Diabelne wyzwanie
To był piękny dzień. Byliśmy tam w trójkę. Ja, Lili i Mihif. Szliśmy do domu mojego wujka. A raczej do tego co z niego zostało. Chcieliśmy spędzić noc w resztkach jego starej rezydencji. Po co? Dla subskrybcji oczywiście. Mój kanał o miejskich legendach mógł, dzięki ostatnio bardzo głośnej historii pięknie się wybić na tym nagraniu. Był o tym film, książka, gra, jednak mało kto wiedział, że to wydarzyło się naprawdę, a jeszcze mniej osób wie gdzie się wydarzyła. Gdybym spędził noc w takim miejscu to mój kanału na you tube, z 110 000 skoczyłby nawet do miliona widzów. To mógłby być niemały hit. Dodatkowo miałbym dzięki temu górę pieniędzy z reklam. Dlatego wziąłem ze sobą moją dziewczynę i najlepszego przyjaciela, rozreklamowaliśmy nieco tę wyprawę i ruszyliśmy.
Ale gdzie moje maniery, nawet się nie przedstawiłem. Jestem Booker, mam 15 lat i w tym roku kończę gimnazjum. Mam sporo znajomych i często chodzę na imprezy, a moim ulubionym zajęciem jest prowadzenie kanału o legendach miejskich, creepypastach, okultyzmach itp. Oczywiści w przeciwieństwie do Mihifa wiem, że to kłamstwa i wymysły.
Mihif to cygan w moim wieku. Jest przesądny jak cholera i zawsze nosi przy sobie trochę dziwnej substancji we flakoniku na szyi (według plotek to jego krew), nóż i czterolistną koniczynę. Dziwak z niego, ale lubię go. Zna sporo ciekawych historii.
Lili zaś jest moją dziewczyną. Bywa czasami zarozumiała, ale w sumie lubię to w niej. Słabe babki, które płaczą i uciekają przez byle głupotę już mnie męczą.
Tak więc po krótkim, bo pół kilometrowym marszu doszliśmy do tej opuszczonej już rezydencji. W sumie była w dobrym stanie, wcale nie przypominała domu jakiegoś Draculi. Duży, solidny, z lekko już złuszczoną farbą, dużym, ale mającym sporo chwastów ogródkiem. Miał sporo dobudówek, a ściany nosiły jeszcze ślady bielenia sprzed kilku lat. W sumie chciałbym mieć taki dom jak ten. Mały remont i byłoby pięknie.
Tak więc weszliśmy do budynku i zaczęliśmy nagranie. Na początku znaleźliśmy się w sporej i lekko zapleśniałej, ale całkiem ładnej sieni. Wstrzymałem oddech, czując że coś zaraz mnie zaatakuje. Po chwili je wypuściłem, żeby nikt nie zauważył że boję się byle czego. Czytam za dużo creepypast. W sumie przez większość czasu nie działo się nic ciekawego. Po prostu chodziliśmy po cichym, pustym, ciemnym domu. Zwiedzaliśmy dobudówki, obejrzeliśmy zagraconą i zatęchłą piwnice, wywołaliśmy w jeziorze miejscowy odpowiednik Krwawej Mary, potem mindnight-mana, poczytaliśmy księgę Jeffa Killera, nakłuwaliśmy nawet palce, żeby zwabić wilkołaka. Oczywiście nikt nie przyszedł. Nie była to wielka niespodzianka. W końcu skończyły nam się pomysły i siedzieliśmy tak, znudzeni tym wszystkim. Zacząłem się zastanawiać dlaczego sto jedenaście tysięcy osób tak chciało to oglądać. Dom był ładny, ale mały i zaniedbany. Nie było czego w nim pokazywać. Przyznam, że trochę się bałem, ale tylko z początku, później rytuały stały się powszednie. Siedzieliśmy pijąc zabrane z domu napoje, czekając aż ktoś na coś wpadnie. Zaczęliśmy rozmawiać, w sumie bez tematu, o wszystkim i o niczym. W końcu rozmowa zeszła na religie. Zaczął ją Mihif
-A czy wy wierzycie w to wszystko? W Boga, w diabły, duchy i w ogóle?
-Jasne że nie - żachęła się Lily- To wszystko głupoty, które można włożyć między bajki. Allach, Jachwe, Konfucjusz, Jezus, krwawa Mary, Jeff. Wszyscy są warci tyle samo. Nie poświęcam im nawet splunięcia.
-A ja jak najbardziej. - Odparł Mihif. - Skoro są dowody na to, że na świecie jest Bóg i jest szatan, to czemu nie miałoby być duchów, stworów i tym podobnych? Wiem, że tylko część z nich jest prawdą, i to zresztą niewielka, ale coś w tym musi być. Przecież gdzieś te dusze muszą trafiać - Lily chciała coś odpowiedzieć, więc zwrócił się do mnie. - a ty Booker?
-Ja sam nie wiem. W sumie za dużo o tym nie myślę. To trudne pytanie.
-To bujdy. Idiotyzmy. Po prostu święty Mikołaj dla dorosłych. Pomyśl przez chwilę. Skoro jest taki dobry to czemu wyznawców innych religii muszą, płonąć w piekle?
Nie wiedziałem co powiedzieć. Mihif wiedział.
-To nie prawda. Takie myślenie to tylko wymysł ateistów i średniowiecznych fanatyków. Wyznawcy a nawet kapłani, z innych religii mogą trafić do nieba, jeśli tylko żyją w miarę zgodnie ze swoim sumieniem i wolą Boga.
-A co ze stworzeniem świata? Przecież ewolucja, to...
-A jak ludzie sprzed tysięcy lat mieli zrozumieć ewolucję? -przerwał jej cygan - Nie rozumieli jak działa ogień. Jakoś trzeba było im to zobrazować.
Taka wymiana zdań trwała jeszcze parę zdań. Lily dawała kolejne argumenty, a Mihif kolejno je odpierał. Pomyślałem sobie, że gdybym to ja był na miejscu któregoś z nich to już dawno byłbym pokonany. A oni trwali w swoich pozycjach. W końcu Lily nie mogła już wytrzymać.
-Tak!? - krzyknęła ostro wkurzona. - To jeżeli on istnieje to niech powstrzyma to!
Podeszła do wiszącego na ścianie krzyża i chwyciła go. Oszczędzę wam okrutnych szczegółów i powiem po prostu, że zbeszcieściła ten przedmiot, narysowała pentagram leżącą na ziemi kredą i zwyzywała Boga, anioły oraz demony, przy czym rzuciła tym ostatnim wyzwanie. Cytuje: „Jeżeli naprawdę jesteście tak potężne to pokażcie na co was stać! Niech spotka nas za to kara! Wyzywam was!”
Mihif wychodził ze skóry, byleby ją powstrzymać. Najpierw próbował tylko przemówić jej do rozsądku, a gdy to nie działało chciał wyrwać jej krzyż. Ona jednak przyłożyła mu nim i jego starania skończyły się na tym, że stracił ząb. Chciał żebym mu pomógł, jednak ja stałem tylko. Nie chciałem wypaść na mięczaka przed dziewczyną, ani na chuja przed przyjacielem. Nie pomogłem żadnemu z nich. Bałem się co pomyśli drugie. W końcu Mihif, widząc beznadzieje swojej sytuacji przeżegnał się, krzyknął coś o utracie duszy i wybiegł z domu. Zostaliśmy tam jeszcze godzinę gadając i także wyszliśmy. Tak skończył się nasz film. Zgodnie z tym co mówiła Lili nie stało się nam nic złego. Aż do końca następnego dnia.
Wtedy właśnie zacząłem czuć się jakby nieswojo. Czułem, że coś jest nie tak już kiedy myłem zęby przed lustrem w swojej łazience. Początkowo myślałem, że tylko znowu coś sobie ubzdurałem, bo podobnie czuję się zawsze gdy przypomina sobie jakąś straszną historie, a dzisiaj dużo rozmyślałem o przedwczorajszych wydarzeniach. Dlatego skończyłem myć zęby, z pewnym trudem opierając się wrażeniu, że moje odbicie na mnie patrzy, i położyłem się spać. Cały czas km miałem wrażenie, że coś nie jest nie tak z moim odbiciem. Nie był to zresztą mój jedyny problem. Mój brat tarzał się cały czas po łóżku, przez co skrzypienie z sąsiedniego pokoju wręcz wgryzało mi się w uszy. Do tego jakieś pijaki hałasowały pod oknem. Długo leżałem próbując zasnąć. Uczucie bycia obserwowanym było okropne. Nie wiedziałem jak długo to już trwa. Myślałem o wszystkim co robiłem przez ostatnie kilka dni. W pewnej wróciłem pamięcią do niezbyt odległej chwili, gdy stałem przed lustrem. Pomyślałem wtedy, że przecież postać którą widziałem przed chwilą w lustrze miała niebieską koszulkę z białą plamą po paście. Spojrzałem żeby sprawdzić czy może ze mnie zeszła. Wtedy ogarnęło mnie przerażenie. Miałem na sobie inną koszulkę! Przestraszony myślałem dlaczego tak jest. Czyżby to był jakiś znak? Ostrzeżenie? A może miało to mnie po prostu zmusić do myślenia o zjawiskach paranormalnych? Gorączkowo próbowałem wymyślić dlaczego moje odbicie miało inny podkoszulek niż ja teraz. I wtedy to sobie przypomniałem. Przecież zmieniłem pieprzoną koszulkę, bo wylałem na nią wodę. Zmęczony i rozgorączkowany przeklnąłem się w myślach, za bycie takim spanikowanym debilem i wróciłem do prób zaśnięcia. Chyba po godzinie pijane dranie poszły i miałem nadzieję na trochę spokoju. Skrzypienie wciąż jeszcze było jednak nie do wytrzymania. Około pierwszej nad ranem poszedłem do jego pokoju, żeby w końcu go uciszyć i uszkodzić jeśli zajdzie taka potrzeba. Przeszedłem przez przedpokój, minąłem salon i doszedłem do jego pokoju. Oczywiście cały czas czułem, że coś wgapia się w moje plecy, bo przecież jakżeby inaczej. Ostro już wkurzony wlazłem do jego pokoju, poszedłem do przed chwilą skrzypiącego jeszcze łóżka i nachyliłem się nad moim wiecznie wiercącym się bliźniakiem. I wtedy przypomniałem sobie coś o czym powinienem był pamiętać. Przecież mój brat spał dziś u kolegi! Wróciło do mnie uczucie, które czułem w sprawie koszulki. Znowu byłem przerażony i tym razem faktycznie miałem do tego powód. Skoro nie on to kto? Rodzice? Jakoś nie mogłem w to sobie uwierzyć. Co miałem zrobić? Chciałem krzyczeć i uciekać, ale w sumie to dokąd, przed czym? Powtarzałem sobie, że to tylko mój tata, albo mama wiercili się na łóżku, choć nie byłem w stanie sam sobie w to uwierzyć. Jako że pod wpływem adrenaliny nie myślałem zbyt logicznie, wróciłem szybko do swojego pokoju. Po drodze popatrzyłem na lustro z przedpokoju. Mogę przysiąc, że coś w nim było. Coś co stało tuż za mną. Widziałem to tylko przez sekundę, ale wiem, że tam było. Ludzka sylwetka o szarym ciele. Nie zwalniając wszedłem do swojego pokoju i wskoczyłem pod kołdrę. W sumie nie wiem po co. Jakby to miało ochronić mnie przed niebezpieczeństwem. Jeszcze jakiś czas leżałem z zamkniętymi oczami, nie będąc w stanie w ogóle myśleć. W końcu jednak, zasnąłem. A właściwie to zemdlałem. Obudziłem się może dwie-trzy godziny później. A w każdym razie czułem się jakby tylko tyle minęło. Z największym trudem podniosłem się na nogi, zjadłem śniadanie i poszedłem do szkoły. Czułem się okropnie, ale nie powiedziałem o tym rodzicom. Musiałem koniecznie spotkać się z Lili i Mihifem, żeby im o tym opowiedzieć. Co jeżeli oni też przez coś takiego przeszli? Zresztą bałem się, że to coś znowu czegoś spróbuje gdy zostanę sam. Cały czas myślałem czy to skrzypienie nie dochodziło jednak z łóżka rodziców. Nie umiałem odpowiedzieć sobie na to pytanie. W drodze do szkoły znów wydawało mi się, że widzę coś w oknie. Mogła to być czyjaś twarz. Po pierwszej lekcji znalazłem mojego przyjaciela siedzącego pod salą. Nigdzie w okolicy nie było Lil. Chciałem pogadać z obydwoma na raz, ale chyba nie będzie to możliwe. Z początku nie chciał ze mną rozmawiać, ale szybko mu przeszło. To dobry chłopak, nie chowa długo urazy. Tak więc opowiedziałem mu o tym co stało się wczoraj w moim domu. O dziwo on nie miał żadnych takich przeżyć. Powiedział, że to odpowiedź na wyzwanie Lily. Ona zapewne przeżyła coś podobnego.
Nie mylił się zbytnio. Na kolejnej przerwie podszedłem do Lily.
-Gdzieś ty był przez całą przerwę? - Niezbyt uprzejmie mnie przywitała.
-Rozmawiałem z Mihifem - odparłem
-Mihif to przecież debil. Udowodnił to przedwczoraj w chatce. Nie mam pojęcia czemu wciąż się z nim zadajesz.
-Ja właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać. Miałaś ostatniej nocy jakieś dziwne zjawiska? - uznałem, że nie warto bronić dobrego imienia mojego przyjaciela, gdy mogło nam grozić coś nie z tego świata.
-Miałam dziwny koszmar - powiedziała, wciąż naburmuszona. - I co z tego?
-Wydaje mi się, że to przez tą całą aferę w chacie.
Tu powtórzyłem jej to co Mihifowi.
-Ech, Booker, jesteś debilem. - wechstneła. - skoro sam powiedziałeś przed chwilą logiczne wytłumaczenie, to dlaczego w nie nie wierzysz? Poza tym byłeś przestraszony i mogłeś ubzdurać sobie tą sylwetkę w lustrze. A ja miałam tylko zły sen. To o niczym nie świadczy. Lepiej wyluzuj się zanim całkowicie ci odbije. - uśmiechnęła się pocieszająco - może chodźmy dziś do kina?
Zgodziłem się, ale nic nie było w stanie mnie uspokoić. Obiad zjadłem sam, cały czas rozmyślając. Do końca lekcji nic więcej się nie stało. Starałem się ignorować uczucie obserwowania. Po prawdzie Lily wyglądała na zaniepokojoną, choć mogła to być tylko moja wyobraźnia. Gdy skończyłem szkołę resztę dnia spędziłem w necie szukając informacji i duchach i demonach. Oczywiście nie znalazłem niczego czego dotąd bym nie wiedział, oraz mnóstwa wymysłów. Cały czas myślałem czy to wszystko jest realne. O niczym jednak nie powiedziałem rodzicom. Bałem się, że zamknął mi kanał, albo oskarżom o to Mihifa, przez co nie będę się mógł z nim spotykać. Zasnąłem jeszcze o 20.00 kiedy było całkiem jasno, jednak w nocy obudziłem się. Pewnie zabrzmi to jakbym był tchórzem, ale serce skoczyło mi wtedy do gardła. Coś stukało w moje okno. Słyszałem jakieś o potwornie wysokie dźwięki, z pokoju brata. Jakby słowa. Ich ochrypłe, piskliwe głosy zdawały się mówić "uciekaj stąd", "uratuj się", "on cię zabierze". Były takie odległe i niezrozumiałe, ale wiem, co słyszałem. Nie wiedziałem co teraz. Byłem już cały w mimowolnych łzach. Nie chciałem już tego słyszeć. Nie chciałem już tego czuć. Miałem już dość strachu. Miałem już dość bólu w moich skroniach. Miałem ochotę umrzeć, odejść, przestać istnieć. Czułem, że mózg mi zaraz eksploduje. Nie mogłem już tego znieść.
I wtedy go zobaczyłem.
Był wielkości normalnego człowieka, półprzezroczysty, purpurowy, lekko unosił się nad ziemią. Nie miał nóg, ale miał chude, wręcz anorektyczne ręce, zdeformowaną końsko-ludzką czaszkę, i wygłodzone spojrzenie. Otaczała go śmiertelna wręcz aura. Poczułem jak się do mnie zbliża, mówiąc coś. Całość trwała może sekundę, potem zemdlałem. Nie wiedziałem czemu wtedy mnie nie zabił, ani co właściwie chciał mi powiedzieć. Na szczęście gdy się już obudziłem był ranek. Nie leżałem daleko od łóżka, dlatego mogłem powiedzieć, że z niego spadłem. Była sobota, a ja i tak byłem umówiony z Lily, dlatego łatwo mogłem się wyłgać i wyjść na dłużej z domu. Spotkałem Lil jeszcze gdy chodziłem bez celu po mieście. Zabrałem ją do pobliskiego KFC i opowiedziałem o tym co stało się w nocy. Wydawała się naprawdę zaniepokojona.
-Booker to już nie jest śmieszne. Ty naprawdę potrzebujesz pomocy psychologa. Czytałam o tym, ale nie wiem czy dam rade ci pomóc.
Gdy to usłyszałem miałem ochotę uderzyć ją w twarz. Jak mogła traktować coś takiego jak zabawę?
-Słuchaj Lili, jestem w niebezpieczeństwie, ty zresztą też. Mihif może być bezpieczny, ale gdy skończy ze mną na pewno zaatakuje ciebie. Nie możesz tak tego ignorować.
-Och daj spokój - westchnęła - Wziąłeś skrzypienie za głosy. Resztę sobie wymyśliłeś pod wpływem rosnącego stresu. Musisz się z tym zmierzyć. Jeszcze dziś pójdziemy spowrotem do tego miejsca i ...Booker? Słuchasz mnie? Halo? Booker? Booker?! BOOKER!!!!!
Faktycznie nie słuchałem jej. Nie przejęły mnie też jej krzyki. Patrzyłem bowiem na stojącego niedaleko ducha z poprzedniej nocy. Unosił się kilka metrów ode mnie. Trzymał w ręce coś małego i czerwonego. Gdy odwrócił to w moją stronę okazało się moją zdartą twarzą. Sięgnąłem skrajnie przerażony do swoich policzków. Były miękkie, czerwone i całe mokre, w klejącej się substancji. Poczułem metaliczny posmak w ustach. Próbowałem krzyczeć, z moich ust nie doszedł jednak nawet jęk. A ból rozchodził się na coraz to nowe partie ciała. Trwało to tak, trwało i trwało. Sam nie wiem ile. Może sekundę, w może całe godziny. Lily mi tego nie zdradziła. Ale on nie atakował. Stał tylko i patrzył. Wydobywał się z niego dziwaczny, regularny, chrapliwy dźwięk. On... On się śmiał. Cieszyło go moje cierpienie. Fakt, że pod paznokciami szalał mi ogień, a w żyłach płynął kwas sprawiał mu, chorą, sadystyczną przyjemność. Próbując opanować ból powiedziałem:
-Dlaczego mnie jeszcze nie zabiłeś?
-Jesteś zbyt grzeczny. - zdziwiłem się, że w ogóle potrafi mówić. Jego głos był cichy, ale wyraźny, przesycony przerażającą energią. - Po śmierci poszedłbyś do nieba. Nie to co ta twoja dziewczynka. Ona będzie należeć do nas na wieczność. Ciebie mogę mieć tylko aż umrzesz. I jestem pewien, że oszczędzisz mi trudu zabicia cię. Niedługo sam to zrobisz.
Mój kciuk pękł jak balonik i wylała się niego krew. Przeszyły mnie dreszcze. Spadłem na podłogę i wreszczie zacząłem krzyczeć.
W końcu zniknął. W sumie nie pamiętam co było dalej. Moje następne wspomnienie to była ławka, na której siedziałem razem z Lilianą. Musiałem jej o wszystkim opowiedzieć, bo nie zadawała żadnych pytań typu: "Co to w ogóle miało być?!". Cokolwiek to było zostawiło mnie w nienaruszonym stanie, poza tym pękniętym palcem, który był już zabandażowany.
Lily mówiła, że sam go sobie odgryzłem, choć tego nie widziała i chyba nie do końca w to wierzyła. Teraz i ona się bała. Poszliśmy razem do Mihifa. Ja opowiadałem, a ona siedziała w koncie jego pokoju i wpatrywała się w podłogę trawiąc to co się stało. Wciąż wierzyła, że dzieje się to w naszych głowach, ja już nie. Mihif od początku wiedział jak jest naprawdę. I teraz był przerażony.
-A-a więc... Myślę, że jest jeden sposób na pozbycie się ich. Musimy iść z powrotem tam gdzie ta się zaczęło i zmusić demony do pokazania się. Wtedy spróbuje go jakoś unieszkodliwić. Lily idziesz z nami?
Spojrzała się na nas. Widać było, że ma dość. Że chce już to skończyć. -Nie wierzę by jakieś rytuały mogły nam pomóc. To naukowa kwestia. Ale pójdę z wami. Chcę być tam i pomóc Bookerowi gdy będzie mierzył się ze swoimi demonami. Chce być przy nim. Dzięki temu mogę mu pomóc. Wyruszyliśmy. Jako, że była zima, słońce powoli już zachodziło. Mimo to nalegałem żebyśmy nie czekali. Nie wierzyłem, że wytrzymam kolejną noc z tym czymś. Po kilku minutach strzeliłbym sobie w głowę. Nie chciałem też wplątywać w to wszystko innych. Bałem się, że w końcu ktoś uzna mnie za wariata. Gdyby zamknęli mnie w jakimś ośrodku to byłby koniec. Miałby mnie jak na talerzu. Wtedy też zabiłbym się po pierwszym dniu. Dlatego ruszyliśmy od razu. Po drodze słyszałem jak rozmawiają, ale udawałem, że tego nie dostrzegam.
-Mihif - zaczęła Lily - czy ty poważnie myślisz, że to się dzieje naprawdę?
-Nie mam wątpliwości. Wyzwałaś go, więc odpowiedział. Wiedział, że możemy go powstrzymać więc zaczął od Bookera. On też jest w niebezpieczeństwie, bo tylko ci się przyglądał. Jak mówił pewien mędrzec: słabością tego świata nie jest siła złych, ale bezczynność dobrych.
-Ja nie wiem czy to faktycznie tak. Pewnie zdenerwuje cię to twierdzenie, ale nie do końca wierzę w to, że ta sytuacja jest prawdziwa - Mihif nie wydawał się zdenerwowany. Raczej poważnie brał to co mówiła. - Tylko on je faktycznie widział. Może przez to, iż wierzy w tego demona, oraz przez wszechobecny stres, jego mózg produkuje halucynaje? Wiem, to głupie. Mimo to nie mogę przestać tak o tym myśleć. Chciałabym żeby to była prawda.
-Może jest. Niedługo przekonamy się o wszystkim.
Dalej szliśmy już w milczeniu, aż do chatki od której wszystko się zaczęło. Dziwnie się czułem wracając tu. Miałem wrażenie, że kiedyś ja przemianę, a ona zostanie. Będzie trwała przez wieki. Nie miałem jednak czasu na filozofię. Mihif usiadł po środku sieni. Zaczął odprawiać rytuał. Z każdą chwilą byłem coraz to bardziej przestraszony. Cieszyłem się, że to już praktycznie koniec, ale czułem potężny niepokój. Wręcz trząsłem się ze strachu. Mijał czas i nic się nie działo. Aż nagle go zobaczyłem. Wprost wypełz do nas. Myślałem, że nie da się być bardziej przestraszonym. Myliłem się. Byłem jeszcze bardziej przerażony, gdy zobaczyłem inną postać nad nim. Gigantyczny, czarny, złowieszczy kształt wyrastający z podłogi. Wszystko w koło zaczęło się rozpływać. Ściany zdawały się rosnąć, próbując pomieścić jego rozmiary, aż w końcu znikały gdzieś daleko w mroku. Podłoga również się rozciągała do niesamowitych rozmiarów, zostawiając nas daleko od siebie. Mogliśmy się widzieć i słyszeć, ale byliśmy bardzo daleko od siebie. Do tego w koło zgasły wszystkie światła i zapanowała ciemność. Purpurowe monstrum też zniknęło wśród ciemności. Zostałem właściwie sam na sam z monstrualnym stworzeniem.
-Co ty tam widzisz Booker?! - to był krzyk Lily.
Czyżby tego nie widziała? Może oślepła, albo każdy z nas widzi co innego, albo zniknęła w mroku albo... Może to tylko mój majak? Słyszałem dalsze krzyki moich towarzyszy, ale nie rozumiałem słów. I tak bym ich nie słuchał, bo przemówił do mnie ON.
-Jak miło, że do mnie przyszliście. - głos miał niski, potężny i dziwnie wyniosły, wręcz uroczysty. Taki jakiego można się spodziewać po wielkim czarnym kształcie z białą twarzą. - Bałem się, że wszystko będzie musiał załatwić mój sługa, bo widzisz nie jestem w stanie zajmować się każdą duszą z osobna, a tu proszę. Sami mnie wywołujecie i podajecie się na tacy. W takiej sytuacji nie mógłbym was zignorować. W sumie powinieneś się cieszyć. Twoje cierpienie nie potrwa już długo.
Myślałem szybko i intensywnie. Co mam teraz zrobić? Jak go powstrzymać, co go skrzywdzi? Mihif miał to zrobić, ale zadanie go przerosło i stał teraz w bezruchu. Ja zresztą także. Z Mihifem po mojej lewej, kilometry ode mnie i Lily po prawej, jeszcze dalej. Nagle natarł na mnie. Gdzieś z ciemności wyskoczył kolejny stwór. Ziemia zaczęła uciekać mi spod nóg, w uszach miałem krzyki moich przyjaciół, a biegłem cały czas. Bawił się ze mną jeszcze długo nim padłem, zbyt zmęczony na poruszanie się. Czułem jak zbliża się mój koniec. Zamknąłem oczy i w myślach wspominałem swoją rodzinę. To był mój koniec.
I wtedy pojawił się Mihif. Ocalił mnie. Musiał biec od bardzo długiego czasu skoro dopadł do mnie na czas skoro przez te kilometry. Stanął wtedy pomiędzy mną a demonem i uczynił znak krzyża. Krzyknął przy tym słowa jednego z egzorcyzmów. Wtedy demon wybuchł. Zniknął w rozbłysku światła. Poczułem się ocalony. Ale to było kłamstwo. ON wciąż tam był. Wielki, potwór rozgniewał się okrutnie na ten widok. Wśród jego palców pojawiła się ciemnożółta mgła. Coś poruszało się w kieszeni Mihifa. Spojrzał na to zmęczonym wzrokiem. Z jego kurtki wyrwał się nóż, otoczony czarną mgłą. Jego właściciel chciał się bronić, ale nóż był zbyt szybki. Ostrze trafiło w jego pierś, wychodząc przez plecy. Krzyknął i opadł na podłogę. Zrozpaczony podbiegłem do niego.
-Mihif ty krwawisz! - krzyknąłem przerażony.
-No co ty kurwa nie powiesz. - patrzył na mnie zmęczonym, rozgniewanym, sarkastycznym wręcz wzrokiem. Nigdy nie widziałem u niego takiego spojrzenia - przyszedłem tu z wami, żeby wam pomóc wyjść z opresji. Postanowiłem wam pomóc w walce z czymś co goniło tylko was, bo ona zniszczyła krzyż, a ty jej nie przeszkodziłeś. Poszedłem mimo, że mnie on nie gonił. Zrobiłem to, bo jesteście moimi przyjaciółmi. Dlatego poświęciłem się dla ciebie. To był błąd. Powinienem był was zostawić. Nienawidzę ciebie i tej twojej suki. Obyście obaj zdechli. - zmarł.
Zamknąłem mu oczy. "Nienawidzę ciebie i tej twojej suki. Obyście zdechli." Oto ostatnie słowa mojego najlepszego przyjaciela. Czy naprawdę aż tak go zawiodłem? Gdy tak o tym myślę wydaje mi się, że tak. Przez cały czas tylko rozpaczałem i prosiłem o pomoc. Lily chociaż wierzyła, że to nie jest prawdziwe. I mimo to próbowała mi pomóc. Ja nawet nie pomogłem Mihifowi gdy nóż, którym miał się przecież bronić wbił się w niego. On chwilę wcześniej obronił mnie. Zacisnąłem zęby, a z oczu pociekły mi łzy. Byłem wściekły. Postanowiłem, że nie dam się pokonać. Wstałem i spojrzałem prosto w oczy stwora. Uczyniłem krzyż i zacząłem krzyczeć.
-Ojcze nasz! Któryś jest w niebie! Pomóż nam! Strzeż nas! Przyjmij naszą skruchę!
Krzyczałem tak długo. Mówiłem modlitwę za modlitwą, jeden egzorcyzm za drugim. W końcu go pokonałem. Zniknął.
One chyba nie mogą umrzeć, ale już nie wrócił. Nie próbuje już nikogo atakować. Przynajmniej żadnego z nas. Wszystko skończyło się dobrze.
Gdyby jeszcze ta kamizelka bezpieczeństwa tak nie drapała. Początkowo byłem obrażony na Lily za dzwonienie do szpitala psychiatrycznego, strasznie moich rodziców, pozwolenie jakimś ludziom w kitlach zamknąć mnie i unieruchomić, a potem leczyć z choroby, której nie mam. Ale potem zauważyłem, że ona wcale nie robi tego złośliwie. Wedle jej zeznań zacząłem stać w miejscu, darłem się nie wiadomo dlaczego, a potem bez powodu zaatakowałem Mihifa odłamkiem lustra w krtań, kiedy próbował powstrzymać mnie przed podcięciem sobie żył. Szaleństwo, wiem. Ale ona wykazuje prawdziwą troskę o mnie. Przychodzi tu codziennie i ze mną rozmawia, przynosi trochę czekolady, czasem nawet czyta książki. Ona naprawdę wierzy, że to co powiedziała lekarzom faktycznie się stało. Pewnie zmodyfikował jej wspomnienia, albo od początku pokazywał taką wersje wydarzeń. Możliwe też jest, że sama ją sobie wmówiła. Działała pod olbrzymim stresem i musiała sobie jakoś wytłumaczyć co się stało. Cóż, jestem gdzie jestem i czuje się dobrze. Ale gdy stąf wyjdę to chyba z nią zerwę. Nie mogę chodzić z dziewczyną która jest szalona.
____________________________________________________________
To moje drugie opowiadanie. Poprzednie to:
"Gdy gasną światła"
Komentarze (5)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania