Diablica

Kiedy zobaczyliśmy ognisko na kolejnym z pagórków, coś się w nas zmieniło. Nasze pesymistyczne i posępne spostrzeganie szans na przeżycie uległo pozytywnej zmianie. Od trzech dni i trzech nocy wędrowaliśmy przez zimne rejony południowej Lachtii. Nie mielimy, co jeść gdyż na tej ziemi można zazwyczaj spotkać jedynie jadowite żmije bądź skorpiony, a nasze zapasy wody były na wyczerpaniu. Zziębnięci i potwornie zmęczeni wędrowaliśmy po tym niegościnnym skrawku dzikiego lądu. Naszym celem była Melilandia, dlatego podążaliśmy na północ. Chcieliśmy dotrzeć z mym bratem do szkoły tamtejszych magów. Jego marzeniem było otrzymanie odpowiedniej nauki by mógł stać się potężnym magiem-uzdrowicielem. Natomiast ja byłem już średnio zaawansowany. Moją specjalnością była magia obronna, ale i tak powinienem się jeszcze wiele nauczyć, dlatego też i ja liczyłem na odpowiednie przeszkolenie. Umiałem posługiwać się jedynie białą magią. Ta ciemna zdawała się zupełnie dla mnie niedostępna. W pewnych kręgach, tych ze społecznych wyżyn, była dość pospolita. Zauważone ognisko wydawało się mieć słuszne rozmiary, co sugerowało, iż w jego obrębie przesiaduje wielu ludzi. Nie mieliśmy nic do stracenia. Byliśmy tak głodni, że nie było innej opcji. Musieliśmy dotrzeć na szczyt wzniesienia. Droga o dziwo była dość łatwa, nawet nocą. Staraliśmy się przy tym być ostrożni. Nie wiedzieliśmy w gruncie rzeczy, na kogo natrafimy. Dochodząc do celu ujrzeliśmy grupę biesiadników siedzących wokół paleniska. Zachowywaliśmy się cicho i spokojnie. Oceniłem ich ilość na około dwunastu osób. Wszyscy odziani byli w czarne szaty, a zaciągnięte na głowy kaptury dodawały im surowej tajemniczości. Podeszliśmy do grupy w pokojowy sposób, tak by widzieli, że potrzebujemy pomocy i nie mamy wrogich zamiarów.

– Witajcie przyjaciele. Ja i mój brat wędrujemy przez tę krainę od kilku dni i nocy. Kończą nam się zapasy, jesteśmy bardzo głodni gdyż w tych stronach, jest prawie niemożliwe by cokolwiek upolować. Proszę, wspomóżcie nas choćby małą ilością strawy. Proszę was także o możliwość przenocowania w waszym towarzystwie, przy tym wspaniałym ognisku.

– Witajcie wędrowcy – powiedział zakapturzony człowiek o ciemnej cerze. – Jesteśmy dość dobrze zaopatrzeni. Oczywiście znajdzie się coś dla was do zjedzenia.

– Och, jaka ulga! – rzekł mój młodszy brat.

– Karim! – krzyknął Mulat. – Przynieś coś dobrego dla naszych gości. Nie żałuj im. Nalej też białego, mocnego wina na rozgrzanie.

– Dziękujemy! Ja nazywam się Zepil, a to mój brat Aranh. Wasza gościna to dla nas zaszczyt. Ratujecie nam prawdopodobnie życie.

– Rozumiem. Ale zastanawia mnie czemuż nie zabraliście ze sobą odpowiedniej ilości prowiantu. Ten kraj jest wyjątkowo niegościnny.

– Masz rację. Niestety zabłądziliśmy. Wichura i tumany piasku kilka razy nas zmyliły. Droga powinna zająć około jednego dnia, a my idziemy już zbyt długo.

– Widzę przyjacielu, że jesteś białym magiem. Naszą dwunastkę stanowią sami ciemni magowie. Widzimy więcej niż wam się wydaje. Wśród nas jest też piękna kobieta. Z pewnością zechce was uleczyć z przemęczenia. Będziecie jak nowi. Dokąd zmierzacie, jeśli to nie tajemnica?

– Idziemy na północ do Melilandii. Chcemy pobrać nauki od tamtejszych magików. Nie mamy domu. Cała nasza rodzina jest już po drugiej stronie.

Karim przyniósł pokarm i wino. Zjedliśmy z wielką przyjemnością i obżarstwem. Wino było wyśmienite. Poczuliśmy się, choć na chwilę szczęśliwi. Gdy poczułem się już nasycony zacząłem przyglądać się pozostałym. Dwie osoby dalej ode mnie, z prawej, rzeczywiście siedziała przepiękna kobieta. Pomyślałem, że w życiu nie widziałem piękniejszej. Ona zauważyła me zdziwienie i fascynację jej urodą. Po chwili usiadła obok mnie. Uśmiech kobiety bardzo mnie zawstydził. Poczułem się zmieszany i bezbronny.

– Wiem, iż nie jest wam łatwo. Widać to po was i nie chodzi tu o trudy podróży. Wasza dwójka wygląda tak jakbyście tułali się po świecie nie mając prawdziwego domu. Biała magia to za mało w tych czasach. By zarobić duże pieniądze nie wystarcza. Zaklęcia obronne są dobre na wojnie. Jak wiesz, teraz jest czas względnego spokoju. Mogłabym nauczyć cię egzorcyzmu. Duchowni są gotowi wiele zapłacić za oczyszczanie wiernych.

– To miłe z twojej strony, ta chęć pomocy, jednak ja nie mam w sobie odpowiedniej siły by zająć się tym fachem.

– Sam siebie do końca nie znasz. Ty masz w sobie właśnie taką siłę.

– Jeśli jesteś tego pewna, to proszę byś podjęła tę próbę. Nie mam prawie nic do stracenia. Na tym świecie pozostał mi tylko brat.

– Dobrze! Jeszcze jedno pytanie. Czy zgadzasz się zostać nieumarłym?

– W jakim celu?!?

– Jeśli przyjmiesz mroczny dar będziesz mógł skuteczniej walczyć z demonami, poniekąd będąc dzieckiem mroku.

– Jak na mnie to już za wiele. Chcę żyć! Ty chyba sama jesteś demonem. Czuję, że się potwornie w tobie zakochuję. Nie mogę tego przyjąć. Zatruwasz mi serce to jedno, a drugie to nie rozumiem, po co ci ten kamuflaż. Jesteś magiem czy wampirem?

– I jedno i drugie…

Gdy zbudziłem się rankiem nie było już nikogo z biesiadujących. Pozostało po nich niedopalone ognisko. Tliło się bardzo leniwie. Ze szczytu rozciągał się piękny widok na tę niegościnną krainę. Pomimo szarówki i wilgotnego powietrza wyglądało to naprawdę dobrze. Obok ogniska leżał młody Aranh. Blady i nieoddychający. Przeraziłem się. Na jego szyi dostrzegłem dwie czerwone ranki i zrozumiałem. Diablica pożywiła się moim bratem pozbawiając go życia, a mnie jego sensu. Ukarała mnie tą potwornością gdyż odrzuciłem jej propozycję i wyróżnienie. Do mych oczu napłynęły gorące łzy smutku i rozpaczy. Pozostało mi tylko jedno. Śmierć. Tak powtórnie mogłem połączyć się z mym braciszkiem. Rzuciłem się w dół ze szczytu wzniesienia. Po w miarę długim locie uderzyłem silnie o podłoże. Nie poczułem żadnego bólu. Po prostu wstałem i się otrzepałem. Zrozumiałem, w jakiej znalazłem się sytuacji. Ta dziwka złego ochrzciła mnie własną krwią. Stałem się niczym. Stałem się zerem. Wampirem odpornym nawet na promienie słońca. Żadna światłość czy świętość nie mogły mnie zgładzić. W mych żyłach płynęła czarna szlamiasta krew. Źródło mej nadzwyczajnej siły i odporności. Wcale mnie to nie cieszyło, jednak miałem nowy cel. Postanowiłem odnaleźć kryjówkę Diablicy. Nie po to by ją z nią dzielić. Chciałem zabrać jej to, co ona zabrała mnie. A zabrała mi wszystko. Nawet duszę.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Marzena godzinę temu
    No jakoś go nie zjadła widocznie niesmaczne stare mięso albo krew nieświeża:)
  • Kaptur81 godzinę temu
    To się może jeszcze okaże.....Dzięki za komentarz....

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania