DŁUŻNIK
Rozległ się hałaśliwy stukot o drzwi.
Popijałem akurat popołudniowego drinka więc wybiło mnie to trochę z sielankowego nastroju. Wyjrzałem przez złodziejkę by sprawdzić kogo tam diabli niosą. O dziwo po drugiej stronie nikogo nie widziałem. Wróciłem na kanapę i nalałem sobie kolejną szklankę. Po chwili znowu usłyszałem walenie.
-Kiego chuja! - Krzyknąłem. Nic. Głucha cisza.
Zaczynało mnie to wpieniać. Wziąłem baseball’ a z za komody i zacząłem pomału zbliżać się do drzwi gdy nagle wypadły z ogromnym hukiem razem z futryną wprost na mnie. Upadłem. W przejściu stał właściciel mieszkania wraz ze swoim wielkim przydupasem.
-Witam pana serdecznie panie Plum. Nie ładnie udawać, że pana nie ma. Przyszedłem po zaległy czynsz jak się pan domyśla.
-Dobrze. A po co panu kolega? Wystarczyło zadzwonić - Rzekłem.
-Ile można dzwonić. Spojrzał by pan raz na ten cholerny telefon to by pan wiedział, że tłukę do pana od tygodnia.
Spojrzałem na aparat.
-No rzeczywiście. Musiałem przeoczyć.
-Dobra. Dosyć tego cyrku. Płacisz pan natychmiast za dwa ostatnie miesiące i wypad z lokalu. Koniec panie Plum. Skończyło się.
-W porządku panie Kowalski. Tylko problem w tym, że ja nie mam teraz tej forsy. Potrzebuje kilku dni.
-Kilku dni? Plum to nie przelewki. Albo płacisz albo mój człowiek przetrąci ci kulasy. Kapujesz?
-Tak. W takim razie muszę udać się w jedno miejsce bo w tym momencie naprawdę nie dysponuje gotówką.
Kowalski pomyślał chwile po czym zgodził się.
-Dobra. W ciągu godziny masz wrócić z forsą w zębach. I bez żadnych sztuczek. Przyjrzyj się lepiej jeszcze raz panu Czoto.
Przydupas był nieprzyjemny. Miał ryj jak pitt bull. Delikatnie się przestraszyłem i musiałem szybko coś wymyślić. Wstałem z podłogi. Otrzepałem się i wyszedłem na miasto zamotać jakiś szmal. Najgorsze, że Czoto szedł ze mną. Źle się czułem w jego towarzystwie. Trzeba było się go jakoś szybko pozbyć.
Kierowałem się w stronę centrum. Tam zawsze kręcą się znajome twarze. Może zorientują się, że coś jest nie tak gdy zobaczą mnie z tym orylem. Po kwadransie znaleźliśmy się przy rotundzie. Widziałem, że Czoto zaczynał się niecierpliwić. Nic nie mówił tylko spoglądał co chwile na swój złoty rolex. Miałem ochotę się napić. Bałem się, że niebawem będę ujadał z bólu w jakiejś pobliskiej bramie. Nagle ten buc zaczął się dziwnie zachowywać. Wiercił się i kręcił jak by ocknęły się owsiki w jego wielkim tyłku. Nie wiedziałem, że może kogoś tak telepać. Była to świetna okazja by dać dyla między kamienice, jednak musiałem wyczekać odpowiedni moment. Kiedy grubas puścił moje ramie odskoczyłem gwałtownie na bok i zwiałem czym prędzej w boczną uliczkę.
-Stój skurwielu! - Wydarł cwel mordę.
-Stój bo i tak cię dopadnę łajdaku.
Ani na moment się nie obejrzałem. Wsiadłem w najbliższy autoban i pojechałem na Bemowo do ziomka przeczekać całą ta akcje.
Minęła doba. Zrobiliśmy zgrzewka piwa i opowiedziałem mu o zaistniałej sytuacji. Tak zaczęły się moje pierwsze, większe problemy stacjonarno finansowe.
Zmusiło mnie to do tymczasowego powrotu pod Warszawę. Długo myślałem nad nowym lokum. Bez przerwy obdzwaniałem znajomych, na szczęście dość szybko udało się coś zorganizować.
Trafiłem tym razem na Ursus. Okolica była spokojna. Pachniało ruiną starych fabryk. Wszędzie roiło się od nocnych alkoholi i kiosków. Pasowało mi. Tu Kowalski i jego buc mnie nie dopadną.
Piłem. Piłem sporo szukając dorywczej roboty pisząc co wieczór po kilka wierszy. Mieszkanie wynajęła mi znajoma także nie obawiałem się podobnych incydentów. Ufała mi. Zdarzało się, że wpadała do mnie na nocki. Piliśmy browar i gaworzyliśmy o tym i o tamtym. Nie zdarzało mi się do niej dobierać. Kontrolowałem się. W czasie szukania pracy sporo mi pomagała. Głównie finansowo. Robiła zakupy, podrzucała świeżą prasę z ogłoszeniami. Czasem odwdzięczałem się wierszem czy wypadem towarzyskim. Nic wielkiego bo nigdy wiele nie miałem. Nigdy też nie wspominałem o swoich problemach meldunkowych. Moje ''gniazdo’’ było jeszcze nie sprecyzowane.
Pewnego słonecznego dnia wracałem z miasta na rejon. Wyszedłem z autobusu. Kupiłem w kiosku paczkę marlboro i udałem się spacerkiem do domu przez pobliski skwerek. Nic nie zapowiadało kolejnej przykrej historii.
Na jednej z ławeczek siedziało dwóch brzydkich jak noc listopadowa gburów. Zapaliłem fajkę i poszedłem dalej. O dziwo panowie także wstali i zaczęli iść za mną. Kurwa!. Znowu to samo? Pomyślałem. Ile można. Jeden z nich wyciągnął telefon i zaczął gdzieś dzwonić. Przyśpieszyłem. Oni również nie zwalniali tempa. Zacząłem zatem przechodzić powoli do truchtu. Miałem nadzieje, że to ich zniechęci. Nic z tego.
-Ej ty! - Usłyszałem.
-Stój! - Nie reagowałem.
Niższy z nich zaczął przyśpieszać...Tymczasem jak ostatnia sierota potknąłem się o wystający krawężnik i wyrżnąłem orła na chodnik.
-Mamy cię łajdaku. Teraz się nie wywiniesz.
-Ale o co chodzi panowie? Coś przeskrobałem? - Spytałem zdziwiony.
-Jeszcze się głupio pytasz łajdaku? Wisisz panu Nowak pięć tysięcy.
-Słucham? Chyba was posrało!
-Zaraz ciebie posra śmieciu. Wiesz co pan Nowak robi z takimi jak ty?
-Nie. Co robi pan Nowak?
-Cwaniaczek...Bierzemy go do kufra.
I tak wylądowałem w bagażniku czarnego mondeo tych dwóch dupków. Nie miałem pojęcia gdzie mnie wiozą. Ogarnął mnie lęk. Czym ja sobie na zasłużyłem. Biłem się z myślami.
Samochód stanął. Kufer się otworzył. Złapali mnie jak wór zboża i rzucili o ziemie.
-Módl się do boziulki Plum. Teraz nikt ci już nie pomoże.
-Ale chwila. Panowie. Kim jest pan Nowak? Zaszła jakaś pomyłka.
-Gówno nie pomyłka. Jesteś już trupem.
Pomyślałem, że jest jakaś nadzieja skoro tak długo chrzani zamiast dawno pociągnąć za spust. Niestety. Pomyliłem. Pocisk trafił mnie w nogę. Trysnęło jak ze wpieprza. Nagle dostałem po raz drugi. Tym razem w dłoń. Jak ja teraz będę pisał. Pomyślałem. Bolało jak chuj. Czułem, że to koniec. Jeden z gości nadepnął mi na przestrzeloną dłoń. Drugi, parszywie się uśmiechając wsadził zimną lufę do gęby. Potem zobaczyłem już tylko biały błysk...
Dryń!! Dryń!! Zbudził mnie dźwięk komórki. Zlany zimnym potem odebrałem.
-Plum?
-Tak. Przy telefonie.
-Co tak kurwa dyszysz? Pieprzyłeś się z jakąś dziwką? - Spytał głupio głos.
-Tak. Z twoją matką matole!
-Co? ...Ogarnij dupę. Za pięć minut widzę cię na dole. Jest sprawa.
Ubrałem dres, wsadziłem tosta do buzi i zszedłem na dół. Przy aucie czekał gruby Majk. Nie miałem pojęcia co on chce ode mnie o tak wczesnej porze.
-O co chodzi? - Spytałem.
-Jedziemy na przejażdżkę.
-Co? Znowu? Na jaką kurwa przejażdżkę?.
Spytałem nie ochłonąwszy jeszcze po minionym koszmarze.
-Dowiesz się w swoim czasie. Wskakuj.
I ruszyliśmy w drogę. Na szczęście nie wiózł mnie za miasto. Odetchnąłem. Ale ciągle przeszkadzało mi to dziwne milczenie.
-Co jest gruby? Możesz mi wreszcie zdradzić gdzie my do licha jedziemy?
Po chwili ciszy wydusił to z siebie.
-Uderzamy do Czejsa na pogawędkę.
-Do Czejsa na pogawędkę? Nie mogliśmy tego zrobić trochę później? Mam w domu kilka piw do zrobienia.
-Piwa napijesz się jak wrócisz, a teraz pogadasz sobie z Czejsem.
Ten świat stanął na głowie. Pomyślałem. Popieprzyło im się w deklach.
Zajechaliśmy. Wyszedłem z wozu i udaliśmy się do bloku. Podjechała winda, którą pojechaliśmy na górę. Gruby nacisnął dzwonek i weszliśmy do mieszkania Czejsa. Siedział sam przy stole popijając rudą.
-Witam kolegów. Siądźcie.
Tak też zrobiliśmy.
-Co słychać Jeff? Kupę lat co?
-Ok. Po to kazałeś grubemu wlec mnie z samego rańca na drugi koniec miasta by zapytać co u mnie? Spytałem.
-Nie!
-Więc przejdźmy do meritum bo nie mam zamiaru tu koczować do wieczora.
-A więc dobrze. Słuchaj...Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, ale leżysz mi pięć stów.
-Słucham...? A z jakiej racji?
-A z takiej, że ostatnio chlałeś u ''Szwejka'' na mój koszt.
-Na twój koszt? - Spytałem zdziwiony.
-Tak. Na mój.
-Ale nikt mnie wcześniej nie uprzedził, że pije na twój rachunek chłopie.
-Baa. To już nie moja brocha. Takie są fakty i musisz się rozliczyć.
-A kim ty kurwa jesteś, że ja mam się z tobą rozliczyć. Wal się na ryj! Nie dostaniesz ani grosza.
Takiś chojrak?
-Nie jestem żaden chojrak. Nie będziesz sobie mną gęby wycierał. Poszukaj sobie innego frajera. A teraz sorry, ale wracam do siebie.
Nagle w drzwiach stanął gruby Majk.
-Przykro mi Jeff. Musisz się wywiązać.
W tym momencie puściły mi nerwy. Zacisnąłem pięść i zamachnąłem się na grubego, który padł na glebę jak Andrzej po prawym Tysona. Nie chciałem tego robić bo to dobry chłopak, ale nie było wyjścia. Otworzyłem drzwi i wyszedłem. Czejs nawet nie drgnął. Co za palant. Pomyślałem. Wsiadłem w najszybszy czerwoniak i wróciłem do siebie. Co za dzień. Co za noc. To wszystko jest niepoważne. Co się z tymi ludźmi dzieje do jasnej anielki. Otworzyłem czteropak i włączyłem radio.
Siedziałem tak kilka godzin. Miałem wszystkiego dość. Gryzło mnie jaką wartość mają te papiery i liczby dla tego świata. Wstajesz rano, a tu na dzień dobry wita cię obleśna, kapitalistyczna morda z krzykiem – Gdzie kurwa mój szmal?!
Pierdole to! Niech koło fortuny kręci się samo. Ja chce tylko napisać, nagrać, zachlać pałę, potem wskoczyć w ciepłe wyrko. Nic więcej. Do dziś nie spotkałem się z Czejsem czy grubym. Spięli dupy. Bo przecież wiedzą gdzie mnie szukać. Niech dławią się tym swoim pieprzonym hajsem.
Następnego dnia znów zbudził mnie telefon.
-Halo?
-Plum. Słucham.
-Cześć Jeff. Chciałam ci przypomnieć o ubiegłotygodniowej imprezie.
Była to Megi. Znajoma z ursuskich domówek.
-Tak? A co takiego stało się na ubiegłotygodniowej imprezie? Bo wiesz...? Co chwila ktoś do mnie dzwoni i o czymś przypomina.
-No widzisz. Musisz ograniczyć picie.
-Dobra. Dobra. Nie moralizuj mi tu tylko przejdź do rzeczy.
-Już się robi. Przypominasz sobie kabinę prysznicową?
-Hm...To ciekawe. Może i mi coś świta jakaś kabina, ale co w związku z tym?
-A to, że nawalony jak stodoła wpadłeś na nią w łazience gdy chciałeś się odlać do umywalki. Teraz nie nadaje się do użytku.
-Naprawdę? To musiał być gruby melanż.
-Nie żartuj. Musisz wyłożyć na nową.
No nie...Zaraz strzelę sobie w łeb jak Curt.
-Dziewczyno! - Uniosłem się - Zaprosiłaś mnie do siebie na własną odpowiedzialność. Co ja na to poradzę, że jesteś tak towarzyska i szukasz nocnych przyjaciół. Poza tym skąd mam wiedzieć, że nie wciskasz mi kitu. Masz świadków? Ja nie wiele pamiętam.
-Ty bezczelny gnoju. Lepiej żebyś mi oddał forsę bo naśle na ciebie braci.
-Proszę cię bardzo. Nie ty pierwsza nie ostatnia. Za nic ci nie zapłacę.
Rozłączyłem się. Co za pinda. Pomyślałem. Wszędzie wokół naciągacze. Szerzą się jak insekty. Otworzyłem kolejny browar. Co za czasy. Człowiek nie może posiedzieć chwili w spokoju. Wszyscy coś od każdego chcą. Nie mają swoich zajęć czy jak?
Gdy przyszedł wieczór, obawiałem się zasnąć. Jeszcze tego brakowało by dopadła mnie kolejna strzyga. Może bezludna wyspa? Gdzie zamiast kokosów zimne browary, a na jednym ze wzgórz niewielki motelik z wygodnym tapczanem i sprawną lodówką. To by było coś. Odpoczął bym od tego co dzieje się za oknem. Szpanerstwa, biedy, kretynów, stróżów prawa, pedałów, cinkciarzy, komorników, kanalarzy, żebraków, turystów, prawników, strażników miejskich, drogowych szaleńców, taksówkarzy, pucybutów, smrodu, korków, gówien na trawnikach, głupoty, banałów. Ale czy jest to możliwe...? Ciężko być dziś samotnym. Zawsze kurwa ktoś, lub ''coś'' przyjdzie. Czy to dłużnik, głodny, potrzebujący dolca na wino pijaczek, rak, cholera, grypa, pieprzony listonosz z kolejnym mandatem, telekomunikacja, śmierć, bank, upierdliwy sąsiad. Zawsze kurwa coś....Zawsze. Nie ma na to sposobu i wyjątków. Jesteśmy obserwowani, dręczeni, obgadywani. Jesteśmy ciągle na celowniku tego pieprzonego świata, który każdego dnia dokonuje zamachów na nasze procesy myślowe. Gnijemy, uwięzieni jak Truman w tym prowizorycznym. Wszystko jest nadmuchane, puste, bez wyrazu. Wszystko jest próżne jak sława. Jak nasza codzienna egzystencja. Wszystko jest jak....
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania