Dlaczego chciałbym umrzeć z pakietem premium
Mówi się, że pieniądze szczęścia nie dają. To prawda. Dają natomiast możliwość umrzeć z numerkiem B17 zamiast C842, a to już jest pewna różnica cywilizacyjna.
Nie chciałbym zostać źle zrozumiany. Nie marzę o śmierci. Jestem wobec niej nastawiony z typową dla człowieka klasy średniej rezerwą: najlepiej, żeby nastąpiła możliwie późno, bez większych niedogodności i po uprzednim uzgodnieniu dogodnego terminu przez aplikację.
Państwową służbę zdrowia darzę uczuciem głębokim, choć głównie platonicznym. Jest jak Yeti. Wszyscy zapewniają, że istnieje, tylko spotkania z nią mają charakter mistyczny i wymagają odpowiedniego przygotowania duchowego. Czas oczekiwania liczony jest nie w dniach ani miesiącach, ale w etapach życia.
– Najbliższy termin do kardiologa?
– Czerwiec.
– Tego roku?
– Nie powiedziałam którego.
To jest dialog, który wprowadza człowieka w bardzo szczególny stan świadomości. Przestaje się zastanawiać, czy serce jest zdrowe. Zaczyna się zastanawiać, czy czas w ogóle istnieje.
Na tym tle prywatna opieka medyczna jawi się jako luksusowy hotel. W aplikacji wybierasz specjalistę, godzinę, kolor fotela w poczekalni i prawdopodobnie rodzaj spojrzenia, jakim recepcjonistka obdarzy cię podczas meldunku.
Wchodzisz.
– Dzień dobry, panie Wojciechu. Czy życzy pan sobie lekarza internistę czy internistę z uśmiechem?
I wtedy człowiek czuje się kimś. Nie pacjentem. Klientem.
To bardzo ważna różnica.
Pacjent ma objawy.
Klient ma potrzeby.
Pacjent cierpi.
Klient korzysta z usługi.
Pacjent umiera.
Klient kończy abonament.
W prywatnej medycynie wszystko pachnie sukcesem. Nawet choroby wydają się bardziej prestiżowe. Człowiek kaszle jakoś bardziej biznesowo. Grypa brzmi jak projekt. Rezonans przypomina networking. Pielęgniarka proponuje wodę, a lekarz patrzy na ciebie z troską człowieka, który wie, że za rok prawdopodobnie przedłużysz pakiet.
Najbardziej fascynuje mnie jednak ekonomia całego przedsięwzięcia.
Kupujesz pakiet, żeby nie chorować.
Nie chorujesz, więc masz poczucie, że wyrzucasz pieniądze.
Rezygnujesz z pakietu.
Po tygodniu twój organizm, najwyraźniej zatrudniony przez dział sprzedaży, natychmiast postanawia wyhodować trzy nowe dolegliwości.
To jedyny program lojalnościowy, którego naprawdę się boję.
Znajomy powiedział mi kiedyś:
– Po co płacisz tyle za prywatną opiekę? Przecież państwowa jest darmowa.
To zdanie ma tę samą strukturę logiczną co stwierdzenie, że spadochron jest zbędny, bo przecież ziemia znajduje się dokładnie tam, gdzie powinna.
Oczywiście wiem, że lekarze w publicznym systemie wykonują heroiczną pracę. Problem polega na tym, że bohaterstwo nie jest modelem organizacyjnym. Nie da się zbudować sprawnie działającej służby zdrowia na założeniu, że ktoś będzie codziennie przekraczał granice ludzkiej wytrzymałości i jeszcze przepraszał za opóźnienie.
W rezultacie wszyscy są zmęczeni.
Lekarz zmęczony.
Pacjent zmęczony.
System zmęczony.
Nawet krzesła w poczekalni wyglądają tak, jakby miały wypalenie zawodowe.
Coraz częściej dochodzę do wniosku, że współczesny człowiek nie kupuje prywatnej opieki medycznej po to, żeby żyć dłużej.
Kupuje ją po to, żeby nie musieć słuchać automatycznej sekretarki mówiącej:
„Jesteś dziewięćset osiemdziesiąty trzeci w kolejce. Twoje zdrowie jest dla nas bardzo ważne.”
To zdanie ma w sobie coś z literatury absurdu. Gdyby Kafka żył dzisiaj, nie pisałby o zamku. Pisałby o infolinii.
I chyba właśnie dlatego chciałbym kiedyś umrzeć z pakietem premium.
Nie dlatego, że wierzę, iż przed śmiercią dostanę lepszy pokój albo bardziej designerski wenflon.
Chodzi o coś znacznie bardziej ludzkiego.
Marzę, żeby ktoś odebrał telefon po pierwszym sygnale.
Żeby powiedział:
– Mamy termin. Zapraszamy dziś o 16:30.
A potem, jeśli już naprawdę nic nie da się zrobić, żeby lekarz spojrzał na monitor, westchnął i powiedział z profesjonalnym smutkiem:
– Niestety... pański pakiet nie obejmuje nieśmiertelności. Ale proszę się nie martwić. W przyszłym kwartale planujemy rozszerzyć ofertę.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania