Dobra zupa. Jedz
Zupa pomidorowa, zupełnie tak jak woda, wrze w temperaturze stu stopni Celsjusza. Rozgotowane porcje mięsne obracają się wkoło własnej osi i rozpadają na coraz to mniejsze kawałeczki. Pomarańczowo-różowa pianka zaczęła osiadać na ścianach wielkiego garnka.
— Wiesz... Czuję, jakbym coś stracił, jakby w tym całym biegu coś mi umknęło — zakręciła kurek i szarpnęła szufladą. — Może nigdy tego nie miałem? — zagłuszało go tłukące się o siebie żelastwo. — Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
— Nie odłożyłeś chochli na miejsce. Nigdy niczego nie odkładasz na miejsce — hałas rósł, jakby z każdym przerzuceniem stosu dokładała kolejne sztućce.
— Przecież ja nie gotuję w tej kuchni. Na pewno odłożyłaś gdzieś indziej i teraz zapomniałaś — ruch ustał. Zamilkła. Słychać było tylko ciężki, mozolny namysł. — Ja nie o tym, przyszedłem do ciebie po radę…
— Jest! Na dole była, wiedziałam, że tam ją odłożyłam, specjalnie, żeby nie zgubić — wykrzyknęła z radością. — Na dole ją trzymam zawsze, żeby pod ręką była — zupa wyskoczyła z garnka, jakby przestraszona wrzuconą chochlą. — Gęsta. Pomidorówka musi być gęsta. Lubisz gęstą, prawda?
— Lubię, ale chciałem… — nie potrafił się skupić, kiedy tak krzątała się, obijając naczyniami. Szmer kapci zakłócał każdą jego myśl.
— Masz, gęsta jak powinna być — przystawiła głęboką miskę krwistoczerwonej parującej brei pod jego nos. — Oczy masz podkrążone, witamin masz mało. Nie dbasz wcale o siebie — chodziła po kuchni, jakby czegoś szukała. — Pomidory mają dużo witamin. Gęsta zupa pomidorowa, taka, jaka powinna być — spacerowała od szafki do szafki. — Dlaczego tak żyjesz?
— Próbuję ci cały czas powiedzieć, ale wcale mnie nie słuchasz — łyżka zupy. Gorąca. Wypluł.
— Dmuchaj jak jesz, język oparzysz — podeszła bliżej. — Powoli się je, bo wrzodów dostaniesz.
— Chodzi o to — powiedział na wydechu — że nie czuję już przyjemności z niczego. Nic już nie sprawia, że chociaż przez chwilę czuję się szczęśliwy — zamarła, połączyli spojrzenia. Łyżka zupy. Połknął. — Zgubiłem się, rozumiesz? Tak bardzo biegłem do czegoś, czego teraz nawet nie potrafię określić, że nie zwracałem uwagi na siebie — łyżka zupy. — Świat mnie zawodzi. Codziennie. Od nowa. Codziennie, od nowa uczy mnie, że nie mogę niczego oczekiwać, a ja nie przyjmuję tej nauki — łyżka zupy. Słuchała, usiadła na krześle. Patrzyła prosto w oczy, jakby bardzo chciała zrozumieć, zamarła w milczeniu. — Powiesz mi coś?
— Tak — zacięła się, wpatrując w pracującą łyżkę. — Gęste nabieraj, woda nie tuczy. W gęstym same witaminy są.
— Rozumiesz mnie, prawda? — złapał jej pomarszczoną rękę, połączyli bolesne uśmiechy i smutne oczy.
— Dobra zupa. Jedz.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania