Doborowe towarzystwo

Podobnie jak większość ludzi mam w sobie swojego demona, a właściwie dwa, które mnie męczą i cyklicznie dają o sobie znać. Najchętniej pozbyłbym się ich i przez przypadek z jednym sobie poradziłem.

W naszym niewielkim mieście były do niedawna cztery taksówki, które wzajemnie konkurowały o klienta, tak rzadko spotykanego na zaniedbanych ulicach. Ceny drastycznie spadały i okazało się po pewnym czasie, że żaden z taryfiarzy nie ma na paliwo, o naprawach oraz przeglądach można było sobie tylko pomarzyć. Koniecznym stało się uregulowanie i powstrzymanie niezdrowej konkurencji. Dlatego w czasie kolejnego zakopywania po awanturze topora wojennego, zapadła decyzja o powołaniu korporacji, która miała za zadanie w sposób jawny, demokratyczny i sprawiedliwy rozdzielać możliwość jednakowych utargów. Najważniejszym prezesem został weekendowy kościelny z naszego małego zabytkowego kościółka, na pierwszego wiceprezesa powołano jego dalekiego krewnego ze strony matki oraz sekretarza do zapisywania spotkań. Natomiast mi przypadła zaszczytna funkcja drugiego wiceprezesa. Radość, przynajmniej moja, trwała do czasu pojawienia się piątej taksówki. Zaraz po wstąpieniu do korporacji nowego taksiarza dokonano ponownych wyborów do władz. Prezes pozostał na swoim stanowisku, pierwszy wiceprezes również, nawet sekretarz pozostał. Jedyna miana pojawiła się na stanowisku drugiego wiceprezesa, bowiem został nim nowy, który był szwagrem pierwszego wiceprezesa, kuzynem ze strony ojca prezesa i kolegą szkolnym sekretarza. Niestety ja żadnej funkcji nie objąłem i czułem się z tego powodu niedoceniony.

Zarząd chcąc poprawić mi wisielczy nastrój przydzielił mi kurs z klientem do oddalonego o trzynaście kilometrów miasta powiatowego. Podczas jazdy pasażer okazał się mężczyzną bardzo sympatycznym i do tego naukowcem, ponieważ mówił.

- Moje wysokie IQ jest dla mnie powodem do dumy i sprawiło, że czuję się pewny siebie, a pana IQ?

- Niestety nie wiem, odradzono mi przystępowanie do testu, ponieważ na nim mierzą głównie zdolności matematyczne i językowe, których nie posiadam – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

- Czyli nie słyszał pan o testach na inteligencję wieloraką profesora Gardnera z Harvardu?

- Pierwszy raz o niej słyszę – powiedziałem.

- Jeżeli pan wyrazi zgodę, to możemy ten test przeprowadzić podczas jazdy, ponieważ posiadam go przy sobie.

Zgodziłem się bardzo chętnie, gdyż przed nieznajomym było mi znacznie łatwiej odpowiadać na podchwytliwe pytania, niż przed kimś znanym z naszego miasta, który później mógłby wszystko wypaplać w przypadku jego niezaliczenia. Pierwszą oceną była inteligencja muzyczna i okazało się, że jestem wrażliwy na rytmy, wysokość i barwę dźwięków. Drugim była ocena inteligencji przestrzennej i rozumiałem otoczenie dzięki kształtom i wyobrażeniom pochodzącym ze świata zewnętrznego oraz wyobraźni. Trzecim była inteligencja przyrodnicza odpowiadająca za różnice między gatunkami, w niej też śpiewająco mi poszło. Czwarta była inteligencja cielesno – kinestetyczna odpowiadająca za umiejętność kontrolowania własnych ruchów ciała i zręczność przy radzeniu sobie z przedmiotami, jak dla mnie łatwizna. Piąta, inteligencja językowa, czyli zdolność jasnego wyrażania własnych myśli poprzez słowo mówione i z tym nie miałem problemu, choćby do innych użytkowników naszych dróg zajeżdżających mi drogę. Szósta to inteligencja logiczno – matematyczna opierająca się namyśleniu przyczynowo – skutkowym. Jest to zdolność do dostrzegania wzorców logicznych lub liczbowych i z tym nie ma się problemów pod warunkiem, że robi się wszystko odwrotnie od tego, co mówią politycy. Siódma inteligencja interpersonalna oprócz zawierania w sobie wszystkich pozostałych typów, cechuje ją dostęp do własnych uczuć oraz umiejętności.

Pasażer sprawnie podliczył i powiedział.

- Posiada pan wszystkie siedem rodzajów inteligencji, które idealnie współpracują ze sobą i tworzą niepowtarzalną i indywidualną konfigurację.

Kiedy usłyszałem jego słowa byłem bardziej dumny z siebie niż moi rodzice, gdy ukończyłem podstawówkę. Nagle demon siedzący w mojej głowie, który ograniczał mój intelekt prysł niczym bańka mydlana. Jeszcze przed opuszczeniem mojego samochodu wręczył mi gratis dyplom z wysoką oceną mojego IQ.

Klient miał rację, posiadając dyplom poczułem się dumny i pewny siebie, więc z tak pozytywnym nastawieniem rozpocząłem szukanie odpowiedniej partnerki. Najlepszym rozwiązaniem w mojej ocenie było rozeznanie się w ofertach internetowych, ponieważ w naszym mieście, oprócz mnie nikt nie mógł pochwalić się tak wysokim IQ. Paradoksem było, że nawet nie mogłem z nikim moim szczęściem się podzielić, żeby nie wywołać ogólnej zawiści.

Uskrzydlony wewnętrznym przekonaniem o własnej ponadprzeciętności nawiązałem znajomość z panią z innej korporacji, zajmującej tam kierownicze stanowisko. Kompleksów nie miałem, ponieważ jako były drugi wiceprezes korporacji, który zamierza w niedalekiej przyszłości stworzyć własną, jest doskonałą partią dla pani podpisującej się jedynie niezrozumiałym skrótem i cyferkami. Byłem pewny po korespondencji podsumowującej kwieciście moje zdanie o nowoczesnych kobietach, że więcej się do mnie nie odezwie. Jednak z pewnością przemyślała swoją niestosowną wulgarną odpowiedź i prawdopodobnie w ramach przeprosin zaprosiła mnie na zjazd integracyjny swojej korporacji na zamku w Łęczycy. Poganiany ciekawością i chęcią poznania nieznajomej, a nie jej profilu, wyraziłem gotowość wzięcia udziału w biznesowym spotkaniu.

Sama Łęczyca spodobała mi się bardzo, a zwłaszcza zamek zbudowany na planie czworokąta. Nad bramą wejściową umieszczono napis „muzeum”, piszącym z pewnością chodziło o to, żeby nie trzaskać przy wchodzeniu drzwiami, które ze starości mogą się rozpaść. Odźwierny sprawdzający zaproszenia skierował mnie do okazałego trzykondygnacyjnego budynku, mówiąc.

- Uda się pan do skrzydła zachodniego do domu nowego.

Musiało mu się coś pomieszać, lub miał zeza, tam gdzie paluchem pokazał, niczego nowo wzniesionego nie zobaczyłem, więc odruchowo skręciłem. Wprost do równie starego dwukondygnacyjnego budynku, lecz on zatrzymał mnie po kilku krokach.

- Proszę nie iść do Prochowni, tylko do tamtego większego.

Tym swoim gadaniem wystraszył mnie, ponieważ nie zamierzałem niechcąco dać się zabić w jakimś niekontrolowanym wybuchu. Dlatego posłusznie poszedłem w stronę gdzie kazał. Przed wejściem na salę poznałem w końcu fizycznie panią, z którą korespondowałem. Ubrana była w piękną i z pewnością drogą kreację, na jaką nigdy nie byłoby mnie stać, z pewnością na buty też. Fryzurkę miała pracochłonnie ułożoną, a na twarzy makijaż rodem z programu „Twoja twarz brzmi znajomo”, nawet mi to nie przeszkadzało, tak uroczo wyglądała. Pewność siebie szybko utraciłem pod wpływem jej wyszukanego słownictwa, jakim zwróciła się do mnie na początku, jako wiceprezesa korporacji. Na całe szczęście zostaliśmy zaproszeni do stołu z nieznanymi mi potrawami. Wyznaczone miejsce zająłem, lecz wcześniej odsunąłem krzesło kobiecie jak uczyła mnie mama. Spotkanie początkowo kulturalne i na wysokim poziomie, które powodowało, że czułem się zagubiony szybko przerodziło się w zwykłą popijawę, zamiast w wieczór taneczny. Ostatecznie nie dziwiłem się, że nikt nie tańczył, ponieważ orkiestra strasznie rzępoliła, prawdopodobnie w ten sposób chcieli wygonić z zamku wszystkie przeterminowane duchy.

Niestety na ostrym piciu nie zakończyło się, doszła propozycja nieskrępowanego seksu. Tego było dla mnie za wiele i starając się nie rzucać w oczy chwiejnym krokiem ratowałem się ucieczką. Zaraz za drzwiami natknąłem się na innego odźwiernego.

- Brama jest zamknięta, wychodzi pan?

Udając głupka powiedziałem.

- Nie wyjdę na dziedziniec trochę się przewietrzyć, alkohol mi już tak nie służy jak dziesięć lat wcześniej.

Starając się żeby nie wyczuł, że nie wypiłem aż tak wiele, na głębokim wydechu przemknąłem obok niego. Daleko nie szedłem, tylko skryłem się w najbliższy cień.

- Witam w domu starym, zapraszam do środka – powiedział ktoś w ciemności.

Zaraz po tych słowach dostrzegłem w dole oświetlone wejście na końcu długich schodów. Nie wypadało mi odmówić zaproszenia, dlatego wszedłem. Osoba zapraszająca ominęła mnie i stanęła z boku, mówiąc.

- Dobrochoczy jestem, witam na naszym skromnym przyjęciu.

Przynajmniej zapraszający nie kłamał dom był faktycznie stary. Liczne stoły uginały się pod mięsiwem i dzbanami wina. Biesiadnicy kolejno wstawali z ław, podchodzili i witali się ze mną. Pierwszym, który sie przedstawił nazywał się Kłobuk, po nim była młoda kobieta Wiła i jej koleżanka Rusałka, dalej sponsor przyjęcia Boruta, jego kolega Rokita, Bełt, Południca, Utopiec, Wodnik, Dziwożona. Podczas każdego kolejnego przedstawiania wznosiłem nowy toast porządnym kuflem mocnego wina. Niestety całego towarzystwa nie zapamiętałem, czy długo się bawiłem tego też nie wiem, za dużo miałem w czubie i przeholowałem.

Dopiero koło południa ocknąłem się na dziedzińcu zamkowym. Pomimo zamroczenia alkoholem, starałem się odszukać panią, która mnie tu zaprosiła i złożyła w czasie imprezy propozycje seksualną. Jednak nigdzie nie zauważyłem tej pięknej kobiety i nie mogłem swojej ucieczki po ofercie wynagrodzić. Widocznie zniesmaczona moją chamską odmową gdzieś się ulotniła, nie chcąc mnie znać. Dlatego jako człowiek inteligentny z wysokim IQ dałem sobie słowo, że już nigdy tak się nie schlam i kobiecie nie odmówię.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Pasja 27.09.2017
    W tym świecie taksówkarzy od wieków zawsze było honorowe towarzystwo. Są pewne zawody, które tworzą enklawę i wejść do nich to potrzeba naprawdę wysokiego IQ. Miłego dnia

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania