Diabelskie koło
Znów się stanęło.
Leżę w nocy próbuję zasnąć, lecz coś mnie zatrzymuje. Tym razem to nie temperatura, zła pozycja czy światło. To moja głowa.
To ona zrzuciła mnie z drabiny, na którą wspinam się od paru lat. To przez nią znów spadłem na dół. A myślałem już, że jestem u szczytu, że wychodzę z szamba. Myślałem, że powoli jestem wyleczony, mniej spalony, wycieńczony, zagubiony.
Już myślałem, że wszystko jest na dobrej drodze. Moja relacja z jedzeniem, z moim ciałem, z innymi mężczyznami. Lecz na tej drodze pojawił się kolejny właz do szamba. Do szamba bez drabiny, która pomogłaby mi wyjść. Bez drabiny, z której mógłbym znów spać.
Niby to tylko drabina, parę patyków i lina. Tylko nadzieję by mi zrobiła. Tylko że ta drabina pomaga mi się oddalić od pustki w szambie. Od pustki z której nie ma już ucieczki jeśli cały zatoniesz.
A ja nie chcę zatonąć. Nie chce zatonąć, nie chce ugrzęznąć.
Dlatego zawsze będę szukał drabiny, pomimo tego, że może się zepsuć, że może mnie upuścić, że mogę znów wpaść w szambo.
I to jest moje niekończące się diabelskie koło...
Komentarze (1)
Bez drabiny, z której mógłbym znów spaść.*
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania