bratem, przyjacielem – nieodłączną częścią czyjejś historii. Ale w tym miejscu cały ten ciężar ludzkich więzi zanikał, był bez znaczenia.
— Może ty?! — warknął Arek, patrząc na Sebastiana w sposób, który dawał jasno do zrozumienia, że minął czas na żarty i jałowe pytania. Sebastian z cichym posłuszeństwem ujął denata pod ramiona i bez słowa powlókł jego martwy ciężar w głąb korytarza.
Arkadiusz wstał, mierząc Damiana wzrokiem pozbawionym litości.
— A ty, co?! Przyszedłeś popatrzeć, czy chcesz pomóc?! — Skinął głową w stronę kolegi, który w ciszy, lecz z ogromnym wysiłkiem, wlekł zwłoki.
Damian z trudem przełknął ślinę, czując narastający ucisk w gardle, a jego źrenice rozszerzyły się pod wpływem stresu.
— Zapomniałem telefonu. Sory, już spadam, na razie.
Arek nie odpowiedział. Śledził bezwzględnym wzrokiem, jak Damian powoli się wycofuje, skręcając w alejkę, która prowadzi do toalet dla personelu. Kiedy znikł z jego pola widzenia, Damian gwałtownie przyspieszył. Prawda uderzyła go z brutalną siłą: to, co działo się w ukrytych zakamarkach „Dekadencji”, było poza wszelką logiką, poza prawem i poza ludzkim pojęciem. Ten zgon na pewno nie był tutaj odosobnionym przypadkiem. To była nagminna cena, jaką płaci się za niewłaściwe znajomości w tym miejscu. Czymże był on sam, jeśli nie kolejnym trybikiem, którego życie mogło się skończyć jednym, mściwym skinieniem głowy? W tej chwili postanowił, że nigdy do tego nie dopuści. Odtąd będzie działał z ostrożnością, bezwzględnie trzymając się cienia, dopóki nie znajdzie sposobu, by dobrowolnie opuścić to siedlisko zła i upadku.
Komentarze (9)
Cześć, tu kulfon. Nie gniewaj się za słowa szczerości na forum skurwi3lityków ;)
No proszę, dziś się zastanawiałam, kto kryje się za tym nickiem, taki z Ciebie kowboj? :>
Dalia mam kolta dużego kalibru hahahahahha
Dalia pierdol tamten portal, nic mądrego u nich nie znajdziesz
Czasem fajne zdjęcia wrzucają :)
Szanuję, w tych czasach o to ciężko :)
nie jest łatwo, posiłki skromne czasem, ale warto być sobą ;)
Niezłe jest to, że dobrze u Ciebie widać progres w pisaniu przy kolejnych seriach tekstów (choć i tu piszesz dobrze). Bo tu ewidentnie przyklejasz zbyt dużo słów. Nie jakieś wielkie rzeczy, małe dopowiedzonka. Pamiętam że w "Odwróconej perspektywie" nie miałam takiego wrażenia.
Wkleję parę przykładów, żeby było jasne co mam na myśli.
"Damian dał się ponieść nurtowi ciekawości" (lepiej bez "nurtowi").
"To była nagminna cena, jaką płaci się za niewłaściwe znajomości" (bez "nagminna").
"Jakub bardzo rzadko go odwiedzał, więc jego widok, bezceremonialnie grzebiącego w jego prywatnych rzeczach," (bez "prywatnych").
"Jakub nie odpowiedział od razu. Skrępowany własnym zażenowaniem, przeciągnął dłonią po twarzy, jakby chciał zetrzeć z niej wstyd." (Albo bez "własnym zażenowaniem" albo po prostu "zażenowany przeciągnął"
To są drobiazgi, ale jest ich sporo, przez co tekst jest mniej płynny a słowa wybijają się nad obrazy.
Cieszę się, że zwróciłaś na to uwagę. Z perspektywy czasu również to dostrzegam. Też mam wrażenie, że w kolejnych powieściach widać progress – dlatego tak bardzo doceniam szczere opinie i konstruktywną krytykę. Dziękuję! :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania