Deus Vult - Capitulum I
Gdy był małym chłopcem, powiadali mu, że daleko na zachodzie, w kraju Sasów, drogi między grodami wyłożone są kamieniem. Miała to być pozostałość po potężnym imperium, które w dawnych czasach rządziło całym światem.
Mawiali, że nie były to zwykłe otoczaki, lecz białe, starannie wyciosane bloki, które, ułożone na wyrównanym piasku, miały tworzyć trakt tak równy, iż jadąc wozem nie czuło się żadnego szarpnięcia.
Matka mawiała, że konie nie gubiły tam podków, ojciec natomiast, że osie wozów na nich nie pękały.
Teraz, stojąc przed samą bramą jednego z owych grodów, Magdeburga, czując w nosie mieszankę smrodu rzecznego mułu, ryb i dymu z tysięcy palenisk, Jaromir zrozumiał jedno.
Wszyscy, od samego początku, go okłamywali.
Trakt od samego Gniezna przypominał wyjątkowo rozwodnioną gnojowicę, w którą zapadało się po kolana. Przejechać konno nie szło, koń stawał, rżał, skarżył się. Trzeba było go lać, aby przebył kilka kroków więcej, lecz po chwili i lanie nie pomagało.
Jaromir zszedł więc ze zwierzęcia i resztę drogi pokonał na własnych nogach, ciągnąc gniadosza za uzdę.
Nie przeszedł tak daleko, gdy postanowił całkiem zejść z drogi i iść poboczem, które – mimo że zarośnięte – dawało pewniejsze oparcie.
Nie był jedyny w tym pomyśle, właściwie każdy mijany przez niego człowiek mówił to samo – że nastały takie ulewy, iż nie ma jak jechać wozem, choćby i stado koni ciągnęło.
Dla kupców była to tragedia.
Dla dzieciaków z mijanych chat świetna zabawa.
Dla Jaromira zbawienie. Błoto spowalniało bowiem pogoń.
Splunął, patrząc na mury przed sobą.
Tak, były kamienne. Widział masywne, surowe bloki piaskowca i wapienia, kładzione na grubą warstwę zaprawy.
Mur jednak był zielonkawy, popękany, miejscami porośnięty mchem, z widocznymi śladami zacieków po deszczu. Nie był wysoki, widać było stąd dachy co wyższych zabudowań.
W nierównych odstępach stały kwadratowe, przysadziste baszty, podziurawione wąskimi otworami strzelniczymi.
W jednym z otworów Jaromir dostrzegł błysk stali – to wyglądał jeden ze strażników, wypatrując na horyzoncie zagrożeń.
A powiadali mu, że mury będą wysokie, równe. Białe, bądź szare. Że baszty będą w równych odstępach, a na każdej zawieszony będzie wielki, powiewający proporzec.
Brama wyglądała bardziej jak wejście do jaskini. Zakratowane solidną broną, lecz jednak. Nie było zdobionych, drewnianych wrót z wizerunkami dawnych królów.
A powiadali mu…
Koń zarżał, szarpnął łbem, zdawało się, że zaraz wyrwie się, by stanąć dęba, lecz Jaromir uspokoił go.
- Spokój, Boruta – szepnął do zwierzęcia.
Jaromir ruszył, gdy tylko usłyszał gdzieś w oddali uderzenie pioruna.
Miał już dość deszczu. Zmókł w Gnieźnie, potem po drodze podczas ulewy, następnie gdy wpadł dwa razy w ciągu jednego dnia do rzeki, a ostatnio wczoraj, gdy Boruta wepchnął go pyskiem do stawu w którym obmywał twarz.
Teraz chciał wyschnąć.
Minął strażników, którym oczy same zamykały się ze zmęczenia. Jeden z nich rzucił mu szybkie spojrzenie, po czym wrócił do ziewania i drapania się po rzyci.
Gdy już minął mury, czekało go zaskoczenie.
Przywykł do Gniezna, gdzie po przekroczeniu bramy wchodziło się na otwarty plac otoczony zabudową. Na placu tym zbierały się grupy, które później opuszczały gród – kupcy z wozami, baby idące grzybów szukać w lesie, czy zbrojne drużyny.
Magdeburg jednak przywitał go wąską, obskurną uliczką.
Wielopiętrowe chałupy były tak ciasno zabudowane, że ich wyższe, nachylające się ku sobie piętra niemal stykały się ze sobą, blokując dostęp światła.
Było ciasno, ciemno, śmierdziało.
A powiadali mu…
Lecz przynajmniej było sucho.
Tu, wewnątrz murów, w końcu postawił nogę na bruku. Nie takim, jak mu mówili, były to zwykłe kocie łby, pomiędzy którymi stała jakaś czarna, gęsta maź, lecz zawsze.
Środkiem uliczki biegł płytki rynsztok, którym leniwie płynęła mętna breja. Jaromir po samym zapachu domyślił się, co ów rynsztok wypełnia.
Na domiar złego dookoła niego pojawiło się znikąd mnóstwo ludzi. Przekupki o czerwonych od darcia się twarzach, które chciały mu sprzedać rzepę i marchew, pachołkowie w krótkich tunikach, targający gdzieś ciężką beczkę ze środka której dochodził odgłos chlupoczącej cieczy – pachołkowie owi wykłócali się przy okazji o podział zawartości beczki -, cała zgraja dzieci bawiących się, że jeden drugiemu patykiem przebija brzuch, a pod nogami świnie i kury.
Każdy wydzierał się, wystrzeliwując dookoła plwociny i śmierdział niby górskie kozy.
Jaromir co chwilę spoglądał za siebie, czy aby nikt nie grzebie mu w jukach. Faktem, że nic takiego tam nie miał, lecz szkoda byłoby mu stracić choćby i drugie onuce.
Wokół siebie słyszał głównie saską mowę, której trochę rozumiał, lecz też i inne języki. Jedne jeszcze twardsze, inne jakieś dziwne, przywodzące na myśl bardziej warczenie, jeszcze inne śmieszne, brzmiące jak dźwięki wydawane przez niemowlęta, nim te nauczą się słów.
Większość tłumu maszerowała w jedną stronę, w którą i on się skierował.
Nauczony doświadczeniem, wiedział, że ludzie lgną na targi, do karczm, czy zamtuzów. Czyli każdego z miejsc, które chętnie by odwiedził.
Intuicja go nie zawiodła. Dość szybko znalazł się na otwartym placu, otoczonym ratuszem, kościołem i bogato zdobionymi murowanymi kamienicami. Plac sam w sobie pokryty był niezliczonymi straganami.
Zapachy jedzenia mieszały się ze smrodem gówna, okrzyki handlarzy z wrzaskiem bachorów, kolorowe daszki kramów z szarością kamienia pod nogami.
Wszedł między ludzi, nadal ciągnąc za uzdę Borutę, na co część ludzi zareagowała krzykami i pretensjami. Prawdopodobnie tutejsi dawali swe konie gdzieś do przypilnowania, nim sami udali się by kupić co niezbędne.
On jednak nie miał tego luksusu. Nie było go stać, by zapłacić komuś za pilnowanie zwierzęcia. A sama myśl o tym, że ktoś mógłby go ukraść przyprawiała go o ból głowy. Nawet nie zastanawiał się nad taką możliwością, wiedział bowiem, że gdyby do tego doszło, równie dobrze mógłby rzucić się na swój własny miecz.
Za te kilka monet które mu pozostały zakupił dwa bochny chleba, kawałek pieczonego mięsiwa i cztery groty do strzał. Strzały mógł zrobić, a same groty były tańsze. Kupcy co prawda kręcili nosem, gdy pokazywał im swe mieszkowe denary, tu widocznie ich nie używali, lecz szybko znalazł Czeskiego kupca, który przyjął srebro z uśmiechem.
- Tyś Lęchita? – spytał Czech, licząc monety.
- Lęchita – potwierdził Jaromir.
- Z koněm mezi kramy nechodź. Nie wolno – uprzedził kupiec.
- Nie mam gdzie zostawić. A i nie będę tu długo, już wychodzę, tylkom chleba szukał.
- Niechaj ci Bog błogosławi, Lęchito. Nasz, iże na krziżu umeńczon, ne te wasze... bo wasze to bluźnierstwo – rzucił jeszcze Czech, gdy Jaromir już się oddalał.
Na bogów, już widział uliczkę w którą miał się udać. Już kierował się tam, nie odpowiadając na zaczepki baby, co to chciała ryb mu sprzedać tak tanio, że aż dopłacała do interesu. Już niemal wyszedł spomiędzy kramów, odpychając od siebie głodnego, umorusanego dzieciaka, co to wystawiał ręce po srebro.
Brakowało może dwudziestu kroków, gdy usłyszał za sobą szorstki rozkaz.
- Halt! Co to ma się znaczyć!?
Odwrócił się. Cóż go skłoniło, by się obrócić, zamiast iść dalej?
Zauważył zmierzającego w jego stronę jegomościa. Odzianego w czyste, niebieskie szaty, z księgą w ręku.
- Koń! – wrzeszczał sam do siebie mężczyzna. – Konia wprowadził! Barbarzyńców wpuścić do miasta! A potem dziwota, że śmierdzi, że brudno, że gówno na ulicach leży!
Mężczyzna w końcu podszedł do niego, wyprostował się, chrząknął.
- Jestem Ulrich von Quedlinburg! – wrzasnął. – Ministerialis Arcybiskupi, strażnik Miejskiej Księgi Dłużników i poborca myta bramnego, wagowego, oraz od obcej broni!
- Miło mi – odparł Jaromir.
- Miło, a wstyd być powinno! – oznajmił Ulrich. – Konia nie wprowadza się na plac! Chyba, żeś opłacił myto, o co cię nie podejrzewam.
- Nie miałem gdzie zostawić.
- W byle karczmie! Chłopcu stajennemu było kawałkiem srebra zapłacić. A tak nie ma bata, kara będzie.
- Kara? – Jaromir aż uniósł brwi. – Biczować mnie będziecie?
- Coś ty, głupi!? Czternaście denarów.
Jaromir prychnął.
- Jakbym miał czternaście denarów, to bym sobie życie na nowo ułożył – oznajmił.
- Barbarzyńcy… - mruknął pod nosem Ulrich, po czym wrócił do wrzasków. – Trzy dni, od jutrzni do nieszporów, będziesz z łopatą i szuflą po rynsztokach i placach końskie szkaradzieństwo zbierał, byś poznał, jaka jest cena za miejską czystość i prawo nasze! Wtedy płacić nie musisz!
Jaromir stał przez chwilę bez ruchu, zastanawiając się, czy ten człowiek mówi poważnie, czy też zwariował.
- Trzy dni zbierania końskiego gówna? – spytał.
- Trzy dni! – potwierdził Ulrich, otwierając buteleczkę, którą miał u pasa, w zawartości której zamoczył pióro. – A jeszcze mi tu zacznij mądrego udawać, to będzie i pięć! Miano podaj!
Ulrich nachylił pióro nad papier i czekał.
Jaromir popatrzył to na niego, to na księgę, po czym postanowił, że najlepszym wyjściem będzie po prostu oddalenie się i udawanie, że nic nigdy się nie wydarzyło.
- Miano! – ponaglił Ulrich.
W tym momencie Jaromir uznał, że poczęstuje Sasa tym, co jego kraj ma najlepszego. Piękną mową Lechitów, której ci się nasłuchali, gdy zmierzchali spod Cedynii.
- Pierdol się – odparł Jaromir, obracając się na pięcie.
Już miał się oddalić, pociągając za sobą Borutę, gdy poczuł uścisk na ramieniu.
- Halt! – wrzeszczał Ulrich. – Straż! Zatrzymać go!
Jaromir nie czekał ani chwili. Złapał mężczyznę w pasie i uniósł. Ten wrzeszczał i machał rękoma i nogami, lecz to mu nie pomogło – chwilę później wylądował w pobliskiej beczce z kiszoną kapustą, którą Jaromir natychmiast przykrył wieczkiem.
Kupiec zaczął wrzeszczeć, że kapusta się rozlała, kto zapłaci, lecz Jaromir i Boruta już oddalali się w kierunku ciemnego zaułka.
Oczywiście, że strażnicy musieli być tuż obok. Oczywiście, że musieli go zatrzymać, otoczyć, powalić na ziemię.
Zaczął krzyczeć, przeklinać wpierw tak po prostu, potem ich samych, na końcu ich matki.
Boruta, za co Jaromir postanowił, że gdy tylko z tego wyjdą, da mu stos jabłek, kopniakiem położył dwóch, który przyciskali go do ziemi. Lecz wkrótce do ogiera dobiegło dwóch kolejnych zbrojnych, którzy narzucili mu worek na głowę.
Z beczki z kiszoną kapustą wychodził właśnie Ulrich, drący się wniebogłosy.
Gdy prowadzili go do ciemnicy, Jaromir zastanawiał się, czemu wtedy się obrócił.
*
Ciemnica nie była ciemna.
Miała mały otwór pod sufitem, przez który wpadało odpowiednio dużo światła, by oświetlić całe pomieszczenie.
Dzięki temu widział wilgotny kamień, z którego były zbudowane ściany, kamienne płyty podłogi, mokrej od szczyn sąsiadów z cel obok, stare gówno leżące od nie wiadomo kiedy pod jedną ze ścian, a także dwa pulchne szczury, które ową pozostałością po poprzednim skazanym, były żywo zainteresowane.
Gdy tylko wrzucili go do środka i zamknęli kraciaste drzwi, myślał, że to koniec. Że za chwilę go powieszą. Jednak jeden z sąsiadów, koniokrad, poinformował go, że to mało prawdopodobne, że najpewniej czeka go zwykła chłosta.
- Dzięki za pocieszenie – rzekł w jego stronę Jaromir.
Nie minęła długa chwila, zdążył tylko raz oddać mocz do drewnianego wiaderka w rogu, gdy na korytarzu rozległy się odgłosy kłótni.
Zaraz potem kraciaste drzwi do jego celi otworzyły się, a do środka wpadło dwóch strażników, którzy usadzili go na wniesionym krześle. Stanęli po obu stronach, pilnując go.
Zaraz za strażnikami weszła trójka ludzi. Gruby możnowładca, Ulrich, nadal śmierdzący kapustą, oraz kolejny, wysoki z podkręconym wąsem.
Ten z wąsem powiedział coś w dziwnej mowie, na co gruby odpowiedział mu równie niezrozumiale.
Następnie gruby spojrzał na Ulricha.
- Jesteś pewien? – spytał.
- Jestem – odparł Ulrich.
Gruby przekazał coś temu z wąsem, na co tamten nachylił się nad Jaromirem i zaczął mu się przyglądać.
W końcu rzekł coś, wypuszczając z ust smród cebuli.
- A temu o co chodzi? – spytał Jaromir, kierując pytanie w stronę Ulricha i grubego. – Nie jestem biegły w jego mowie.
Ulrich aż się uśmiechnął.
- Mówiłem! Oszust! – wrzasnął. - Gdy spytałem go o miano odparł Pierre de Dol-Sillé! Słuch nadal mam dobry, nie może być pomyłki! A ten nawet Frankijskiej mowy nie zna!
- Chciałeś podszyć się pod Bretońskiego szlachcica, by uciec od myta? – spytał gruby.
Jaromir był zdezorientowany.
- Nie… Ja tylko…
- Gdybyś myta nie zapłacił, byś chłostę dostał. Ale udawanie szlachcica to poważne przewinienie – uprzedził gruby.
Ten z wąsem zaczął coś gderać pod nosem.
- Stryczek! – syknął Ulrich.
- Zobaczymy – uspokoił go gruby. – Na razie pozostaniesz w celi, barbarzyńco. W kilka dni ustalimy co z tobą zrobić.
Wyszli.
Zapomnieli zabrać krzesła.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania