dno

(zapiski Tomasza Szamota)

 

Dalej mówią na mnie Rolnik. Chyba z rozpędu. Jaki tam ze mnie rolnik! Wszystko sprzedałem i przepiłem. Sprzedałem konia, sprzedałem krowy, sprzedałem świnie, owce, sprzedałem kury, kaczki, gęsi, sprzedałem króliki i klatki po królikach, nawet karaski ze stawu przydomowego wyłowiłem i sprzedałem. Wszystko, co mogłem, sprzedałem i przepiłem. Wcześniej odeszła ode mnie żona. Zmartwiłem się, ale nie za bardzo. Jestem z natury optymistą. Z jednej strony źle bez kobity, bo ciepła, miękka. Z drugiej drażniło mnie jej ciągłe zrzędzenie. Nie potrafiła zamknąć kłapaczki dłużej niż na pięć minut. Ciągle coś jej było nie tak.

Nie, nie. Nie było tak, że zacząłem pić, kiedy odeszła Stefka. Raczej na odwrót było. Stefka odeszła, bo piłem. Bezpośrednim powodem, zapalnikiem była niechlubna noc, kiedy zasnąłem na niej podczas stosunku. Piłem od dawna, odkąd pamiętam nie wylewałem za kołnierz. A kiedy odeszła Stefka, skończyło się zrzędzenie i mogłem oddawać się pijaństwu na większym luzie. Mówię na większym, a nie na całkowitym, z powodów finansowych. Pieniądze ze sprzedaży inwentarza szybko się skończyły. Jedynym stałym dochodem była renta teściowej, zasuszonej, wątroboplamistej, gośćcowo powykręcanej, mętnookiej, haczykonosej staruszki z postępującą demencją, która nawet nie zauważyła, że córeczka odeszła w siną dal. Teściowa siedziała cały dzień w zatęchłej, nigdy nie wietrzonej izbie i słuchała Radia Maryja. Na szczęście, mimo podeszłego wieku, słuch miała dobry i nie katowała mnie nadmiernie rydzykowym przekazem. A może, z powodu demencji, nie musiała już słyszeć dokładnie, co gadają, i radio służyło jej bardziej jako podkład dźwiękowy, niczym szmer strumyka albo szum morskich fal.

Renta teściowej ledwo starczała nam na niewyszukane jedzenie dla dwojga i alkohol dla mnie. Jedliśmy głównie chleb, cebulę i tłustą mielonkę, którą kupowałem w hurtowni spożywczej w zgrzewkach po dziesięć kilogramowych puszek. Trułem się alkoholem z najniższej półki.

Na szczęście teściowa umarła i od tej pory nie musiałem się już dzielić rentą z nikim.

Spytacie, skąd renta, skoro teściowa przeniosła się na tamten świat? Otóż nie zgłosiłem zgonu. Umarła w nocy. W łóżku. Pomyślałem, że jej przecież wszystko jedno, czy będzie nadal dostawać rentę, czy nie. Pożyczyłem od starego Józwy Wartburga i objeździłem wszystkie większe sklepy i hurtownie chemiczne w promieniu stu kilometrów od Stęchlewa. Stęchlewo to miejscowość, w której mieszkam, chyba zapomniałem o tym powiedzieć na początku, więc ogłaszam to teraz. W każdym sklepie czy hurtowni kupowałem jeden litr (nie więcej) stężonego kwasu solnego. Robiłem tak, aby uniknąć podejrzeń i wścibskich domysłów typu „po co zwykłemu (he, he) rolnikowi tyle kwasu”. A litr to każdy przecież może sobie kupić.

Jak się pewnie domyślacie, rozpuściłem teściową w kwasie. Starsza pani syczała podczas kąpieli. Uciekłem z ciasnej łazienki przed trującymi wyziewami, śmierdziało straszliwie ludzkim mięsem i oparami kwasu. Zostawiłem teściową na trzy dni w wannie. Myślę, że nie robiłem jej żadnej krzywdy. Nie żyła już. To chyba nawet lepiej, że nie będzie gniła w taniej trumnie dwa metry pod ziemią, w ciemności, wilgoci i zimnie. Że robaki nie wyżrą jej oczu i ust, że śliskie glisty nie wpełzną jej przełykiem do napuchłego od sfermentowanej brei rozpadających się podrobów torsu, wzdętego od gazów gnilnych. Zamiast tego rozpuściła się estetycznie w wannie w zaciszu domowej łazienki. Po trzech dniach została po niej tylko garstka nie do końca zetlałych kości, czaszka, zeschłe piszczele i niewielka górka wapiennego piasku. Spuściłem kwas, poczekałem, aż resztki wyparują, po czym zabrałem składaną łopatę-saperkę i resztki teściowej do plecaka i zaniosłem do lasu. Zapuściłem się naprawdę daleko, w największą gęstwinę, przedzierałem się przez kłujące zasieki jeżynowych krzewów, przez chaszcze, dzikie trawy, osty, chwasty, drapiące krzaki. A potem wykopałem głęboki dół i zostawiłem tam doczesne szczątki mojej świętej pamięci teściowej. Dół zasypałem i przykryłem liśćmi.

Po pozbyciu się resztek ciała musiałem przygotować się na comiesięczną wizytę listonosza. Listonosz, a właściwie renta, którą przynosił, była w tym wszystkim najważniejsza. Rozpuszczenie teściowej to tylko preludium. Dużo pracy miałem jeszcze przed sobą.

Wygrzebałem z najgłębszych, najbardziej zakurzonych czeluści piwnicy kaseciaka typu jamnik. Po odkurzeniu mokrą szmatką okazało się, ku mojej radości, że działa. W środku była nawet kaseta.

Wyszukałem na YouTubie filmik ze szczekaniem psa. Nie było to wcale tak łatwe, jak się wydawało. To musiał być bardzo duży i groźny pies, a jego szczekanie straszne jak z filmów grozy. W końcu znalazłem odpowiedni film, a właściwie odpowiedni podkład dźwiękowy.

Włączyłem komputer z nagraniem. Uruchomiłem kaseciaka jamnika, wcisnąłem guzik oznaczony „rec” i zapisałem szczekanie na kasecie.

Tak jak przewidziałem, listonosz przestraszył się wściekłego, nieustającego nawet na chwilę ujadania. Bał się wejść do środka. Stał w drzwiach z niepewną miną. Kaseciaka postawiłem na podłodze tuż przy wejściu do mieszkania. Kiedy powiedziałem mu, że pies specjalnie nie lubi pracowników poczty, bo zabrano go interwencyjnie jakiemuś listonoszowi, który trzymał go na krótkim łańcuchu i głodził, facet obciągnął nerwowo pocztowy uniform i poprosił mnie o podpisanie odbioru renty w zastępstwie starszej pani.

I tak to leciało potem miesiącami.

Mając całą rentę dla siebie i święty spokój, mogłem oddawać się swemu nałogowi bez żadnych ograniczeń. Raz w miesiącu przychodził listonosz, włączałem kasetę z psem i łatwy szmal wpadał mi do kieszeni.

A więc w całkowitym spokoju, bez jazgotu byłej żony, powoli pogrążałem się w różowej mgle. Butelkowy czas! Butelkowy czas! Bateria butelek po winie i wódce, zastępy puszek po piwie. Piramidy petów na talerzach, półmiskach, salaterkach, zakrętkach do słoików, kubkach, szklankach, spodkach. Nawet w kapslach po piwie. Na podłodze niedopałki. Koło łóżka sterta używanych skarpetek, majtek i koszulek. Zarastałem kurzem i brudem, miodouszniałem, hodowałem żałobę zapaznokciową. Całymi dniami wylegiwałem się na łóżku, patrzyłem w sufit i przewracałem z boku na bok. Zapomniałem o kinie, teatrze, literaturze. Redukowałem się i upraszczałem. Obstawiony baterią piw przed telewizorem jak sfinks — trwałem. Brak żony kompensowałem sobie seansami porno. Siadałem na fotelu przed komputerem z papierosem w jednej ręce i z fujarą w drugiej i samołajdaczyłem się przy pornograficznym filmie.

Po dwóch, trzech miesiącach zorientowałem się, że seanse masturbacyjne zabierają mi coraz więcej czasu. Najwyraźniej spodobał mi się ten nowy rodzaj rozrywki. Będąc z żoną, musiałem dbać także o jej przyjemność ze zbliżenia, respektować i akceptować jej prawo do mówienia „nie”, jej bóle głowy, dąsy, fochy i foszki. Nie mówiąc o nadmiernym klamkowaniu przez cały dzień. Teraz robiłem to sam i wszystko było (dosłownie!) w moich rękach.

Nauczyłem się trwać w skrajnym pobudzeniu seksualnym, na samej granicy orgazmu, całymi godzinami. Moje ciało stało się precyzyjną maszyną do nieustannej produkcji endorfin.

Patrzyłem na rozbierającą się Sashę Grey, na obciągającą fiuta Sashę Grey, na rżnącą się Sashę Grey. Ach! Co za laska! Młoda, zgrabna. Bez tatuaży, sztucznych cycków, botoksu. Bez ohydnego żelastwa na twarzy i w miejscach intymnych.

Gapiłem się w monitor komputera, popijałem wino z butelki, paliłem fajki, cały czas na granicy spełnienia, którego nie chciałem, przed którym się broniłem, bo nie spełnienia pragnąłem, tylko drogi do niego. Byłem maratończykiem, który czerpie radość z biegu, a nie dotarcia do mety. Trzymałem w dłoni penisa z czujną uwagą, manipulowałem nim precyzyjnie niczym astronauta joystickiem podczas dokowania kapsuły kosmicznej do statku matki albo operator drona wojskowego w trakcie ważnej akcji na obcym terenie. Jeden nierozważny ruch groził katastrofą! Kiedy czułem, że orgazm nastąpi tak czy siak, nawet bez fizycznej manipulacji przy członku, wyłączałem dźwięk w pornolu i uruchomiałem odtwarzacz CD. Najczęściej puszczałem jakąś płytę z muzyką poważną. Świetny był Philip Glass — amerykański kompozytor z kręgu minimalistów. Uwielbiałem jego płynące, melodyjne, melancholijne, pełne smutku utwory. Idealnie pasowały do sytuacji.

To była niesamowita faza. Mój mózg, komputer pokładowy pod czaszką, zalewany był kaskadą skrajnie różnych bodźców. Przez oczy wlewało się tsunami perwersyjnej rozpusty. Przez uszy sztuka wysoka, wysublimowane frazy muzyczne wybitnego kompozytora. Sacrum i profanum.

Muzyka poważna zamiast stękania, odgłosów siorbania przy obciąganiu fiuta albo klaskania ciała o ciało sprawiała, że podniecenie seksualne nieco się obniżało. Przesuwałem nieuchronny orgazm jeszcze trochę w czasie. Przy okazji obcowałem z wysoką sztuką, co też nie było bez znaczenia, bo godziny trwania w bezustannym napięciu seksualnym robiły się koniec końców, tak jak wszystko, co w nadmiarze, nudne.

Tak zredukowany, uproszczony i złajdaczony staczałem się po równi pochyłej. Turlałem się w stronę dna, piłem, żarłem jak świnia, łajdaczyłem się, wtaczałem do łazienki, rzygałem, wytaczałem, zalegałem i dalej się upadlałem. Staczałem się i staczałem, ciągle zmierzałem w stronę dna, ale dosięgnąć go nie byłem w stanie. Dno było zawsze jeden krok przede mną. Zawsze o dzień do przodu. Starałem się, jak mogłem, ale upaść na samo dno nie potrafiłem. Było na wyciągnięcie ręki i jednocześnie nieosiągalne. Pragnąłem już tam być. Być na dnie. Być na dnie, aby móc się od niego odbić. I zacząć nowe życie. Zrozumiałem, jak każdy pijak poniewczasie, że redukcja i uproszczenie, że złajdaczenie totalne i upodlenie dospodne mogą stać się bardzo męczące.

W końcu, kiedy pojąłem, że nigdy o własnych siłach nie sięgnę dna, postanowiłem kupić dno przez internet. Znalazłem ciekawą ofertę na Allegro. Przed zakupem upewniłem się mailowo u sprzedawcy, że to jest KOMPLETNE DNO. Tylko kompletne dno mnie interesowało. Od takiego dna będę się mógł wreszcie odbić jak Małysz od progu skoczni i polecieć, polecieć daleko w stronę nowego życia, i czuć na twarzy mroźny i rześki powiew wiatru zmian.

Po kilku dniach kurier dostarczył zamówione przez internet dno. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy po rozpakowaniu przesyłki okazało się, że DNO JEST NIEKOMPLETNE! Brakowało przewodu zasilającego i instrukcji obsługi! Zadzwoniłem do sprzedawcy i zażądałem instrukcji. Średnio uprzejmy typek po długich minutach wyczerpujących negocjacji zgodził się niechętnie na wysłanie mi instrukcji mailem. Przewód z wtyczką odciąłem od żelazka, którego i tak nie używałem. Zdarłem izolacje z końców przewodów i jakoś udało mi się podłączyć dno do prądu. Niestety, dno było zepsute. Świeciły się jakieś lampki na czerwono, jedna zielona migała. Ale dno nie działało! Zajrzałem do skrzynki mailowej. Tak! Był mail od sprzedawcy z instrukcją obsługi. Niestety. Instrukcja była, ale po węgiersku.

Poszedłem do kuchni i rozpieczętowałem flaszkę czyściochy. Wypiłem parę solidnych łyków i postanowiłem pójść jednak na ten obciachowy wielkanocny festyn urządzany jak co roku na stadionie Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Wybrałem ze sterty używanych skarpetek i majtek najlepsze (najświeższe) sztuki. Ubrałem się i wyszedłem z domu. Pomyślałem, że nie od rzeczy będzie napić się piwa z kranu. Na pewno pośród straganów z pieczywem wiejskim, pseudooscypkiem, dżemami, konfiturami własnej roboty i powidłami, pomiędzy dymiącymi grillami z kaszanką i kiełbasą będą też krany z piwem. Napiję się piwa i popatrzę na konkurs malowania jaj, puszczanie megabaniek, pokaz prestidigitatorski, na lecące w niebo wypełnione helem baloniki. Odprężę się trochę, popiję i zapomnę o oszuście, który wcisnął mi przez Internet niekompletne dno.

Festyn skończył się ogólną zadymą i mordobiciem. Młodzieńcy z orłami na koszulkach i napisem "Śmierć wrogom ojczyzny" pobili się z młodzieńcami w koszulkach z Che Guevarą. Zbiegli się z różnych stron i zaczęli demolować stragany, kopać, tłuc pięściami i wyprowadzać ciosy karate z półobrotu. Zaatakowani odpowiedzieli przemocą. Przewrócone grille sypały iskrami i buchały kłębami siwego dymu. Ktoś poparzony podskakiwał na jednej nodze i strasznie krzyczał. W powietrzu fruwały kufle i jajka przyniesione na konkurs. Z rozbitej kanki sączyło się piwo i wsiąkało w ziemię. Pozbawione uwięzi baloniki szybowały w stronę słońca.

— Zwijamy się — powiedziałem do Mietka Papciaka, którego spotkałem na festynie.

Uciekliśmy w bezpieczne miejsce. To znaczy do sklepu monopolowego. Po tych wszystkich emocjach należało nam się coś na uspokojenie. Kupiliśmy sześć win marki Caro i cztery paczki papierosów Marlboro. Poszliśmy na polankę pod lasem. Czuliśmy się wreszcie bezpiecznie, nikt się nie awanturował, nikt nie miotał kuflami. Alkoholu i fajek mieliśmy tyle, że mogliśmy być pewni, że nam nie zabraknie. Taka pewność daje poczucie spokoju.

Piliśmy, paliliśmy i rozmawialiśmy o kurestwie polityków i podłości kobiet. Snuliśmy biznesowe plany. W trakcie obalania szóstego wina urwał mi się film. Zaliczyłem zgon.

A potem był nalot bombowców B-52. Bomby musiały spadać gdzieś blisko, bo huk był potworny, wydawało się, że powinien rozerwać czarną przestrzeń nocy na strzępy.

Kiedy otworzyłem oczy, ujrzałem bladą tarczę niskiego słońca i nasiąkające błękitem niebo. Świtało. Bombowce gdzieś zniknęły, ale huk bomb i wycie silników pozostały. Dopiero po chwili zrozumiałem, że to w głowie tak strasznie mi huczy. Podparłem się na łokciach. Leżałem w rowie melioracyjnym biegnącym wzdłuż cmentarnego płotu. Musiałem przespać tu całą noc. Z trudem podźwignąłem się do pozycji siedzącej. Na brudnej, niegdyś białej koszulce rozlewała się od szyi po pępek niczym krawat zetesempowca wielka szkarłatna plama zaschniętej krwi. Chyba miałem złamany nos. Rój much krążył nade mną. To ich brzęczenie musiałem wziąć za dźwięk atakujących bombowców. W kroczu i na udach czułem zimną wilgoć. Wielka plama znaczyła spodnie. Ale było w nich, w oblepionych mokrą gliną cmentarnego rowu portkach, coś jeszcze. Coś cuchnącego i lepkiego. Dotarło do mnie, że zeszczałem i zesrałem się w spodnie. Zrobiło mi się niedobrze i zwymiotowałem na zakrwawioną na torsie koszulkę. Padłem wyczerpany na plecy. Jakiś pies pojawił się nie wiadomo skąd, obwąchał mnie, a potem zadarł tylną łapę i obsikał. Spojrzałem na lewą dłoń. Nie było na niej zegarka. Kilka razy przewróciłem się, próbując stanąć na nogi. Wreszcie jakoś się udało. Sprawdziłem kieszenie. Nie było w nich telefonu, kluczy do mieszkania ani pieniędzy. Powoli, krok za krokiem szedłem rowem w stronę ulicy. Znowu mnie zemdliło i zwymiotowałem. Na szczęście huk bombowców w głowie zelżał i mogłem zebrać myśli. Próbowałem w sytuacji, w której się znalazłem, odszukać jakiś jaśniejszy punkt. Jak już mówiłem, jestem optymistą i zawsze staram się patrzeć na rzeczywistość pozytywnie. Teraz nie było łatwo. Zesrany, zaszczany i obrzygany, bez komórki, zegarka i pieniędzy, bez kluczy do własnego domu, z potwornym bólem pod czaszką nie bardzo wiedziałem, czego się złapać, za co chwycić. Słońce pięło się po niebie i coraz mocniej grzało. Wlokłem się, potykając o własne nogi, musiałem strasznie cuchnąć, niełatwo było myśleć pozytywnie w takiej chwili…

A jednak udało się! Nagle doznałem olśnienia! To była właśnie ta chwila. SIĘGNĄŁEM DNA! Upadłem na dno. Wreszcie dotarłem do celu długiej, krętej i wąskiej drogi, której krańcem było KOMPLETNE DNO! Byłem tam, byłem na dnie i nie musiałem się już przejmować, że dno, które kupiłem w chwili słabości i zwątpienia przez Internet, jest niekompletne i zepsute. Nie potrzebowałem go już. Poza tym, ponieważ byłem na samym dnie, mogłem się od niego odbić i wreszcie zacząć nowe życie.

Gdzieś w najciemniejszym zakamarku skołatanej głowy błysnęła myśl, że takie odbijanie się od dna to nie w kij dmuchał. Nie codziennie człowiek upada na dno, a potem się od niego odbija. Czy to nie jest aby okazja, aby się napić? Wiedziałem, że nie uwolnię się już od tej myśli. Była jak pojedyncze ziarenko rzucone na żyzną ziemię.

Uśmiechnąłem się do siebie po raz pierwszy tego dnia. A potem zapłakałem. Łzy płynęły mi ciurkiem na obrzyganą i zakrwawioną koszulkę. „Ja jestem King Bruce Lee karate mistrz” — zanuciłem trochę od rzeczy stary przebój. Jakiś ptak siedział na gałęzi cmentarnego drzewa. Wydawało mi się, że patrzy na mnie. Pokazałem mu faka i poszedłem w swoją stronę.

Średnia ocena: 4.3  Głosów: 11

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (35)

  • JamCi rok temu
    Ło matko. Już zapomniałam, jakie to jest dobre.
    Już poza abstrakcją i absurdem to jest po prostu po mistrzowsku napisane.
  • skandal rok temu
    dzięki za słowa otuchy :)
  • Akwadar rok temu
    Szacun za tekściora!
  • skandal rok temu
    dzięki!
  • To jest jakby piękne.
  • pansowa rok temu
    Nio :)))
    Oczywiście wiesz, że oszołomstwo stwierdzi, że to o nas, dlatego się podoba.
    Super.
    Niemniej ktoś, kto nie dotknął nieba i nie sięgnął dna, gówno wie o życiu.
  • Akwadar rok temu
    pansowa amen
  • pansowa Oceniam poziom opisania treści, a nie treść. Nie ma dla mnie znaczenia czy jest o kupie czy o motylkach.
    A co se myślą niektórzy wedle dupy mię lata.
    Rzekłę.
  • pansowa rok temu
    Nadleśniczy Nuncescu bo to bardzo dobry poziom i oby wszyscy się na poziomie literackim skupiali.
  • skandal rok temu
    jestem jakby hepi, że Ci się podoba
  • pansowa rok temu
    skandal To gicior, tylko co Ty ciągle z ta otuchą? :)
  • skandal rok temu
    pansowa mam niską samoocenę i ciągłą obawę, czy moje pisanie ma sens. tego już się nie pozbędę raczej.
  • pansowa rok temu
    skandal Kokietujesz :)
  • skandal rok temu
    pansowa wolę niedoszacować niż przeszacować. zawsze to bezpieczniej :)
  • Trzy Cztery rok temu
    Świetnie podane perypetie szamoczącego się bohatera, idealnie połączone z jego twardzielskim nazwiskiem - Szamot.
    Bardzo dobrze napisana rzecz. Jedyne zdanie do poprawienia (szyk):

    Nie potrafiła zamknąć kłapaczki DŁUŻEJ NIŻ NA PIĘĆ minut.

    Powinno być:

    Nie potrafiła zamknąć kłapaczki NA DŁUŻEJ NIŻ PIĘĆ minut.
  • skandal rok temu
    dzięki za wizytę i słowa otuchy :)
  • kigja rok temu
    Spaść na sam dół, tylko po to, by sie od niego odbić? Rzadko komu to się udaje...
    Mimo iż czuję wrogą antypatię do bohatera, to doceniam język literacki, bo o dziwo płynnie mi się czytało o perypetiach pijaka.
    :)))
  • skandal rok temu
    dzięki za słowa otuchy. całe życie spadamy (niektórzy) i próbujemy się podnieść. to trudne życie ale co zrobić, skoro innego nie ma?
  • Oryginalne, przebojowe i nastrojowe. ?????, pozdrawiam ?
  • skandal rok temu
    dziękuję za słowa otuchy :)
  • Dekaos Dondi rok temu
    Też dołączam słowa otuchy, gdyż tekst dobrze napisany, płynnie się czyta i daje po oczach, taką...prawdziwością.
    Ewentualne powtórzenia, tu akurat wzmacniają przekaz.
    A propos↔Jest↔zdaniem mym rzecz jasna:)
    Pozdrawiam:)↔%
  • skandal rok temu
    dzięki dzięki. i zdravia dużo :)
  • Wertyt rok temu
    Kawał mięsistej prozy o prymitywnym bezmózgowcu. Przeczytałem z odrazą i podziwem.
  • skandal rok temu
    dzięki. choć ocena peela bardzo surowa..
  • Wertyt rok temu
    skandal

    Cóż, pierwsze wrażenie jest z reguły zdecydowanie emocjonalne. Można go ocenić jako prostackiego egoistę, bo on nie jest wycofanym abnegatem czy zwyczajnym alkoholikiem. Jest zbyt cwany. Przez to odrażający.
  • Wrotycz rok temu
    :) Kawał dobrej satyry powstałej podczas drążenia metaforycznego pojęcia: odbić się od dna.
    Dno dnu nierówne. Mniejsze, większe, mniej i bardziej złożone. Ambitny eksplorator - nurek z tego Szamota :)
    Dobrze, że się docenił w tej pasji pełnego zanurkowania.
    No i pointa, nie ma dna, oj nie ma :)
    Dnem nie jest niszczenie siebie, totalnym dnem jest niszczenie innych. Sadyzm, czyli czerpanie przyjemności z zadawania bólu fizycznego i psychicznego istotom czującym. W garniaku, czystym mundurze, ekstra kiecce...
    Pozdrawiam. 5!
  • skandal rok temu
    pełna zgoda. "jak ja zabijać siebie, powinien wiedzieć każdy" śpiewał ktoś kiedyś. albo inaczej: "że z tylu różnych dróg przez życie, każdy ma prawo wybrać źle". robić sobie kuku dużo mniej paskudne jest niż bliźniemu. to już kurestwo. tak!
  • D.E.M.O.N rok temu
    Toś napisał. 5!
  • skandal rok temu
    dzięki za wizytę
  • Tjeri rok temu
    No. Przepiknie napisane. Jednak to jasne wejrzenie w siebie,
    kształt opowieści, pragnień, a także turpistcznych opisów, wskazuje, że to nie rolnik był (tylko), a dodatkowo jakiś krypto poeta, artystyczny popapraniec...
    Świetnie się czytało.
  • pansowa rok temu
    Artysta w samodestrukcji.
    Piękna sprawa.
  • Tjeri rok temu
    pansowa – zgubiłeś "popapraniec".
  • pansowa rok temu
    Tjeri Faktycznie.
    Ale miodzio jest to opisane :)
  • Tjeri rok temu
    pansowa zgadza się.
  • skandal rok temu
    Tjeri - rozszyfrowałaś Szamota :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania