Dilerzy
(z nowo kończonej książki wspomnieniowej)
(...)
Nie mieliśmy prawie problemów z narkotykami. Większość naszej młodzieży nie pochodziła z zamożnych rodzin, do tego wielu mieszkało na wsi, gdzie prawie nie stykało się z tymi niebezpiecznymi używkami. „Prawie nie mieliśmy” – nie oznaczało, że wcale, ale to były naprawdę pojedyncze przypadki. „Użytkownicy” łatwo byli rozpoznawalni na lekcjach po rozszerzonych źrenicach i innych, znanych nam oznakach. Przez lata pracy w stacjonarnych: wpierw dorosłym OOC a następnie w młodzieżowym OHP, nabyłem potrzebnej praktyki, aby poznać, który z uczniów jest po zażyciu narkotyków. Na szczęście (jeśli można tak stopniować) zażywali lżejszą marihuanę, zwaną popularnie „maryśką”.
O jednym z uczniów, pochodzącym z Włocławka i mieszkającym w internacie OHP, dowiedzieliśmy się, że jest prawdopodobnie dilerem. Za rękę nie został złapany, ale profilaktycznie przeprowadziłem z nim rozmowę, że „wiemy o tobie. Jeśli…” i zawiesiłem ostrzegawczo głos. Próbował zaprzeczać, ale nie kontynuowałem rozmowy. Co chciałem, to przekazałem, resztę zostawiając w niedopowiedzeniu.
Któregoś dnia, na początku dużej przerwy wezwała mnie dyrektorka. Podeszła do okna i wskazała:
– Zdzisiek, zobacz, ten samochód stoi przed nami już z kwadrans i nikt z niego nie wysiada. Niezbyt wyglądają na rodziców, za młodzi. Coś mnie niepokoi. Mógłbyś się dowiedzieć?
– Dobrze, pójdę, zapytam. – Spojrzałem na tablicę rejestracyjną. – Coo? Z Włocławka? Stamtąd mamy tylko jednego… – Od razu zapaliła mi się ostrzegawcza lampka w mózgu.
Wyszedłem z budynku szkoły głównymi drzwiami i w tym samym momencie przez boczną furtkę chciał przejść nasz domniemany diler. Zobaczył mnie i się zatrzymał. Szybkim ruchem ręki nakazałem mu powrót na ogrodzony teren szkoły.
– Gdzie wyłazisz? Nie znasz regulaminu? Z powrotem.
Zawahał się, spojrzał w kierunku samochodu, ale jednak się cofnął za ogrodzenie. Podszedłem do auta i wolno go obszedłem, przypatrując się siedzącym w środku czterem młodym osiłkom o byczych karkach. Oni również patrzyli na mnie zza szyb. Nikt z nich nie uchylił szyby ani drzwi.
Stanąłem z przodu i spojrzałem na tablicę rejestracyjną, ruszając wyraźnie ustami tak, jak ktoś próbujący coś zapamiętać. Dopiero wtedy podszedłem do kierowcy i zapukałem w szybę. Osiłek uchylił ją i spojrzał na mnie, ale nie wyrzekł słowa. W przeciwieństwie do mnie:
– Witam panów. Jesteście rodzicami naszych uczniów? Bardzo młodzi… i aż z Włocławka przyjechaliście? – Mówiłem spokojnie, ale z wyczuwalną zgryźliwością w głosie.
Pasażer spojrzał w prawo na sąsiada, a następnie spojrzał przed siebie, jakby mnie nie widział ani nie słyszał. Desinteressement? Ale ja byłem zainteresowany nimi.
– Nikt mi nie odpowie? Okej, to krótko z mojej strony, szkoda czasu. Twarze zapamiętałem, numer samochodu też. Jesteście z Włocławka. Wiem, do kogo i po co przyjechaliście. – Wyciągnąłem rękę, gdyż wreszcie kierowca chciał się odezwać. – Wpierw skończę. Robicie w tył zwrot i odjeżdżacie. Jeśli nie… się domyślcie. Aha, jakbyście chcieli mnie – zaimitowałem ruchy boksera – to oczywiście w czterech wpieprzycie mi. Tyle że jestem w szkole funkcjonariuszem publicznym. To tak, jakbyście napadli na sędziego czy policjanta. Jeśli coś się stanie z budynkiem, też padnie od razu na was. Dorwać was będzie łatwo, wiecie, co to znaczy. Widzów jest mnóstwo. – Zatoczyłem ręką koło nad głową, wskazując na okna szkoły. – Wybierajcie. I nie mówię do widzenia.
Odwróciłem się i wróciłem do budynku. Z gabinetu dyrektorki popatrzyłem przez szybę.
– I co? – Dyrektorka Ula stała przy oknie, zaniepokojona. – Kto to?
– Nie wiem. Ale głowę daję, że przyjechali do naszego dilera z Włocławka. Zaskoczyłem ich. Poczekajmy. Zobaczymy, co zrobią.
„Grube karki” w samochodzie burzliwie rozmawiali ze sobą, gwałtownie gestykulując. Jednak potrafili mówić, nie byli niemowami. Wreszcie kierowca włączył silnik, zawrócił i odjechali.
Lekko odetchnąłem, Pani Ula głośniej wypuściła powietrze z płuc.
– Pojechali. – Ponownie westchnęła z wyraźną ulgą.
– Pojechali – potwierdziłem. – Oby się na tym skończyło. Powiadomię dzielnicowego, niech on wyżej przekaże. I do OHP przekażę.
Nie mieliśmy już kolejnych odwiedzin z Włocławka, nikt też nie uszkodził budynku szkoły. „Nasz diler” się zaparł, że on ich nie znał. Objęty został wzmocnioną obserwacją przez kadrę pedagogiczną, ale nie przyłapaliśmy go na gorącym uczynku rozprowadzaniu narkotyków wśród kolegów. . Tylko wtedy moglibyśmy zajrzeć mu do torby. Dzielnicowy też przeprowadził z nim oddzielną rozmowę.
Później „nasz diler” zaczął mieć długie nieobecności i, jako uczestnik OHP, został po miesiącu skreślony z ich listy, a więc i naszej szkolnej. Nie płakaliśmy po nim.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania