Diamenty na ulicy
Wieczór zasnuwał się ciężkimi chmurami, tylko jedno miejsce zastanawiało. Rudoczerwony obłok.
Wił się jak zaskroniec pomiędzy domami i syczał przerywanym łkaniem. Martwo zawieszona chmura żyła i kłębiła się, i rzedła. Napływały do niej z dołu w sukurs, kłęby tłuste i świeże.
Pali się – myślałem i poszedłem w stronę, czerwonego dymu. Żwir zgrzytał pod podeszwami i szemrał daleki ruch uliczny.
Panie, mistrzuniu kochany, da pan szluga? – Usłyszałem.
Mówił najohydniejszym slangiem pod chmurami, a kiedy podpalał papierosa, ujrzałem dłonie o palcach wrażliwych i długich.
Ciepłym piaskiem zachrypiał: Jestem autsajder, pianista bez przyszłości – ksywa Mozart.
Czarne gałęzie drzew na tle zielonych ścian skłotu, wcinały się jak siatka na mahoniowej lace. Zakratowane okna, a drzwi szeroko otwarte… zapraszały. Wszedłem w podwoje zimnego sanatorium, sunąłem po linoleum szorstkim jak pumeks. Mijałem czerwone płatki żalu, a oczy szeroko otwarte patrzyły spod powiek, jak zamglone perły zatrzaśnięte w ostrygach.
Filharmonia, to puste łóżko i sprężyny niczym dźwięki orkiestry… I fortepian?
Wybrakowany, bez kilku klawiszy, bez klapy. Napis złoty, wytarty – ski i Syn.
Politura spękana od zmierzchu jak pięta starej kobiety. Obok taboret bez nogi, za kulę miał „Szpital Przemienienia” Lema.
Usiadł i nacisnął dłońmi gałki oczne, zanim palce położył na klawiszach, zanim uderzył. Rozległa się gigantyczna symfonia dźwięków, wypalona erupcja wulkanu, orgia drgających kolorów.
Widmo płomieni, rzeczy niewyobrażalnych – koncert bez publiki. Tylko wiatr zaglądał przez dziurawe okna i rozwiewał nadzieję na jutro, na chwilę, na dom, co gdzieś (nie) czeka. Gdyby w ten dom dziś wchodził, ktoś bliski jemu, rzekłby:
– Mamo, to złodziej.
Umilkł. „ Fortepian sięgnął bruku”.
Komentarze (19)
https://www.youtube.com/watch?v=aTsMTIofG2Q
Piątka.
Pozdrawiam
Dziękuję za odbiór i złapanie treści. Pozdrawiam
Pozdrowienia!
Miłego dnia
Dzięki.
Dobrze napisany utwór.
?
Muszę kiedyś spróbiwać tego gatunku.
Pozdr
Wszystko można tutaj odczytać? W zależności od chwili, od naszego umysłu, od wspomnień. Jedno miejsce - świetnie uchwyciłeś jego rolę. Bo jedno, a tyle skojarzeń niesie. Złodziej ma różne oblicza i różnych odbiorców. czasem krzywdzącym jest nazywanie kogoś złodziejem... nie przychodzi, by coś zabrać... przychodzi by coś oddać i uzyskać spokój. Ten odruch potrzebuje dużej odwagi, ale warto. (zwrócenie na ten urywek - poprawiony)
Dziękuję pięknie za obecność i odbiór. Pozdrawiam
Pozdrawiam
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania