Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

DEMONICZNA WATAHA II: DOLINA CIENI.

DEMONICZNA WATAHA II: DOLINA CIENI.

 

Z Dedykacją dla Użytkownika opowi.pl : ~Czerwonygekon2, bez Którego... ściana zieleni, mogłaby nie okazać się Przerażającą.

 

I. Zwyczajny głód:

 

Ciemność, potrafi zaskoczyć nawet najbardziej przygotowanych, aby powierzyć jej siebie samych. Obecność pośród niej, powoduje w ludzkich oczach przejaw wyostrzenia uwagi, porównywanego z tradycyjnie wykonywaną, Japońską stalą. Dlatego mało kto się zastanawia, czy gdyby zieleń, stanowiąc mrok, mogła czynić to własną dotkliwością: byłoby to sensem życia... a jeżeli tak: czy po raz ostatni?..

 

Dobrze znali codzienność, nie mniej, od niej samej. Wychowała się tutaj. Znała te leśne zarośla, a mimo wszystko: biegnąc na oślep, z trwogą otwartymi oczami, dostrzegała jedynie wyrastające na jej drodze szarością, jakby wyskakujące zza siebie wbrew jej uwadze, pnie drzew. Plątanina krzaczych odrostów, smagając boleśnie jej smukłe ciało, zdawała się pozostawać obojętną wobec jej cierpień, jednocześnie: każąc się nie zatrzymywać. Nie mogła przecież spostrzec dwóch z pięciu umięśnionych sylwetek, brnących zawziętymi susami, po obu jej stronach, usiłując pozostać jednocześnie niezauważonymi, zupełnie nie zawracając sobie głów powątpiewaniem w nie zdradzenie ich zamiarów, szelestem leśniej ściółki, krótkotętniącym ich stanowczymi krokami. Ginąc poza zasięgiem jej zmysłów, zamilkły zupełnie. Wykonując zgrabny sus, chciała jedynie zrozumieć, z jakiego właściwie powodu, co boleśnie ściągnęło ją przerażonym piskiem ściśnitego gardła, pośród majestatycznie wznoszących się drzew.

 

Stado wilków, goniąc za sarną, czyniło to jakby powodowane ich własną naturą. Zastawienie zasadzki, było dla nich oczywistym: dwie flanki nadbiegające, gdy posiłek straci czujność, jedna flanka powalająca: dokładnie z tego powodu, a na wypadek odkrycia zamiarów: jeden z myśliwych, nie przerywający skupienia. Każdorazowo: skutkowało to przekoziołkowaniem z zębiskami, zaciśniętymi na gardle sarny: zupełnie... jak obecnie.

 

Rozszarpując podrygujące smutno futerko, nie zdawali sobie sprawy, że zanim serce przestanie bić: ich obecny posiłek, nie tyle stanowi jeszcze do niedawna popiskującą ofiarę, duszoną ściskiem wilczych szczęk. Możliwe, że sam Leszy, w ten sposób: karmił swoje dzieci... ich własnym życiem.

 

Ten wapień był innym, od przeciętnie kruszących się, walając pośród leśnej gęstwiny. Będąc idealnie białym, często mylony przez postronnych turystów ze zwyczajnie gipsowym odlewem, stanowił własną postacią nieporównywalną z nim twardość. Mimo wszystko, pieczołowicie rzemieślniczy kunszt, choć nie bez trudu: zdołał mu nadać postać wilka, nawołującego przeciągle gardłowym wyciem, przysiadwszy na skalnym występie. Stojąc samotnie, posiadał ku temu powód. Pilnował jedynie pradawnego miejsca pochówku, przez ludzi: zwanego kurchanem, dla niego samego: będącego spoczynkiem, pośród własnego życia. Zgodnie z wolą Ojca: postawnego, leśnego ducha: o ciele wykręconym pradawnymi korzeniami i obliczem zdobnym ogromnym, jelenim porożem: zwał się Leszym. Od dawien dawna uważano każdy las, za jego włości. Każdą istotę go zamieszkującą: za jego dziecię. Każdego, kto zachwiewa bieg życia natury: za winowajcę, jak głoszono: " stanowiącego jej część ". Niekiedy, nawet bratni mu Utopiec okazywał ku temu przychylność, wciągając ich oblicza ku wartkiej toni pobliskiego strumienia. Najczęściej jednak, nie zdając sobie sprawy z własnego nieszczęścia, umierali z głodu, błądząc mylnymi ścieżkami, pośród otaczającej ich zewsząd, ściany zieleni. Rzadko zdarzało mu się przywdziewać dusze zwierząt, pełniących pośród jego włości życie pozagrobowe, w empiryczne powłoki, pozwalające im pomścić każde, dokonane przewinienie. Owszem: było to niezbędne, jedynie z powodu kłątwy: rzuconej przez głupców, święcie przekonanych, że paranie się czarną magią, jest w stanie zmienić ich życie. Cóż... jak sam uważał: " chcieli, to niech mają... " a że mieszkańcy lasu nie mogli w tym uczestniczyć, sam kazał im " sobie mieć skądkolwiek indziej ".. zatem: miewali. Często. Dziwiło go niekiedy, po co im tyle zabijania. Nie mniej jednak: dopóki nie krzywdzili natury, nie mógł im jakkolwiek inaczej pomóc, poza wysłanie dusz, w imieniu ich ofiar. Przynajmniej... ginęły w zgodzie z naturą, a skoro były im potrzebne: oszczędzały tym samym mieszkańców lasu, stanowiąc swą groteskową harmonię. Z tego powodu: postanowił dać im spokój, przechodząc w toń rześkiego półmrokiem koron drzew powietrza, jakby tkwiącego w ziemi balami spękanych korą pni.

 

Nawet nie liczył, którą z kolei była jego narzeczoną. Milczeniem zbywał nawet fakt, że jej koścista aparycja, ma dla niego takie znaczenie, jak gnój rozrzucony na polu, stając się nią samą: przechodzący w ziemniaki. Kolor włosów, oczu, status finansowy... kim są jej rodzice, czy jest matką, czy nie kłamie, że posiada uczucia, twierdząc, że go kocha... bla-bla-bla... a o wiele szybciej: zupełnie bez znaczenia, przy czym: już kilka " miłości swego życia " uprzednio, postanowił sprawdzić, czy wilki: preferują ogryzanie kości, a może... bardziej rubensowskie kształty?.. Eksperyment zaskoczył go dotkliwie, gdy spostrzegł, że nawet znaczna ilość silikonu w cyckach, nie pozostaje poza rwanien ich głodem, tylko aby go zaspokoić. Zjadali poprostu wszystko, co ociekając krwią, jeszcze do niedawna tętniło życiem, wiodąc je także zawodowo, pośród momentów zanudzania go wlokącymi się opisami jego przebiegu. Z czasem uznał, że także z tego powodu... zwyczajnie za nimi nie tęskni...

 

Zawsze było tak samo. Jakaś cizia, sikając ze strachu, zbudzona wyciem zewu natury, zaczęła wścibiać zgrabny nosek w sprawy, przekraczające możliwość jej pojmowania, dlatego: kończył on w wilczym gardle. Chcij ich dobra... karm sforę przydrożnymi dziwkami, zwożonymi w bagażniku... ale nie: muszą się zaspokoić, dając upust ich własnej ciekawości, jakby nie wyobrażały sobie, że wcale nie muszą ich zastąpić... Powodowało to, że mimo kłamstw, starał się do nich nie przywiązywać. Dzisiaj był Edward, następna będzie żyła w przeświadczeniu, że Janusz... a zanim klątwa, przypadkiem przesadzona obrzędem przez jego babkę zamilknie: pełne koło możliwych imion, powtórzy się z jego ust, stanowiąc łamy nieskończoności. Także dlatego: oprócz macania ich, gdzie tylko miłość pozbawiała zahamowań: czasami, bez informowania o własnym zniechceniu: pchał kutasa w zgrabne tyłki i pełne usta: nic więcej. Nie mogły przecież zacząć czegokolwiek podejrzewać, czując się odrzucone... zupełnie:.. nie kochane... prawda?

 

Z czasem wilki, których ciało stanowiło, jakby nie patrzeć: leśne runo, poszycie... igliwie zamiast sierści... o!: toczone biegiem nurtu strumienia Utopca, purpurowe kamyki, zamiast ślep... stały się mu o wiele bliższymi, niż kłamstwa uczuć, którymi ich zwierzyna: zdawała się sama okłamywać, żyjąc tym przeświadczona, że prawda: zabierze im życie. Jak na ironię:.. tak właśnie jest. I dopiero, chyba po trzydziestej z nich uznał, że tak bardzo są samymi sobą, tkwiącymi w ich knąbrnych odbiciem w lustrze osobowościach, że w inny sposób, zwyczajnie: nie zechcą zrozumieć.

 

Planowali ten wyjazd od dawna. Formalności, praca... wszystko zdawało się sprzeciwiać, jakby cały świat zprzysiągł się przeciwko niej. Skutkowało to, że stanowczy sprzeciw jej przełożonego, musiała pokwitować gromkim " spierdalaj ": nakazując mu, aby wydał rozkaz ruszenia zgrabnych tyłków do pracy swoich ulubionych ślicznotek, zamiast kazać jej uzupełniać powodowane ich lenistwem braki. Obecnie: chciałaby mieć czas, aby móc zdąrzyć tego pożałować. Nie będąc w stanie wybrnąć z obsesji krótkich kiecek, po raz kolejny boleśnie runęła na leśną ściółkę. Czuła, iż pulsujący pusto ból, zdaje się trzymać jej kostkę, owiniętą w przerażający sposób o wystający z ziemi konar drzewa, sprawiającego wrażenie stanowienia tego lasu, jako pierwsza z tyczkowacie zapałkowatych sadzonek, która obecnie: górując nad jej ciałem rozłożystą koroną, pozwalał jej ukryć się przed uwagą pogoni, swym zaledwie kilkumetrowej średnicy, spękanym pniem. Starała się opanować oddech, a im bardziej przestawał on zdawać się dźgać morykortią jej płuca, tym przenikliwszy ból ściskał jej umysł szponami. Odwaga skierowania tam spojrzenia, odeszła wraz z jej świadomością, na widok ostro złamanego odcinka mętnożółtej kości, oddychającego przez ziejącą szkarłatę ranę, ponad jej kostką. Utknęła, skupiając wzrok w prześwitach leśnej osobowości. Nic. Dziwna, uporczywa cisza, jakby zieleń stanowiła utkwiony w czasie kadr, zapomniany kontynuacją. Niestety do momentu, gdy sekwencja dudnienia łap o milczącą ziemię, zacisnęła na jej gardle, zalewający je metalicznymi falami, bezdech... po którym, poczuła takowy ucisk, bezlitosny niewzruszenie, niczym prasa hydrauliczna, odmawiając sprzeciwu, rwący niczym brona powierzchnię spieczonego skwarem pola, jej płaski brzuch. Nie ustępowało to, aż jej umysł, neurotyczne uczucie szarpnięć, sprowadziło do ostatniego, rzężącego oddechu, podczas łamania jej żeber, nieustępliwością wilczych paszczy, blokujących kły o jej żebra, szarpiąc we wszystkie strony.

 

Leżał, jedząc świeże serce. To bardzo niewiele, jednak: zgodnie z hierarchią stada: nie zasługiwał na więcej.

 

Zaintrygowany Leczy, zsunął swą sęczasną dłoń z konaru, pobłażliwie przytakując, niczym dzieciom, podczas robienia twórczo naukowego bałaganu. A razem z nim: odeszły wieści o kolejnej, zaginionej osobie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania