Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

DŁOŃ SPOKOJU TONI. ( mroczne opowiadanie mystery )

DŁOŃ SPOKOJU TONI

(mroczne opowiadanie mystery)

 

Z Dedykacją dla Użytkownika Opowi.pl o nicku: ~ Krew i Kałamarz, Który Zabykiem Ludowym: Uczynił Grozę.

 

PROLOG

 

Zdecydowana większość przemęczonych, uznaje wakacje, mianem " świętego spokoju, podczas odpoczynku ". Jednocześnie: ilu z nich, ma świadomość: w jakim stopniu... może okazać się to " dosłownym ".?

 

Jako rocznik 59' , ciemnobłękitna skoda octavia, doskonale radziła sobie odpychaniem bezmiarem obrotu rozgrzanych skwarem opon, ścielącej wiejskodróż: litej dziurawiny, która tajemniczością pocałunków pola minowego, zdawała się darzyć podwozie: impetem bezgraniczności uczuć, posyłając bujliwe ciała, każdą z myśli, wobec jasnokremowej elegancji podsufitki. Kolebany iście sztormliwym parabolizmem, nieustępliwie kapitanowi, wiódł niniejszą łajbę: pogrążony w myślach, czy szyk ściśniętej dłońmi kierownicy, nie uzna za stosowne, pozostając im bliski: postanowić wieść niezależność własnego życia, o którym: ktokolwiek, uprzednio: raczył nie mieć pojęcia.

 

Jako Pracownicza Klasa Średnia, uznała za nietakt, konieczność podróżowania wobec natłoku niezbędności odpoczynkowego dobytku, zdającego się przejawiać powołanie do życia, przeciętnym nawiedzeniem: ożywając dlatego sporadycznie, pośród upchnięcia w torbach, zaległych tylną kanapą: jakby usiłując wybiec niespodziewanie, zostały pozbawione życia: głuchością łomotu bezwładnego jebnięcia, posyłającego w aleję, za przednimi fotelami. Zbywając złośliwie martwe koniecznością powrotu, jak od niedawna: zwykle, bagatelizacją skromności machnięcia dłonią, wspartą przeciągłością jękliwego posyku rezygnacji: parabolizujące sklepienie jej umysłu spojrzenie, skierowała ku bocznej szybie.

 

Malownicze pagóry łąk, nasyceniem zieleni karmiącej połyskliwiesierściwe krówska, zdawały się zeszpecone tkwieniem smołowanej spękliwości drewna słupów, wiodących szeregiem, bastion doczesności: niesiony seledynową śniedzią, pochłaniającą blask Zamiejskich żarówek, niczym linia frontu: broniąca panowania Ciemności. Jakby graniczona zawiłością dziurliwej wiejskodrożności, wspierała ją wiedzeniem ku skrętowi w podwórze Chałupy, sędziwej wiekami milczenia na fundamentach, nie mniej od Państwa: dzierżącego dłońmi wyłączności, kute dizlowymi sztancami kluczyska: stawiające ościeżą gościnę miejskiego szelestu banknotów...

 

1.

 

Trzy dni. Diabelski Termin Zaświatów, kierujący Kostuchę powrotem, aby należni życiem, stanęli przed obliczem Majestatu: decyzją którego, dostąpią brzmienia niesionej chmurą harfy, bądź... uzyskają przydział należnego im Kręgu. Obecni?.. zdawali się brnąć obojętnością Czyśćca, wobec Stoczniowego utyrania, niezwykli od dawna splatać swych dłoni: spacerując bitością szutrowego ucieru, niczym ku wniebowstąpieniu, kierującemu wobec trwania nurtu, brzmiącego poszumem upływu... kolejnych żywotów: których pokolenia, dotknięte nieustępliwością paraboli zegarowego wahadła: przestały o nich trwożliwie poszeptywać...

 

Dostrzegli go z daleka, gdy kijszczyną zdzielał trawy, jakby odprawiał egzorcyzmem uczyhłe w nich zło. Wiedzeni szlakiem wędrówki dzieciaka, uznali odetchnąć trwogą żmijnego kąsu. Jako młodzianin, biegły rdzennym żywotem, przysiadł na tkwionym w brzegu, granitowo błyskliwym brymbulcu, przywodząc na myśl oczekiwanie: pozbawione ostrzeżenia nadchodzącej obecności. Wzrok tkwił w biegu nurtu, niczym sadowiący go, nadbrzeżny głaz, jakby wiedziony strachem, iż zwrócenie go za plecy, będzie ostatnim z dokonań.

 

- Dzień Dobry..? - rzekła jako pierwsza, jedna z wielu Stoczniowych Księgowych.

 

Smutek dziecięcego wzroku, skierowany ku jej wzrokowi, przeszył seksownie smukłe krągłościami ciało, przenikliwie zimnym dreszczem. Niczym nie posiadając inakszej możliwości, powrócił boleścią mozołu zwrotu, jakby od tego zależał, nie uznając powitania.

 

- Nie wchodźcie do wody... - uprzedził zzaplecznie, co spowodowało, że jego słowa zdawały się dobiegać jednocześnie zewsząd.

 

Odczuli to oboje: niczym komenderowani rozkazem, spoglądając w tył. Wymieniając pytalne spojrzenia, grzecznością zbyli uwagę, iż spodziewając się za własnymi plecami: rodzica owego chłopczyka, zostali uderzeni ciosem strachu, iż... nie było tam kogokolwiek.

 

Niepewność przeraźliwości, zwracając słowa oddechem utrwożonych płuc, niczym odesłaniem z pod bram włości, skłoniło umysły do ustalenia lokalizacji powodu przestrogi. Żwawo brnący przejrzystością toni, wobec sypliwie żwirowego dna, nurt: zdawał się głębokością, nie przekraczać klatki piersiowej: łaskocząc uprzejmość pochylni głębocezielonej linii brzegu. Nic ponadto.

 

- Przepraszam Cię... jednak:.. tutaj: nic nie ma... no zobacz. To tylko zaciszne miejsce odpoczynku... prawda?.. - spytała matczynie ciepłym głosem - rozumiem, że chcesz mieć je tylko dla siebie... jednak: nie musisz nas dlatego straszyć...

 

- Nie rozumiesz... - rzekł smutnym półszeptem dzieciak - musicie stąd iść... bo oni tam są... - odetchnął, zupełnie jakby chcąc zaznać ulgi edukacyjnego wpajania przewodu wiedzy - Chodź. Mogę Ci pokazać. - oznajmił, utwierdzając przezplecznie zapraszalnym gestem dłoni.

 

Unosząc powiekę konsternacyjnym zwątpieniem, wzruszeniem ramionami, skierowała krok za plecy chłopczyka: zdającego się zwyknąć marginelizacji wzroku, nawet gdy o kilka kroków, sięgnął dziecięcą dłonią w kieszeń szelkowych spodni, ujmując w nią polny kamień.

 

- Stań tutaj. - polecił wskazaniem palcem obok siebie, dłoni zaciśniętej wokół brymbulca.

 

Przytakując bezsłownie, spełniła jego polecenie.

 

- Zanim się pochylisz, zrób tak... - poinstruował, wznosząc dłonie na wysokość twarzy - i... nie pozwól im sięgnąć... - dodał niemal bez poruszania ustami - nie za blisko...

 

Urzędowo logiczny umysł, odrazu uznał to ckliwością imaginacji dziecięcego umysłu, jedynie grzecznością, spełniając oczekiwania: uchyleniem wzroku wobec brnącej toni, ponad wyznaczającej ją linią brzegu. Przepełniona mimowolnym napięciem chwila, zaznała ukojenia: przestrzenią nurtu, brnącego smużliwie... a im dłużej skupiała w nim wzrok, bardziej odnosiła wrażenie, iż spodląda on obliczem ludzkiej twarzy: pozbawionymi barwnej obwiedniej, jak i źrenic: oczyma... wzmagając się aparycją, spoglądającej z pod wody... postaci: pozbawionym życia wzrokiem, utkwionym w niej, niczym zamyślony przed lustrzaną taflą.

Nie wierząc iluzji własnych oczu, postanowiła rozwiać ją bliższymi oględzinami, jakby powodującymi, iż pluskliwe jebnięcie brymbulca, rozwiało je zupełnie: tnąc toń krzyżalnością fal, zaległego w dnie polniaka.

Zaskoczona, zerwała się o krok, chcąc dać upust zaskoczeniu, wartkością nieuprzejmości zwrócenia ku niemu uwagi.

 

- Mówiłem Ci, że oni tam są. - dzieciak wpadł jej w słowo, ostrzegawczo zwracając w jej stronę palec wskazujący, na poziomie własnej twarzy - Dlatego stąd idźcie. - co oznajmił, wskazując nim odesławczo w stronę wsi.

 

- Co ty pierniczysz, dzieciaku?!. - parsknęła zawodowym egoizmem, popartym zrywem podłości zaśmiechu - kto tam jest?!. No!.. Sam zobacz! - zbyła go, po raz kolejny pochylając się, jednak: o wiele niżej, ponad spokojną już swym życiem, taflą nurtu.

 

Zanim zrozumiała, z jakiego właściwie powodu: wodna toń, jest w stanie otworzyć oczy: uszłym bombliście krzykiem, sięgneła kościstymi dłońmi do jej szyi, uściskiem tłamsząc zaskoczony krzyk przerażenia, gdy straciwszy równowagę, zabrał oddech rzecznym chłodem, zaciśnięty szponiście na jej twarzy: obojętny szamotaniu kończyn, kierując je powierzchnią ciągu fal... pod prąd brnącej nurtem doczesności...

 

EPILOG

 

Znowu przysiadł na głazie, czując ich obecność. Po raz kolejny rozmyślał, czy oni także go poznają, jeżeli nie spojrzy w toń... możliwe, że nawet mogliby po niego przyjść, czując na sobie dziecięcy wzrok... gdyby nie wiedzieli, że jest niewidomy...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • Krew i Kałamarz

    Dzięki wielkie za dedykację! Co do samego utworu to przyznaje że słownictwo mnie ścięło... musiałem przeczytać dwa razy. Przyznaję że odpowiednie słownictwo jest w stanie z niepozornej opowiastki ( bo takową by była bez ozdobników) zrobić utwór który zaskakuje. Chylę czoła. Niestety nie jestem w stanie odwdzięczyć się tym samym bo z czystym sumieniem przyznaję że to za wysokie progi. Mimo wszystko wielki szacunek.

  • Pisarz_Grozy

    Krew i Kałamarz : nie są to " progi zbyt wysokie ": jeżeli... własnemu Umysłowi: pozwolisz o tym zapomnieć. 😌 Najzwyczajniej: wiedz, że Groza: w Twoim Umyśle: nie posiada jakichkolwiek ograniczeń: zostając ujętą mianem... Treści Literackiej. 😌

  • Krew i Kałamarz

    Pisarz_Grozy Zgadzam się całkowicie, lecz mój umysł na wskroś racjonalny stawia płotki z żeber jak u baby Jagi :)

  • Pisarz_Grozy

    Krew i Kałamarz : a ja za moment: wyrwawszy sztachetę żebrzystej grodzi włościanej: pogonię ta Tobą, niczym sędziwy Pop: pamiętliwy czasy młodości: żeby Ci usiłować... zaszufladkowanie się: z głowy przemocą wyplewić. 🙄😳😂 Nie mniej jednak: napisałem do Ciebie na " forum ": w sprawie podjęcia przez Ciebie Przewodu Lektorskiego: Treści Grozy mojego autorstwa: na Łamach Twojego kanału yt. 🙄 Jednocześnie: biorąc pod uwagę Jego tematykę: zgodnie z Twoją Decyzją: musiałbym napisać Treść... adekwatną Epokowo: Tokiem Fabuły. 😳🙄😌

  • Krew i Kałamarz

    Pisarz_Grozy epoka to tu najmniejszym problemem jest... obawiam się że przez bogatość języka niezwłocznie musiałbym się udać do logopedy :)

  • Pisarz_Grozy

    Krew i Kałamarz : CiulaTam, Synu... 🙄😳😂 Jeszcze Cię logopeda za życia nie składał... 😉🤨😂 Nie mniej jednak:.. tak już, rozumiesz: bez żartów... w Klimacie Zabytkowej Demonologii Ludowej: osobiście... jeszcze nie pisywałem, więc: idąc do logopedy: zarejestruj mnie do psychiatry: żebym został spytany: kto tutaj popada w zapomnienie... aż u niego wcześniej nie byłem... może nawet dlatego... trzeba to leczyć. 😉

  • Krew i Kałamarz

    Pisarz_Grozy myślę że przy odrobinie dobrej woli, spotkamy się w połowie drogi :]

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania