Dizmaza Phleghmaghta

Gdy rok temu przedstawiłem ludzkości niesamowitość drzemiącą poza codziennym myśleniem. Zostali odrzuceni, na pastwę bieli w szarości. Ciągnące się linie, nici wielokątów w trójkącie. Zostaw wszystko, każdy umiera, nie każdy wie kiedy, zaślepiony pragnieniem ciągnięcia życia w najdłuższy bezkres fałszywej egzystencji. Gdy Pradawni Bogowie zbudzili się w innej linii czasoprzestrzennej, wiedziałem już że i na nas czeka koniec. Lecz, oh, jak piękny nieboskłon po północy zapełniony gwiazdami, tyle prawd i kłamstw.

Walka nastała pomiędzy nieistniejącym a myślącym że istnieje, pasożyt w końcu napotkał swojego żywiciela. Natura wstała i uderzeniem najstarszego, najpotężniejszego dębu, czekającego w uśpieniu na moment, na moment. Powołani przez istoty, mające prawa do wszystkiego co bezmyślnie uznaliśmy za nasze. W prochu mógł prorok ujrzeć, w kościach zmarłych leżących głęboko pod ziemią, nie zaznali nigdy spokoju. Tedy to powstał grzech. Zrzucony w odmęty, zamknięty w ścianach, gdzie widział. Ale cóż widział, cóż. Swoich, stojących na dwóch nogach, głowy jednakże okryte cieniem, pyłem. Czernią płonącą. Teraz to nie ma sensu.

Przeszedłem przez wiele bram by znaleźć sposób, uratować kogo się dało. Jednakże tylko nieliczni byli na tyle otwarci. A no i tedy, gdy przekroczyłem wrota Arcadiji, ujrzałem tych, którzy wyżsi od nas byli w piramidzie ewolucji. Moja ukochana, nie mogłem cię uratować, ale twoja śmierć przyniesie koniec inwazji, nie zostaniesz wymazana. Nie, nie potrafię… Nie mogę… Ludzkość musi upaść. Księżycu w oceanie, przenigdy cię nie opuszczę. Stało się tedy, byłem świadkiem końca rasy, końca świata. Z nieba nagle to wyjawiło się istnienie, może struktura. Piramida ze źródłem błękitnego światła po środku, tak ogromnym, w chwile wszystko stopiło się w niebieskim ogniu, a gdy mrugnąłem, zastałem jednie pustą płaszczyznę. Gdzieś tam, tam daleko, poza widzeniem, w nieskończoności światów, planet, w kosmosie bezkresnym, ludzkość upadła. A ja… Nigdy bym jej nie oddał. Mimo że, że nie istnieje.

Czas nie ma bytu, przeszłość jak ogon w głowie, teraźniejszość – przestała istnieć, przynajmniej nie potrafię jej zdefiniować, za losowym spojrzeniem za siebie znajduje się w innym miejscu, nie wiedząc gdzie. Czasem zastanawiam się jak można nie krwawić lecz być złamanym. A przyszłość, kiedyś sądziłem że jest coś takiego. Jednak przyszłość to nic innego niż zwid tego co nastanie na osi czasu. Nie można jej zgadnąć, nie ma sensu o niej myśleć, po co więc jej istnienie. Moje zadanie by uratować, zaś czemuż to znowu moje zadanie. Nie muszę przecież odczuwać sumienia że zginie tyle ludzi, nie na tym przecież to polega? Inwazja nastanie czy to przez te istoty czy inne. Potęga ludzi nie obroni ich przed niczym innym, niż przed nimi samymi. Jestem jedynie jednym z niewielu mentalistów, czemu to ja zaś odczuwam, czym jest czucie? Czy aby tym, czy aby tymi słowami. Nie, to są jedynie myśli. A myśl to najpotężniejsza rzecz we wszechświecie, tyle przecież zaawansowanych ras porozumuje się przez telepatie czy przez wspólną świadomość.

Gdy ujrzałem w ostatnim świecie okupowanym przez ludzi, że na niebie pojawił się Scathath, to był znak. Podziemia, czeluści i przepaści odmętów z innych światów złączyły się z bezkresem kosmosu dzielącego naszą planetę od słońca. Przedarli się przez barierę czasoprzestrzenną by złączyć czas, by zmaterializować swoje istnienia w tak słabej osi. Mrok tedy począł swe żniwa. Ale jaki za to piękny on był. Po odejściu zwiastuna, świat objął tak zwany przez inne galaktyk – HIVE. A stworzenie czarujące to było. Ogromny, błękitny mózg wystający ze stalowej barierki, z oczami zwisającymi na żyłach, złączonymi jakoś z breją cieknącą spod rdzenia. Niezliczona ilość rąk wyłaniała się spod samego mózgu by objąć całą planetę w swą wolę. Ale mali ludzie nie widzieli owej istoty. I tak powstały wojny, kryzysy, sprzeczki, morderstwa i inne okropności.

Przyglądałem się wraz z Zeusem tej katastrofie. Jednak oboje mogliśmy zobaczyć bolącą prawdę. Ludzie byli tak splugawieni że wysłano na nich HIVE, ponieważ owa istota służyła jedynie za pojemnik całej negatywnej energii, sortowała ją, oddzielała od pozytywnej, jej praca była możliwa dzięki ogromnych nakładach czarnej esencji generowanej przez mózgi człowiecze. Bardzo się bałem, ludzkość, która wyginęła na moich oczach została usunięta. Jednakże ta… Ta jakby chciała kontynuować w takim chaosie i zniszczeniu. Stała się zabawką istot wyższych, teatrem. A ja mogłem jedynie uronić łzę, jako że w wraz z tą ludzkością żyłem przez wiele lat.

A ty, wolałbyś umrzeć wiedząc że prowadziłeś godne życie, czy żyć z bólem bądź bez, będąc zabawką istot z ciebie drwiących boś tak apatyczny i paskudny? – spytał się mnie Zues.

A ja, jako że człowiekiem byłem i jestem, nie potrafiłem odpowiedzieć, życie jest rzeczą, której pragnie każdy. Nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie, jako że dane mi było stać się stworzeniem intergalaktycznym, widzącym to, co nie każdy może. Jednak co daje im prawo, by pożerać masowo ich życie.

Jednakże każda zabawka traci kiedyś swoją wartość, dlatego też ludzie zostali skazani na ekstynkcje. Pomyślałem tedy by dać drugą szansę memu gatunkowi. Wystarczyło by przenieść dwa embriony, przez oś intergalaktyczną do innej czasoprzestrzeni, poza zasiągiem istot wyższych. Czy byłoby to możliwe, czy jest to coś, na co zasługujemy. Jakim męczennikiem musiałbym być, jakim odkupicielem naszej rasy. Pośmiewiskiem wszechświata, krzyczał bym klęknął przed stworzycielem. Stało się zatem, gdy HIVE opuścił orbitę, na ludzi spadł żniwiarz, zesłany przez piramidalne stworzenie by zebrać dusze. Gdy już było po wszystkim, chodziłem po ulicach zapełnionych martwymi, nie było krwi, żadnych znaków walki. Z ich ciał wyciągnięto życie. Opadli na ziemie, na ziemie pozbawioną inhabitantów. Tyle póz objętych przez te marionetki, rzucone o ławki, czołem opierające o żelazne słupy. Smutek odczuwałem widząc ontergalaktyczny koniec śladu swojego gatunku we wszechświecie. Zabrałem nienarodzone, martwe stworzenia z brzuchów ich matek, szarość ociekała wraz z krwią, łzami. Zabrałem je daleko w odmęty czerni nieskończoności. Chciałem zobaczyć ten ogień i wole by żyć w swojej rasie, gdyby została narodzona w środowisku tak paskudnym jak poprzednia generacja ludzi. Toteż zasadziłem dwa embriony w czarnej, oleistej ziemi. Następnego dnia, gdy to już dwa drzewa zrzuciły swe owoce, podszedłem jako ich stworzyciel. Otrzymali imienia, coś co miało wartość w egzystencji ludzkiej, Adam i Ewa się zwali. Wciąż w czarnym, klejącym się oleju, spojrzeli na siebie niż na mnie, jako że nie chciałem by mnie widzieli. Powstali z dwóch drzew, na pustyni czarnej, pustej. Od nich zależało co dalej.

Mężczyzna poświęcił kobietę przez namowy bożka, którego sam stworzył. Obalił ją na ziemię, wyrwał jej własne paznokcie, poczym przeciął jej brzuch. Ogromny wąż wyszedł spod ziemi, pożarł martwe ciało. Adam wiedział że oszalał. Szepty, wizje i sny. Nie dawał rady, tedy to serce drugie podeszło by zaspokoić jego obawy. Ewa objęła swym ciepłem mężczyznę. Obaj słyszeli te szepty, głosy. Ale moje kreacje mnie nie zawiodły, zaczęli z desperacji jeść ziemię, czarną, smolistą i lepką. Tedy to dowiedzieli się, że owa ziemia wystarczyła by zaspokoić ich głód. A im dłużej się ją poili, tym lepsza się stawała. Po latach mogłem spojrzeć na me dzieci i poczuć szczęście jakiego jeszcze nie dane mi było poczuć. Otóż widziałem to samo co oni. Widziałem zbudowany z tej samej ziemi dom, ubrania stworzone przez Ewę, również z ziemi. Dowiedzieli się że nie tylko oni byli żyjącymi stworzeniami. A to dlatego że planeta miała swoje życie, a i nawet zaczęła komunikować się w rozumiany sposób. Tak o to po latach trzy stworzenia stworzyły nową generację mojego gatunku. Zostałem tylko ja.

Nie pozwolę byś została wymazana, nie pozwolę by najeźdźca cię zabrał. Wzięliście ludzkość, cały gatunek, teraz ja zakończę inwazje.

 

Daleko, daleko, kosmos nie ma końca, piękny. Tyle gwiazd, tyle nadziei i marzeń. Tyle snów porwanych przez niebo.

 

Wszystko jest niczym. Nie ma niczego bez woli by coś nastało. Dla niej uratuje wszystko pod sam koniec swojej podróży.

 

Teraz jestem jednym z gwiazdami, zostawiam was by udać się do nowego domu.

Słyszę jak krzyczy, najeźdźca, nieznajomy ukłoń się przed swym stworzycielem.

Nie jesteś bogiem, jestem odkupicielem, męczennikiem, widzę światło.

A w nim jej twarz, teraz jesteśmy razem z gwiazdami.

Ostrze w mej dłoni, dla ciebie, uratuje wszystkich.

 

Biegnę, skaczę po gwiazdach nie widzę niczego, gdzie jesteś o gdzie. Odkupiłem swe grzechy, dałem życie na nowo, Pradawni nie mają mocy nad mną, dla Niego zabiłem, dla ciebie narodziłem. Rytuał by odkupić swe winy, ta podróż w nieznaną gdzie mnie zabierze chce tylko ciebie. Niczego nie ma wszystko jest niczym dopóki twej twarzy nie widzę zaś gdy ten moment nastanie zobaczę wszystko bo nic nie jest jak się wydaję i wszystko nie może być tym czym chce żeby było. Teraz zobaczę, na pewno, uwierz mi błagam, ile moich ran i blizn na ciele mam schować byś uwierzyła, szaleństwo jest silne, gdy już usłyszysz ich głos, ich język, rzeczy, które mówią, do czego cie namawiają, nie możesz im uciec. Nie obchodzi mnie nic poza tobą, czemu cie jeszcze nie ma przy mnie, dlaczego mi to robisz. Czemu po tym co zobaczyłem, zrobiłem i przeżyłem wciąż nie mogę poczuć twojego ciała…

 

„W moich snach znalazłem trochę piękna,

którego na darmo szukałem w życiu”

- Howard Phillips Lovecraft

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania