Dom mamy śmierdzi
Dom mamy śmierdzi, chociaż wyrzuciłem większość mebli.
Przyjechałem tutaj ponad miesiąc temu i wciąż nie potrafię przywyknąć do otoczenia. Budzę się nad ranem, minuty przed świtem – wlepiam wzrok w ciemność i nasłuchuję. Dom skrzypi i śpiewa głosami rdzewiejących aniołów w starych rurach pnących się w niezbadanych głębiach ścian i sufitów. Zapomniałem, jak ciemne są noce na wsi – organicznie przywykłem do bladoróżowych miejskich nieb, reflektorów ciężarówek mijających mnie z naprzeciwka, tnących światłem piekące powieki.
Przez większość dni krążę po domu i ogrodzie jak głupi. Wszystko zarosło; pomidory pożarł perz i pokrzywa, groszek splótł się z winoroślą w ogromny supeł, aż drewniane tyczki wygięło pod ich ciężarem. Kwestia czasu, kiedy pękną. Miałem nadzieję, że do tego czasu już mnie tutaj nie będzie.
Sprzątam. Wynoszę gazety i listy do ogniska, które zrobiłem na piaszczystym podjeździe, daleko od drzew i traw, jak typowy mieszczuch panicznie bojący się ognia. Książki pakuję do pudeł, alfabetycznie, nie kojarzę żadnego z autorów.
Moim źródłem utrzymania są sprawne ręce, zdrowy kręgosłup i umiejętność niezasypiania nad kierownicą. Moimi narzędziami pracy są kilometry, a nie czarny tusz. Nie muszę kojarzyć żadnego cholernego autora.
…Trzy tygodnie urlopu wydają się długie jak cała wieczność. Tyle dobrze, że matka nie żyje, pewnie nie wytrzymałbym z nią nawet dwóch dni. Mimo to wciąż wyczuwam jej obecność – może to przez ten zapach, którym przesiąknięte są ściany, deski podłóg, a także moja skóra.
Wczoraj obudziłem się i usłyszałem głos Boga. Kazał mi ugotować żurek.
Zignorowałem go. Nie myślałem, że usłyszę Boga po tylu latach. Jego głos się nie zmienił; brzmi jak stara prostytutka, która zaliczyła sześć skrobanek przed trzydziestym rokiem życia, a zamiast strun głosowych posiada przepalone papierosami metalowe sprężyny, skrzypiące jak materac. To jest głos Boga. Słuchaj i ucz się.
Czyli jednak to nie była schizofrenia młodzieńcza, jak twierdził tamten lekarz, znajomy matki. Wiek nie grał roli – to wszystko wina tego domu. Jego niewielkiej, przysadzistej, sześciennej bryłki, otynkowanej nierówno na kolor zbliżony do pomarańczowego. Ciemnoróżowej, falistej blachy, pokrywającej dach jak płaty skóry. Okien, rozsianych w przypadkowych miejscach. Ot, dwa kwadraty różniące się wielkością, po prawej stronie od drzwi. Jak twarz Quasimodo, to nabrzmiałe guzowate czoło nad drzwiami. Nie mogę na nie patrzeć. Domy mają twarze, zauważyłeś?
Dom matki ma wyjątkowo brzydką twarz.
*
To wszystko wina dorosłości. Jako nastolatek nigdy nie byłem tak obowiązkowy. Teraz jednak nawet nie kwestionowałem obowiązku, który na mnie spoczywał: doprowadź dom do porządku, zgodnie z wolą zmarłej. Wystaw na sprzedaż to co da się sprzeda. Jesteś jej jedynym dzieckiem. Dobrym dzieckiem, które miesiąc temu skończyło czterdzieści dwa lata.
*
Nie daję rady i uciekam, choćby na kilka godzin, byle wyjść na zewnątrz i powłóczyć się po lesie. Ogromną radość sprawia mi podążanie za spacerowiczami w jakiejś bezpiecznej odległości. Idę za nimi, leniwie i powoli. Przy każdym rozstaju dróg robię zakłady w myślach „skręci w lewo czy prawo? W prawo!”. Jest to bardzo ekscytujące zajęcie. Czasami aż dłonie drżą mi ze wzruszenia, kiedy okazuje się, że wygrałem zakład sam ze sobą.
Pan W. który mieszka na początku ulicy, ma swoje dwie ulubione trasy. Pierwsza z nich, najkrótsza i najbardziej optymalna, prowadzi do osiedlowego sklepiku. Druga trasa wytycza szlak na przystanek autobusowy i również została dobrana pod względem największej oszczędności czasu – pan W. przecina zdecydowanie łąkę między lasem a domem pani J., przeciska swój korpulentny odwłok pomiędzy siatką a żywopłotem, a następnie energicznym truchtem podąża wysypaną żużlem dróżką na przystanek. Przysiada na drewnianej ławce i posapując, wytrząsa z butów ostre czarne kamyki. Potem wsiada w jedyny autobus, który zajeżdża na wieś i wtedy nie pozostaje mi nic innego jak znaleźć kogoś innego, za kim mógłbym podążać jak cień.
Pani J. ma więcej ulubionych tras. Zazębiają się one i zmieniają. Czasami pani J. ma ochotę powąchać kwitnący bez, więc nadrabia drogi – przechodzi na drugą stronę ulicy i przez chwilę wtula twarz w fioletowe i białe kiście kwiatów. Obserwuję ją z bezpiecznej odległości i zastanawiam się co robi – wącha, to oczywiste, ale czy coś jeszcze? Czy szepcze coś? Czy całuje pąki kwiatów? Kiedy pani J. odchodzi, wtedy zbliżam się do bzów. Nachylam głowę i nasłuchuję, może szept pani J. wróci jak echo odbite od wilgotnych płatków i wtedy zrozumiem, zrozumiem co można wyznawać bzom, kiedy wracasz ze sklepu o ósmej rano, dźwigając siatkę z bułkami, mlekiem i czteropakiem piwa dla pana J.
Każdy z dwanaściorga sąsiadów stworzył swoje ukochane ścieżki. To o kotach mówi się, że są terytorialne, znaczą teren moczem – że chodzą własnymi ścieżkami. Doszedłem do przekonania, że z ludźmi jest dokładnie tak samo. Nawet w nieprzewidywalności pani J. była pewna kojąca przewidywalność.
*
Podążam za siedemnastoletnim synem państwa D. po lesie. Nastolatek idzie szybkim krokiem, ze słuchawkami w uszach. Chudą głowę wygolił nieomal do zera, a jego kurtka jest wyraźnie za mała, więc wciska dłonie w kieszenie jakby chciał zrobić w nich dziury. Zawsze ma ponurą, odpychającą minę, zmarszczone czoło i nadąsane usta. Wystarczyło jednak, że zagadałem do niego raz czy drugi, a ujrzałem przebłysk paniki i zawstydzenia w jego oczach, jakiejś gwałtownej, nastoletniej nieśmiałości. Kolejny izolowany dzieciak, o białkach oczu czerwieniących i łzawiących, kiedy drżącym głosem próbował odpowiedzieć w odpowiedniej tonacji „dzień dobry”. Nie zaczepiałem go więcej, ale lubiłem za nim chodzić. Jego trasy były ciekawe.
Dzisiaj znowu usłyszałem głos Boga. Monotonnie i zrzędliwie powtarzał, że powinienem uporządkować swoje sprawy i wreszcie zabrać do roboty. Gdzieś w tle pobrzękiwała łyżeczka, jakby mieszał herbatę w kubku. Nie odpowiadałem na Jego zaczepki, wiedziałem, że tylko na to czeka.
Mimo to jestem zły. Poddenerwowany. Rozdrażniony. Nie mogę się skupić na śledzeniu wzrokiem sylwetki siedemnastolatka, nie sprawia mi radości robienie zakładów w myślach. Nawet to ci odbiorą. Drobne radości. Uporządkuj sprawy, tak? Może po prostu puszczę tę chałupę z dymem, tak byłoby najszybciej.
Niespodziewanie chłopak znika mi z oczu. Przed sekundą jeszcze go widziałem, a teraz nagle stoję sam na ścieżce, w miękkim błocie obramowującym czubki butów. Czuję zapach ziemi, liści i kaliny. Wyczuwam nawet subtelną nutę zgnilizny dobiegającą od niedalekiej kałuży pełnej stojącej wody.
Podrywam gwałtownie głowę do góry i patrzę na szare niebo, o ton ciemniejsze chmury, które wiatr mozolnie skłębiał w gęste pasma.
- Obrzydlistwo – szepczę sam do siebie, narasta we mnie napięcie.
Nie umiem patrzeć w niebo dłużej niż kilka sekund. Pomimo tego, że słońce skryte jest gdzieś daleko za obłokami, ten blady czysty blask pochodzący od niebios sprawia, że łzawią mi oczy i wierci mnie w nosie.
Pokasłując, schodzę ze ścieżki i z satysfakcją przysłuchuję się głośnemu mlaskaniu błota. Nie wierzę, że wpadnę ponownie na młodego D. Nie tęsknię już za tym. Nie tęsknię za niczym. Znowu słyszę głos Boga.
Obwiniasz wszystkich o swoje porażki. Społeczeństwo zawiesza poprzeczkę na pewnej wysokości i teraz tylko od ciebie zależy czy będziesz w stanie ją przeskoczyć. Jeżeli nie uda ci się to, nikt nie zapłacze – kobiety nie będą z tobą rozmawiać, wzrok mężczyzn zacznie wodzić gdzieś nad czubkiem twojej głowy kiedy lekkim, niezobowiązującym tonem odpowiedzą ci na powtórzone dwukrotnie pytanie. Byle cię zbyć. Nikt nie będzie ci przyjacielem ani wrogiem. Będziesz jednym z tych szarych nudnych typów, którzy wyglądają na czterdzieści lat od kiedy zaczęły się nocne polucje.
To nie jest niczyja wina, nawet nie twoja. To jest mechanizm, według którego funkcjonuje społeczeństwo. Masz za mało pieniędzy i odwagi, aby sprawdzić, czy istnieje inne społeczeństwo, które przyjmie cię jak swojego. Poza tym, samotność wykrzywia cię jeszcze bardziej. W pewnym momencie nie ma już drogi odwrotu. Cały czas próbujesz sobie powtarzać, że nie potrzebujesz ani miłości, ani przyjaźni, że jesteś samowystarczalny, a do szczęścia wystarczą ci dwie wrzaskliwe wrony baraszkujące w kałuży, a mimo to nie potrafisz powstrzymać tych nagłych chwil nienawiści, kiedy widzisz kogoś tak silnie, tak mocno, tak stabilnie i niezaprzeczalnie naturalnie osadzonego w swoim człowieczeństwie. Łapiesz się na tej nienawiści, przeraża cię. Przez chwilę płaczesz i czujesz skruchę, z całej woli próbujesz być wielkodusznym, być dobrym – bo wierzysz w to coś, co w twojej głowie jawi się jako dobro.
Ale samotność tak bardzo wypacza twoje spojrzenie na samego siebie, że w pewnym momencie pozostaje tylko dusząca myśl: w którym momencie przestanę się oszukiwać, że jeszcze coś mnie tutaj czeka? Co się stanie, kiedy stracę cierpliwość?
Bóg skrzypi i charczy, świat zawęża się do błota pod podeszwami butów.
Nie, nie. Chcę być czysty i słodki, i kochać wszystkich, chociaż oni nigdy nie będą kochać mnie. Nie ma znaczenia, czy będę ich nienawidzić czy kochać, a jednak z jakiegoś powodu wybieram drugą opcję. Chcę być miękki, wrażliwy, płakać nad dziećmi, psami i kotami, rozdeptanymi ślimakami, starymi ludźmi w programach telewizyjnymi, którzy opowiadają, jak emerytura nie starcza im na jedzenie, a w ich oczach widać nieudawany głód.
Z jakiegoś powodu moje dłonie znajdują się tuż obok butów, potem kolan. Idę na czworakach. Ścieżka , zaczynam się ślizgać. Paznokcie stają się całe czarne. Ziemia pachnie orzeźwiająco a głos Boga jeszcze nigdy nie był tak wyraźny. Niedługo, a moje bębenki eksplodują od krwi.
Matka była wyższa i twardsza od każdej wieży. Brakowało jej tylko korony cierniowej, nałożonej na szczyt kolczastego, lodowatego ciała, twardego jak zamarznięte mięso. Ona, najbardziej godna współczucia. Najbardziej godna miłości. Dopóki nie pokochasz matki, nie pokochasz społeczeństwa. Społeczeństwo, żywa maszyna. Możliwe, że istnieje tylko w twojej głowie.
Matka i Maszyna. Nie potrzebowała używać pięści, wystarczyły jej łzy, abyś powoli i systematycznie łamał w sobie każde pragnienie, każdą emocję wychodzącą dalej niż jej codzienna wola. Wydawało się, że ciało jest zdolne do takiej modyfikacji, jednak masz te czterdzieści dwa lata i wychodzi na jaw, że kości wielokrotnie łamane i zrastane jednak bolą.
Idzie burza a ty czujesz ją w kościach.
Przecież zgadzałem się z każdym słowem Boga. Nie wiem dlaczego doprowadzało mnie to tak do szału. Może po prostu był to o jeden raz za dużo, ile razy można słuchać tych samych żałosnych ataków. Trochę jakbyś oglądał walkę dwojga ludzi, rozebranych do naga i pozbawionych zębów i paznokci. W pewnym momencie zostaje tylko rozpacz.
Niespodziewanie moje dłonie zapadają się w głąb ziemi, jakby straciły podparcie – rozchylam zaciśnięte kurczowo powieki i widzę, jak oba moje przedramiona grzęzną pomiędzy trawą i błotem, w jakiejś dziurze, wyrwie, norze, szparze w obliczu ziemi. I nagle jest cisza, cisza tak gwałtowna i błoga, że aż drętwieję cały, z rozkoszy nieomal orgazmicznej, ale to nie to, tutaj nie ma nic z erotyki, jest tylko śmierć.
Zamieram. Przez chwilę nie ma we mnie żadnej woli ani pragnienia, wycofać się czy iść dalej. Moje palce są obce, odrętwiałe i chłodne, zanurzone w ziemi. Słychać tylko cichy szum drzew nad moją głową, czuję schnący pot na skórze karku.
Powoli, jakbym zstępował pomiędzy kobiece uda, obniżam twarz, rozpycham glebę na boki, odgarniam kłosy trawy zasłaniające przejście. Widzę norę, może lisią, może borsuczą, tak wąską i kusząco zaciszną. Z jej głębi dobiega specyficzny, kojący zapach i nie ma we mnie już niczego, co mogłoby powiedzieć stop.
Powoli, automatycznie – jakbym robił to miliony razy (może robiłem?) wkładam głowę w zimne otchłanie i pozwalam zapachom i ciszy otoczyć się jak kokonem. Jest tak ciasno – tak dobrze. Wyciągam ramiona naprzód i zamykam oczy, odpycham nogami od podłoża i wślizguję do środka nory jak dżdżownica. Cisza, ta błogosławiona cisza! Chce mi się płakać.
Otacza mnie zewsząd cisza i mrok, chłód i wilgoć ziemi. Niewielkimi ruchami ciała, drgnięciami mięśni, tak naturalnymi jak ruch perystaltyczny jelit, przemieszczałem się głębiej. To była kwestia zaledwie centymetrów, ale nie mogłem sobie pozwolić na połowiczne tkwienie w norze, z nogami wystawionymi na zewnątrz. Musiałem dać się pochłonąć. To było nieomal jak rytuał, powrót do prochu, jakbym wybrał nienarodzenie i zawrócił do macicy, do rozgrzebanego barłogu łożyska. Nakryć się ciepłymi wodami płodowymi, wcisnąć twarz w silnie ukrwioną tkankę endometrium, zamknąć oczy i zasnąć.
Otwieram szeroko usta i biorę kęs ziemi, największy jak potrafię, przełykam, jeszcze raz. Czasami uchylam powiek, ale nie widzę nic, więc znowu je zamykam. Tak właśnie robi płód. Połyka wodę, sika pod siebie i pływa w swoim baloniku. Robię to samo. Nie słyszę żadnych więcej głosów. Śpię i regeneruję swoje połamane i pozrastane kości. Silnie wierzę, że mogę zacząć jeszcze raz i urodzić się w ładnym domu.
*
Budzę się wiele godzin później.
Leżę na wznak, wpatrzony w blade, poranne niebo. Czubki sosen trą z szelestem o firmament. Co jakiś czas spomiędzy przypominających żyłkowany marmur chmur błyska nieśmiały błękit, bardziej wyobrażony niż realny.
Wiem, że obudziłem się poza norą. Odrzuciła mnie? Czy powinienem spełnić jakieś specjalne warunki aby skorzystać z jej ulgi i spokoju? Powinienem wstąpić do niej czysty i pogodny, jak świeżo wyspowiadany siedmiolatek do pierwszej komunii?
Kręci mi się lekko w głowie. Podparty na łokciach, spoglądam dookoła siebie. Nora tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Ubranie, brudne, brązowe, miejscami mokre, w większości zdążyło jednak wyschnąć i wyglądało jak zbutwiała tektura. Tylko jeden but na lewej stopie, gdzie jest drugi? Zaschnięta warstwa błota na skórze dłoni i twarzy ciągnie i piecze.
Czysty, pogodny i pełen miłości.
- Czy wszystko w porządku? – słyszę cichy, zachrypnięty głos, który rozbrzmiewa znienacka tuż nad moją głową. Drgam, odwracam się gwałtownie.
Młody D.
Otwieram usta, aby przemówić, nagle wytrzeźwiały, przebudzony w ciele, które spostrzega i jest spostrzegane, czując te wszystkie więzi, sznury i łańcuchy, które zaczepione drobnymi haczykami o każdy milimetr skóry łączą mnie z każdym innym członkiem społeczeństwa.
A potem dostrzegam to. Smugi błota na ustach, podbródku i zębach młodego D. i wiem, już wiem.
Haczyki znikają, moje serce frunie jak przebity balonik tuż nad czubki sosen, utopić się w jednym z błękitnych prześwitów.
- Oczywiście, że tak – odpowiadam, kładąc się z powrotem na trawie, ostrożnie, bo coś strzyka mnie w kręgosłupie. – Od dawna się tak dobrze nie wyspałem.
Młody D. uśmiecha się blado, z trudem.
- Rozumiem – mówi i kuca obok, nieśmiało. Trzyma w dłoni patyk, którym grzebie w błocie, trochę jak małe dziecko. – Widzę, że pan również.
Kiwam głową.
- Myślę, że potrzebowałem tego – mówię po chwili milczenia. – Ty też, najwyraźniej. Czasami jest… dobrze, tak zacząć jeszcze raz. Druga szansa, inne warunki, trochę więcej powietrza w piersi.
- Tak pan uważa? – Widzę, że słuchał uważnie. – Przecież będę musiał wrócić do domu. Do rodziców. Na pewno się martwią.
- Pewnie nie tylko oni – przyznaję i spoglądam na niego, na tę szczupłą, posępną twarz, ze śladami po trądziku. – Niestety, taki wiek.
- Taki wiek – powtarza jak echo. Patyk ryje z chrobotem w ziemi. – Tak pan myśli? Na pana nikt nie czeka?
- Nikt, kogo bym się bał – odpowiadam i znowu zapadła cisza, tym razem trochę dłuższa.
- Ty masz swoje problemy, ja swoje – mówię w końcu.
- To prawda.
- Nie jesteśmy podobni.
- To prawda. Ty jesteś stary.
Śmieję się.
- Nie tylko. Ty nie boisz się aż tak bardzo.
- Mimo to, jednak się boję.
- Masz swoje ścieżki w lesie. Masz tajemnice, które pozwalają ci oddychać. Nie odebrali ci wszystkiego. Wszystkie kości całe. Każdy dzień to nowa szansa.
- I tak muszę czekać – szepcze. Wstaje niezręcznie, stawy strzelają głośno.
- Zaczekaj – mamroczę. Grzebię w kieszeni, wyciągam klucz do domu. - Weź. Zrób co chcesz.
- Nie wraca pan już? – Bystry jest.
- Nigdy w życiu – przyznaję szczerze i wreszcie mówię prawdę a świat staje się czarno-biały i bardzo piękny. Czysty, pogodny i pełen miłości.
- Trzymaj się – mówię.
- Pan też – odpowiada. Wrzuca klucz do kieszeni kurtki. – Powodzenia.
*
Ściągam ubrania. Kto to widział rodzić się na nowo w pełni ubranym.
Serce czyste, sumienie spokojne. Kocham ludzkość. Kocham moją matkę.
Wchodzę z powrotem do dziury.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania