Dopiero gdy stracimy wszystko, stajemy się zdolni do wszystkiego

Prolog

 

E solo dopo aver perso tutto che siamo liberi di fare qualsiasi cosa!(tłumacz.Dopiero gdy stracimy wszystko, stajemy się zdolni do wszystkiego)

 

 

Rozdz 1

- Scarlett, przecież to wspaniała zmiana -powiedział Michel zaciskając moją dłoń.

Chciał ukryć nagły wybuch emocji, jednak jego silny uścisk był wystarczająco jasnym przesłaniem.

Michal patrzył na mnie przenikliwie, wiedziałam, że do pełni szczęscia brakuje tylko mojego potwierdzenia.

-Nowa Zelandia? Nie jestem pewna.Tak daleko od domu,no i ta pogoda.Zima w lipcu???

- Kiedy to odchyły od normy zaczeły stanowić problem?-niemal świdrował mnie wzrokiem.

Musiałam przynać mu rację. Od zawsze należałam do ludzi szukających nowych wyzwań i doświadczeń.

Pamiętam zdziwienie w oczach rodziców,kiedy po 2 latach studiowania psychologi na Oxfordzie postanowiłam zacząć od nowa. Wtedy to

to w wieku 20 lat wyjechałam na wymarzony Pierre et Marie Curie we Francji.

Po zakończeniu studiów zostałam wreszcie psychiatrą.

Pracowałam w szpitalu psychiatrycznym znajdującym się ok 150 km od centrum Paryża.

W szpitalu spędzałam w zasadzie całe dnie, włącznie z weekendami. Z czasem zaczęło mi czegoś brakować,nie potrafiłam już wykrzesać z siebie tego,co konieczne było w rozmowach

z pacjentami. Pozytywnego nastawienia. Być może przeszłam załamanie, jednak jak to zwykle bywa ostatnią osobą u której lekarz dopatruje się niepokojących objawów jest on sam.

Po ponad 2 latach praktyki czując, że popadam w coraz wiekszą monotonnie zaczęłam szukać innej drogi.

Zrezygnowałam z pracy zawodowej i oddałam się dotychczasowemu hobby.

Inspirację znalazłam w pisaniu.

Kiedy przeprowadziłam się do centrum Paryża, całe dnie spędzałam poszukując tematów godnych rozwinięcia.

I tak pewnego dnia zobaczyłam jego.

Wysokiego, szczupłego bruneta o zniwalających rysach.Stał najwyraźniej czekając na ważne spotkanie.

Biała dokładnie wyprasowana koszula nonszalancko włożona w czarne eleganckie spodnie idealnie komponowała się z butami w kolorze capuccino

cynamonowego i elegancką teczką o równie urzekającym kolorze.

Chłopak stał tak jeszcze przez kilka minut kiedy niespodziewanie uniósł głowę i spojrzał w moją stronę.

No tak nic dziwnego,w końcu gapiłam sie na niego od 5 min.I tak długo wytrzymał.

Pochyliłam głowę zażenowana swoim zachowaniem kiedy nagle stanął przedemną.

-Cześć jestem Michel,może chciałabyś schowac się w przed deszczem i przy okazji wypic ze mną kawę?

Faktycznie musiało padać od jakiś 10 min ponieważ zdążyły pojawić się już całkiem spore kałuże.

-Tak oczywiście-odpowiedziałam nieco speszona.

-Jak mogę się do Ciebie zwracać?-zapytał nie kryjąc usmiechu.

-O jejku przepraszam,jestem Scarlett-słowa grzęzly w gardle.

Na myśl o tym wposmnieniu usmiechnęłam się szczerze,na co Michel natychmiast zareagował.

-Zgadzasz się??Do diaska Scarlett ,wiesz jak mi zależy...-jego głos miał niemal błagalny ton.

Odczuwając wyrzuty sumienia,że pozwoliłam sobie na powrót do wposmnień kiedy Michel przeżywał prawdziwe katusze czekając na

moją odpowiedz postanowiłam zakończyć jego cierpienia.

 

- Oczywiście, że jedziemy, to świetna oferta! Wszystko już załatwione. Od 2 dni bilety czekają na odbiór, mój paszport do odebrania w srodę.

-Cudownie,wiedziałem!Poczekaj zadzwonie tylko do Syriusa i dam mu znać! Będzie wspaniale, zobaczysz!

Tak, będzie cudownie!Przecież od zawsze kochałam podróże.W zasadzie od jakiegoś czasu jestem przytłoczona tym miastem czując,że to miejsce

nie ma mi już nic do zaoferowania.Dało mi ono wiele inspiracji ale czas na coś nowego.

-Gotowe-krzyknał Michel.-Wracajmy do domu bo pakowania sporo a za 4 dni- Auckland!

 

Rozdz 2

 

Auckland.

Po ponad dobie w samolocie powitał nas chłodny poranek w Port Auckland.Mglisty i na swój sposób nostalgiczny poranek znalazł się wysoko na liście wśród dotąd poznanych mi MIEJSC ZAPOWIADAJĄCYCH WYLĘG POMYSŁOW NA NOWĄ KSIĄŻKĘ.

Nr 1 oczywiście niezaprzeczalnie -Place de la Concorde- przesiadywanie tam z kubkiem cynamonowo-migdałowego capuccino należało do moich ulubionych zajęć.

Dzięki Ci Jacques Ange Gabriel!Kto by pomyślał,że wizja tego XVIII wiecznego architekta tak bardzo wpłynie na ludzi,którzy pojawili się III wieki po twórcy tego wybitnego dzieła.W czasie studiów ulubione miejsce przerw,po pracy-

bezkonkurencyjne miejsce przypływu weny twórczej.Juz jako 18 letnia dziewczyna zaczynałam swoją przygode z pisaniem.Poczatkowo było to opisywanie sylwetek ludzi,których mijałam codzień,ale którzy w jakiś niezrozumiały sposób przyciągali moją uwagę.

Place de la Concorde był swoistą mekką odmieńców,będących idealnym przedmiotem moich rozważań.

-I jak się podoba? Masa nowych miejsc do odkrycia.Przez najbliższe dni biorę wolne i zwiedzamy!- jeszcze nie słyszałam Michela tak podekscytowanego.

Jako francuz i w dodatku adwokat zawsze starał się być powściągliwy,a tu nagle eksplozja!Podobało mi się to.

Ostatnim razem widziałam Michela tak podekscytowanego w dzień naszego ślubu.

Pamiętam jak dzisiaj mały kościół Saint Laurent otoczony gęstą mgłą i czekającego przy wejściu Michela.

Stał rozglądając się nerwowo.

-Planujesz drogę ucieczki?-zapytałam szczerząc zęby w uśmiechu.

-Nie licz na to.Rozglądałem się właśnie w poszukiwaniu Ciebie-puścił do mnie oko i chwycił za rękę.

-No dobra,już czas-mój głos był nadzwyczaj spokojny.

Michel uśmiechnął się na co odpowiedziałam tym samym.Ruszyliśmy w stronę ołtarza.

 

Kolejne kilka dni zajęło nam zwiedzanie.

-Zaczynamy od Kerikeri!Wiesz,że to najstarsze kamienne budynki w Nowej Zelandii?-Michel zasypywał mnie informacjami z przewodników.

-Poor Knights Islands Marine Reserve!Dobrze wiesz,że zawsze chciałem nurkować!!!-ciągnął

_Spokojnie mamy mase czasu,zdążymy obejrzeć wszystko,ale nie wszystko na raz!-riposta zadziałała.

_Swoją drogą-dodałam- Wyspa Południowa Jezioro Tekapo!Najpiękniej jest tam właśnie w lutym,co Ty na to???Jesteśmy przecież niedaleko-przygryzłam lekko warge co spotkało się z usmiechem ze strony Michela.

On oczywiście woli atrakcje typu choddzenie po jaskiniach bądz skoki na bungee,więc jutro obiecałam wybrać się z nim do Waitomo Caves-najpopularniejszego centrum raftingu jaskiniowego Australi i Oceani .

Po południe spędziliśmy nad Jeziorem Tekapo,skąd juz nigdy mogłabym nie wracac!Turkusowa przejrzysta woda pozostająca w kontraście do rózowych łubinów zlewających się idealnie z resztą kwiatowego dywanu.

Zewsząd widok monumentalnych i dostojnych gór.Krajobraz przypominał mi nieco ten w ogrodzie u dziadków,u których przed laty spędzałam każde wakacje.

Leżąc w objęciach Michela i patrząc na wszystkie kolory dookoła miałam wrażenie,że leżę w samym środku teczy.Dokładnie tam,gdzie krzyzują się pasy różu i zieleni.

-Pamiętasz jak się poznalismy?-z zamysleń wyrwał mnie subtelny głos Michela.

Wpatrywał się we mnie.Jego szare oczy miały w sobie tyle spokoju,tyle radości.Jego wzrok działał na mnie kojąco.

-Oczywiście,że pamiętam.Na mojej ulubionej kurtce nadal widać ślady po tej przeklętej czerwonej farbie!-oboje wybuchneliśmy smiechem.

-No tak,a mowiłem,nie siadaj tam!Pokiwałaś głowa ze zrozumieniem i usiadłaś!Po 10 sek zerwałaś się na nogi krzycząc,że ławka jest pomalowana!

-Tak,Tobie to łatwo mówić bo nie musiałeś starać się zachować rozumu w obecności pewnego zabójczo przystojnego bruneta,który nie wiedząc czemu chodził za tobą od tygodni-usmiechnelam sie z nie do końca udawana wyższościa.

-No może i tak-pokręcił głową ironicznie przewracając oczami-ale musiałem zachowac rozum w obecności pewnej atrakcyjnej blondynki.

-Hahah to nie wiem kim ona była,ale musiałeś ja dobrze ukrywać skoro nigdy na naszym spotkaniu jej nie zauwazyłam -z udawaną złością odwróciłam sie obserwując spokojną gładka taflę turkusowej wody.

Michel przytulil mnie mocno i leżeliśmy tak wsłuchując się w ciszę i ciesząc zniwalającym zapachem otaczającej nas tęczy.

 

Rozdz 3

 

Queenstown to doskonałe połączenie możliwości przeżycia dzikich przygód i obejrzenia pięknych Nowo Zelandzkich krajobrazów...

-Yhy,piekne krajobrazy owszem.Ale skok w przepaśc 120 metrów w dół???-chyba właśnie wydałam z siebie niekontrolowany jęk.

-Kochanie,dobrze się czujesz?-Michel gotowy do skoku stał nad przepaścią.

Już samo to wydawało sie byc wystarczająco przerażające.Ale nie.Drugą osobą zaraz w kolejce po tym

nieziemsko przystojnym aczkolwiek widocznie dązącym do samodestrukcji osobniku byłam ja!

Załośnie skamlająca,z szaro zielonkawym kolorem cery i oczach w których wcale nie czaiła się potrzeba ekstremalnych

przezyć.

Kiedyś myslałam,że kiedy tylko nadarzy się mozliwość będę chciała spróbować,poczuć prawdziwą adrenaline!

Tak myślałam kiedy ogladałam to na filmach a nie teraz stojąc sam na sam z ogromną otchanią w którą co więcej

zaraz będą kazali mi skakać.

-Scarlett,wszystko ok?-dopytywał Michel z sarkastycznym usmiechem.

-Pewnie,że tak-odpowiedziałam prawie jęcząc.Nie wiedziałam,że mój głos może brzmiec w ten sposób.

-No to na co tak patrzysz od5 min w dół?To tyko 120 metrów,dasz radę-powiedział Michel szczerząc śnieżnobiałe i równiutkie zęby.

Ciekawe czy nosił aparat.Ja przez ostatnie 2 lata szkoły średniej zmagałam się z tym diabelstwem a mój uśmiech nie byl tak olśniewający jak jego.

To takie niesprawiedliwe.

-Scarlett!Mow do mnie!-lekko poirytowany spojrzał w moja stronę.

-No wiesz,ja zastanawiam się w jaki sposób skompletujesz moje ciało skoro przy tej sile upadku głowę od chociażby reki dzielić będą pewnie z 2 km!

-Dam sobie radę,o to się nie martw.Pod nami jest jezioro,więc jesli dobrze wycelujesz,to nie będe musiał zbierac cię częściowo-i znów ten perłowy usmiech.

_Tak,postaram się wycelować-mój głos znów przypominał jakiś niezrozumiały bełkot.

_Kochanie będzie dobrze!Skocze ja i przezyję.Później Twoja kolej i zobaczysz ,że to nie takie straszne.-usmiechnął się.

Już szykował się do skoku kiedy krzyknęłam

-Michel,zaczekaj!

Podbiegłam do niego i cmoknęłam go w usta jednocześnie upewniając się,że wszystkie przyczepione do niego linki są stabilne.

-Dziekuję-odparł i nim się odwróciłam usłyszałam jego krzyk.

Był to krzyk radości kiedy leciał w ponad 120 m przepaśc.Omal nie zemdlałam.

Kiedy linka podciągneła go do góry bacznie obserwowałam czy nadal tam jest.

Po chwili linka zaczeła sie podciągać coraz szybciej i 15 min później podekscytowany Michel stał juz obok mnie.Bezpieczny bez żadnych linek i wolny od niechybnej perpektywy smierci.

-Kochanie widzisz!To było cudowne-podbiegł,przytulił mnie i pocałował.Od pocałunku zakręciło mi się przyjemnie w glowie.

-Teraz Ty-powaga w jego głosie była przytłaczająca.

-Dlaczego do diaska ja mam to robić???-zbuntowałam się.

-Teraz zadajesz to pytanie?Przeciez ludzie czekaja w kolejce.Skacz.

_Nieeee-wyjąkałam.

-Czy ty przypadkiem nie zabierałaś mnie ze soba na lekcje tańca obiecując,że potowarzyszysz mi równiez w spełnianiu moich zainteresowan?

-ZNALAZŁEŚ SOBIE MOMENT NA WSPOMINKI-niestety miał rację.Lekcje jazzu może nie były ulubionym zajęciem Michela.Ale przynajmniej nie groziły brutalnym rozczłonkowaniem!

-No więc...-znów ten władczy usmiech.

Podeszłam do krawędzi.Zakręciło mi sie w głowie.Chwyciłam za ramię jednego z Panów sprawdzającego stabilnośc moich lin.

Po ok 3 min George-najwyraźniej kierownik tego destrukcyjnego interesu-dał znak.

Nikogo już przy mnie nie było.Tylko ja i otchłań.Nawet z daleka woda wydawała się turkusowa i mogłabym przysiąc,że kilka metrów w dole widziałam przelatującego orła.Ten piekny biały ptak

szybował w powietrzu z taka gracją.

-Powodzenia widzimy się za 15 min-z zamysleń wyciągnął mnie głos Michela.

Nie odwróciłam się,bo wiedziałam,że jesli to zrobię-ucieknę.

Upewniłam się czternasty raz,że liny sa do mnie przyczepione i zrobiłam krok w przód.

Stałam juz na samej krawędzi.Słyszałam tylko szum wiatru.Myśląc o płynnych ruchach orła zgiełam kolana.

Wybiłam sie do przodu i już byłam zdana na laskę wiatru i paru utrzymujących mnie przy zyciu linek.

 

Rozdz 4

 

Lecąc w dół starałam się otworzyc oczy jednak podmuch wiatru był zbyt przytłaczający.

Czułam,że opadam z niewyobrażalną szybkością,ale nie było to takie zle.

Przez cały czas w głowie miałam myśl-kiedy poczuję opór,czy oby nie lecę za długo,może nic mnie już nie utrzymuje bo linki dawno odpadły?

Napór mysli był wyjatkowo intensywny.

Nagle poczułam ucisk w zołądku i w tym samym momencie zaczełam unosić sie do góry.A jednak!Przezyję!

Starałam sie wyciszyć przerażenie.Po paru podskokach usłyszałam z góry głos Michela -Wspaniale mała!- i już powoli linka skracała się unosząc mnie w górę.

Niebanalny krajobraz Nowej Zelandi do góry nogami wyglądał jeszcze bardziej oszałamiająco.

Nagle poczułam,że ktos chwyta mnie za kolana i każe podac rękę.Posłusznie wypełniłam zadanie i juz znowu stałam na górze a George z reszta ekipy zdejmowali ze mnie cały sprzęt.

Kiedy juz sie oswobodziłam,za bramką czekał na mnie Michel.

Przytuliłam go mocno.

-I co podobało sie?-zapytał z troska w oczach.

-Nie było najgorzej.Najgorzej skoczyć,a i samo podciagnięcie do góry tez do najmilszych nie należy.

ciekawe doświadczenie,ale z pewnością nie powtórze-jeszcze nieco roztrzesiona zaczełam ubierać buty i kurtke.

-Gdybym powiedział Ci,że przy tym właśnie jak to nazywasz podciągnięciu wiekszośc osob odkrywa swoje problemy z żołądkiem- nie skoczylabys.

-Z pewnością-potwierdziłam.

Michel wziął mnie za reke i już byliśmy w samochodzie.

Robiło się późno,mgła zaczynała robić się gęsta i niewzruszona.

Droga jak to w górach była kręta i bardzo niebezpieczna, dlatego jechalismy z szybkością,za którą we Francji zapewne groziłby

mandat za spowolnianie ruchu.

 

Ostatni wolny wieczór spędziliśmy z lamkpą Chablis idealnie komponującego się z krewetkami i małżami.

Zadziwiająco duże pokłady energii pozwoliły nam na nocne rozmowy dotyczące przeżyć ostatnich dni.

 

-JEstem pod wrażeniem Scarlett.Wyjechałaś tutaj ze mną,skoczyłas na bungee a teraz nawet zdecydowałaś sie spróbowac krewetki-usmiechając sie pogłaskał mnie po policzku.

-No widzisz,za mną nigdy nie nadazysz.Co kolejne?Wycieczki po jaskiniach?-mówiłam siląc sie na przesadna ekscytację.

Pogłaskałam Michela po policzku i poczułam gwałtowny przypływ uczucia.Gładziłam jego krótkie czarne i jedwabiste w dotyku włosy i odpłynęłam patrząc w

te szare,a raczej srebre biorąc pod uwagę padające na nas światło oczy.Zasnelismy jak dawniej-na kanapie,wtuleni w siebie błądząc gdzieś w dzwiękach Aria Da Capo.

 

Rozdz 5

 

Zimowy,mglisty poranek powitał mieszkańców Auckland.

Otworzyłam oczy i zdałam sobie sprawe,że leżę sama.

Czyzbym az tak długo spała?

Spojrzałam na zegarek.5:47

Michel wyszedł z łazienki najwyraźniej gotowy już do wyjścia. Wyglądał jak zawsze cudownie.

Co tak wcześnie?-zapytałam trząc stawiające mi czynny opór oczy.

Wezwanie.Sirius potrzebuje pomocy z tym klientem od fuzji z Conteege Company.

Muszę jechać,cały dzień spotkań więc wróce pewnie późnym wieczorem.

Pochylił się i pocałował mnie czule na pożegnanie.

Odwrócił się w kierunku drzwi i wyszedł rzucając mi błogi usmiech na do widzenia.

Wtałam i przeciągnełam się leniwie.Duza czarna teczka leżąca pod moim szlafrokiem otrzeźwiła umysł.

Do diaska zostawił teczkę z laptopem!Niewiele myśląc ubrałam trampki wziełam teczke i ruszyłam za nim.Kiedy wybiegłam przed dom stal przy samochodzie.

Jezu jak on sie prezentował.

-Michel,teczka!-krzyczałam biegnąc w jego kierunku

Spojrzał na mnie z nieodgadnionym usmiechem.

-Czy chcesz sie rozchorowac?Mamy środek zimy,śnieżyca a Ty wybiegasz w krótkich spodenkach i podkoszulce?

O kurde,faktycznie nie zwróciłam na to uwagi.

-Widzisz jak bardzo się dla ciebie poświęcam-syknełam.

Ponownie przytulił mnie mocno i czule pocalował.

-Dzisiaj kolacja w Reserch,małże,krewetki dobre wino.Co o tym myslisz?

-Cudownie.Tylko prosze się nie spóźnic.-usmiechnełam się na co Michel odpowiedział tym samym.

-AAA i dzieki za teczkę!Bez ciebie bym zginął.-wyszeptal.

-Wiem-tryiumf zagościł na mojej twarzy.

-23 pod Reserch?Będę na Panią czekał.-Pocałował mnie raz jeszcze i wsiadł do samochodu.

Stałam patrząc jak odjeżdza.

-Jedz ostroznie- krzyknełam,ale pewnie nie zdązył juz usłyszeć.

Wrociłam do domu i szybko zrobiłam gorąca herbate na rozgrzanie.

Zimy faktycznie sa tu srogie.Nie widziałam jeszcze takiej śniezycy jak dzisiaj.

Pyszne naleśniki z syropem klonowym przywodziły na mysl dzieciństwo.

Wówczas potrafiłam przez pare dni jeść tylko nalesniki na co mama reagowała zazwyczaj sporą niechęcią.

Nagłowki w gazetach nie dawały zapomniec o jutrzejszych wyborach.

"WYBORY PARLAMENTARNE JUZ JUTRO.W CAŁYM KRAJU CISZA WYBORCZA!"

Przeskoczyłam kilka stron żeby przeczytać "CZY NADSZEDL CZAS NOWOZELANDZKIEJ PARTII NARODOWEJ?WG SONDAŻY PARTIA PRACY UPLASUJE SIE NA DRUGIM MIEJSCU".

Zamknęłam gazete i postanowiłam wziąść się do pisania.Nostagiczny zimowy krajobraz przywodził mi na myśl mój rodzinny Londyn.

Wszechobecne światełka,muzyka,ozdoby...Wpomnienia światecznego klimatu zainspirowały mnie do pisania.

 

Rozdz 6

 

-Cholera już 17 -wrzasnełam.Nie zdążę kupic sukienki!

Szybko włożyłam na siebie pierwsze lepsze jeansy,zapiełam koszule i wybiegłam z domu.

Mój wrzosowy zazwyczaj CROSSOVER wyglądał dość marnie pod gruba pokrywą sniegu.

Włączyłam silnik,i zaczęłam walke ze szronem i lodem.

Po ok 20 min wsiadłam do samochodu i ruszyłam.

Mój sprawdzony sklep z odzieżą okazjonalną Decor jak zwykle załatwił sprawę.Wyszłam z piekną kremową sukienką przepasaną w pasie czarnym paskiem.

Oczywiście musiałam zatrzymać sie w Glassweet by wyjśc ze sklepu z opakowaniem mieszczącym pół kilograma kokosowo-czekoladowej chałwy.

Jako wierna fanka każdej postaci chałwy,nie mogłam przecież odpuścic!

W domu byłam kiedy wybiła już 19:48.

Ufff nie jest źle.

Telefon wibruje w torebce,sms od Michela.

-Jadę,23 pod Reserch.Kocham Twój Michel.

Uśmiech zalał moja twarz.

Wyjełam z torebki kulę marcepanu w gorzkiej czekoladzie wyobrażając sobie euforie Michela,kiedy ją zobaczy!

Po niezwykle odprężającej kąpieli wzięłam się za lekki makijaż.

Cieńka kreska na powiekach podkreslała duże oczy w kolorze turkusu.Standardowo ta część makijażu sprawiała najwiekszy kłopot odbijając się co rusz na ruchomej części powieki.

Z kolei Malinowy błyszczyk idelanie spełnił swoje zadanie.

20:40 czas leciał nieubłaganie.

Wysuszyłam i uczesałam włosy,które falami opadły mi na ramiona.Włozyłam nowo zakupioną sukienkę i czarne szpilki.

21:20 a ja siedzę gotowa do wyjścia popijając moje ukochane cynamonowo-migdałowe cappucino.

Przypomniały mi się te po południa spędzone na Place de la Concorde.

Usiadłam w miękkim dużym fotelu i patrząc na kojąco trzaskający ogień w kominku przymknęłam oczy.

 

Obudziło mnie pukanie do drzwi.Kurcze która godzina? 22:30! o cholera jak mogłam zasnąć???

Za oknem widac było tylko światło latarni i opadające lekko płatki śniegu.

-To pewnie Michel,przyjechał wcześniej-zadowolona zerwałam się z fotela.

Tak bardzo chciałam go przytulić.Zimowa aura zawsze budziła we mnie tę az zanadto romantyczną naturę.

Podbiegłam do drzwi i otworzyłam je z impetem.

Na zewnątrz stał jednak nie Michel.

Był to policjant,najwidoczniej zdziwiony moją kreacją.

-Panno Selirios,czy mogę wejść?-jego twarz wyrażała emocję której nie potrafiłam odczytać.

-Proszę-wpuściłam policjanta do domu,ale poczułam sie słabo.Nogi ugięły się podemną,ale nie na tyle,żeby upaść.

Poczułam dreszcze przechodzące od koniuszka palca do samego dołu.

-Czy coś się stało-spytałam,ale znałam odpowiedz.Doskonale potrafiłam odczytać wyraz twarzy policjanta.Po prostu

nie chciałam tego robić.

-Mam dla Pani przykrą wiadomość.-nogi się podemną ugieły.

Policjant poruszał ustami,nie wiedziałam co mówi.Nie potrafiłam,nie chciałam zrozumieć.

-Niedaleko skippers Canyon Road pani mąż miał wypadek.Jego samochód spadł z klifu.

-Gdzie on jest?-zapytałam,nie byłam świadoma tego co własnie usłyszałam.

Jeżdziłam tamtą drogą.Zaden kierowca który spadł w te mordercze czeluści nie był w stanie wyjść z tego cało.

-Proszę Pani!-mój wzrok wędrował po dywanie.

-Pani Selirios!-spojrzałam na policjanta.

-Pan Michel nie żyje.

Spojrzałam na policjanta.Jego usta poruszały się wolniej niż zwykle.Czułam się jak w jakimś filmie.

Wyciagnął w moją stronę rękę i nim zdążyłam zrobić krok, juz otaczała mnie złowroga ciemność.Gdzieś w oddali słyszałam jedynie krzyki policjanta.

 

Rozdz 7

 

Otworzyłam oczy.

Słoneczne światło przebijało się brutalnie przez grube,porysane szyby,pełne słusznych wielkości zacieków.

-Gdzie ja jestem-pomyslałam

Po chwili było mi już jednak wszysto jedno.

Z nikąd zjawiła się kobieta w białym kitlu i oznajmiła lodowatym głosem "ZEMDLAŁA PANI,SZOK POURAZOWY.JUŻ WSZYSTKO W PORZĄDKU.

JAK LEPIEJ SIĘ PANI POCZUJE MOŻE PANI WYJŚĆ.PANI MAMA JUZ TU JEST."

Jej słowa odbijały się ode mnie.

-Mama?Gdzie-dałam radę wyjąkać.

-Na korytarzu.Czy mam ja wprowadzić?

Ostatnio widziałam mamę w dniu 25 urodzin.To było 3 lata temu...Nie chcę jej teraz widzieć nie mogę!!!Zaczęłam sie trząść a wewnętrzny krzyk zdawał się nigdy nie skończyć.

-Panno Selirios,wszystko dobrze?-spytała pielęgniarka.

Zapanowałam nad dreszczami.

-Tak,proszę żeby poczekała na zewnątrz,dobrze?-wymamrotałam

-Jak sobie Pani życzy-pielęgniarka wyszła zostawiając za soba zapach mojego ulubionego perfum.

Perfum który dostałam od Michela pod choinkę.

-Michel Michel-to imię błądziło w mojej głowie,nie potrafiłam przypisać go do osoby.Nie, to było zbyt bolesne.

Zwlokłam się z łóżka i zaczęłam naciagać na siebie jeszcze nowa sukienkę.Dalej rajstopy.

Lewa ich część nie chciała dać za wygraną wywijając się i tworząc nieziemskie zawijasy.

Wypadek,Skippers Canyon Road,przepaść.Tak to mi coś przypominało.

Mysli kotlowały się w mojej głowie.Siłowałam się z rajstopami i zauważyłam dosyć solidnych rozmiarów dziurę i oczko biegnącę do samego dołu.

Nagle wszystkie myśli zaczeły układac się w całość.Jak nagła i porwista burza mącąca dotychczasową sielankę wypoczywających nad wodą turystów.

Michel!Pan Michel nie zyje.Nie żyje.Nie zyje...-słyszałam głos policjanta.

Zalała mnie fala gorąca.Ale nie tego przyjemnego ciepła rozgrzewającego wnetrze w mroźne dni.Goraca zdradliwego i bolesnego,wyniszczającego ciało i duszę.

-Michel nie zyje-wypowiedziałam to na głos.

-Nie zyje-powtarzalam jakbym starała przypomnieć sobie znaczenie tego słowa.

Czułam,że wybuchne.Rozpadne się na kawałki i tak naprawde chyba bardzo tego chciałam.

Do uczu napłynely mi lzy.

-Panno Selirios,mozna już?Pani mama się zamartwia.Czeka na zewnatrz.-pielęgniarka z obojętnym chłodnym usposobieniem weszła do sali biorąc plecak pełen ręczników,rzeczy na przebranie,piżam

i kosmetyków.

Nie miałam pojęcia skąd to wszystko się tu wzielo.Poszłam za pielęgniarką,potulnie wsiadłam za nią do windy.

-Buty Panno Scarlett-wyszeptała

Faktycznie całą drogę szłam trzymając buty w reku.Szybko włozyłam szpilki i wyszłam ze szpitala.

Pielęgniarka podała mi rekę najwyraźniej próbując nawiązać rozmowę.Widziałam tylko jej wolno poruszające się usta.

Uścisneła mnie i odeszła życząc powodzenia.

Stałam jak bezsilne dziecko przed wejsciem głównym szpitala.Masa śniegu napierała z każdej strony,jedynie przygotowana wcześnie rano przez dozorców wąska

drózka przypominała,że natura nie zawsze postawi na swoim.

-Scarlett kochanie-to była mama.

Wyglądała tak jak ją zapamietałam.Ciemne loki opadające do ramion,szmaragdowe oczy i elegancka sukienka.

-Cześc mamo-wybąkałam.Jej oczy były pełne troski,jakby miała wystarczająco mało swoich problemów.

_Jedzmy do domu-zaproponowała.

Poczatkowo chciała zawiezc mnie do wynajętego przez nią mieszkania w poludniowej części Auckland,ale ja chciałam jechac do domu.

Tak naprawdę chciałam o wszystkim pomyslec sama,ale o tym nie było oczywiscie mowy.

Weszłam do domu.Rozbity kubek cynamonowo-migdałowego cappucino leżał na podłodze.

Musiałam go trzymac kiedy upadłam.

Na sam zapach napoju czułam mdłości.

Pierwszy raz spróbowałam tego smaku na wycieczce do Cantebury w Anglii na której byłam właśnie zimą.

Byliśmy.Z Michelem.Znajome ukłucie nie dawało za wygraną.

Mieliśmy zupełnie inne gusta jeżeli chodzi o smaki,jednak to jedno podbiło zarówno jego jak i moje serce.

-Kochanie może napijesz sie czegoś?Moze capuccino ?-mama wyraźnie siliła się na spokojny i zróznoważony ton.

Poczułam mdłości i kolejny ucisk w klatce piersiowej.

-Nie dziekuję.Napiję się herbaty.Ale najpierw się przebiorę-ruszyłam na górę.

Usiadłam na łóżku.Dopiero teraz zdałam sobie sprawę,że nie włozylam rajstop.

Zdjęłam sukienkę,odłożyłam buty na przygotowane w szafie miejsce i ubrałam mój ulubiony satynowy szlafrok.

-Uwielbiam jak zakładasz ten szlafrok!Ten kolor idelanie pasuje do Twoich oczu-usłyszałam glos Michela.

Obróciłam się przerażona i zarazem podniecona,ale nikogo nie było.

Wspomnienie.

Po tak ogromnej traumie wspomnienia moga przybrac na sile i mieszać się z rzeczywistością-tak,uczyłam się o tym.Sama zalecałam pacjentom

odseparowanie sie na jakiś czas od rzeczy i miejsc które kojarza się z daną osobą.

Wiedza która posiadłam przez lata studiów wydaje sie być tak mało praktyczna w tym momencie.

Bo jak niby mam pozbyć się jedynych rzeczy,które mi o nim przypominają?

Połozyłam się na łózku i wpatrywałam w łososiowy satynowy materiał.

Nie wiem kiedy znów zawładneła mną cimność,z której tym razem wcale nie chciałam się wydostac.

 

Rozdz 8

 

Słońce przedzierało się brutalnie przez zasłony nie pozwalając pospać ani chwili dłużej.

Spojrzałam na budzik.Była 7:14.

Wstałam i przeciągnęłam się leniwie.

Wyjrzałam za okno,żeby spostrzec,że liście na drzewach zrobiły się żółto zielone,gdzieniegdzie czerwono-pomarańczowe.

Kiedy mi to umknęło?

Ostatnich 8 miesięcy minęło tak szybko.

Zapewne to przez natłok zajęc,które wypełniają każdą chwilę mojego życia.

Po ciepłym prysznicu wysuszyłam włosy spinając je w elegancki kok,ubrałam moją ulubioną

czarną sukienkę oraz kremową marynarkę.

-Buty,gdzie buty...-powtarzałam sama do siebie jakbym liczyła,że zaraz usłyszę podpowiedz.

Po zdecydowanie za długim czasie poszukiwania założyłam swoje ciemnogranatowe szpilki i w pośpiechu zajęłam się delikatnym makijażem.

Wiśniowy błyszczyk wyglądał niemal idealnie.Kreski również dopełniły dzieła.

Wychodząc na zewnątrz w pośpiechu,kątem oka zauważyłam Pana Reich wracającego z zakupów.

Pan Edgar Reich był eleganckim mężczyzną po 70tce.Jeszcze 3 miesiące temu mieszkał tu z żoną Samantha.

Zona Pana Edgara była niegdyś najbardziej przyjacielską i zadowoloną z życia osobą jaką znałam.

Państwo Reich słyneli w okolicy z przyjęć o tematyce degustacji win pochodzących z róznych zakątków świata.

Jej opowieści na temat własnej winnicy w Lombardii we Włoszech sprawiały,że i ja chciałam odnaleźc w życiu pasję dorównującej choć trochę pasji Pani Samanthy.

Z każdej podróży przywozili za każdym razem inne, wyjątkowe wino, o jescze głębszym smaku.

Pani Reich była z zawodu pianistką,każdy więc wieczór spędzony u nich otulany był dzwiękami przywołującymi na myśl różne dotychczas odwiedzone przez Państwa Reich miejsca.

Z kolei Pan Reich z zawodu inżynier,człowiek niezwykle spokojny i dobroduszny,wsłuchiwał się za każdym razem z zakmniętymi oczyma w gre swojej żony.

W czasie ich podrózy,zobowiązywałam się do pilnowania ulubieńca Pani Reich-kota Narthema.

Lubiłam się nim opiekować i z chęcią podejmowałam to zadanie.

Leżący na moich kolanach Narthem przypominał mi coś,co kiedyś bezpowrotnie utraciłam.

Kiedy byłam mała mama przygarneła ze schroniska psa na moje 6 urodziny.

Suczka miała około roku.

Nigdy dotąd nie widziałam tak pieknej istoty.

Czarną gładka sierść zdobił bezowy krawat i skarpetki.

Dwukolorowe oczy nadawały psu niesamowitego wdzięku.

Margot-tak postanowiłam ją nazwać-początkowo była bardzo nieufna wobec wszystkich doroslych,trzymała sie więc mnie.

Nie odstepowała mnie na krok,wytworzyła się między nami wspaniała więź.

Pewnego ranka kiedy jak zwykle szłam do szkoły Margot standardowo dotrzymywała mi towarzystwa.

Ścigałysmy się kiedy z zza zakrętu wyjechał wprost na mnie rozpędzony samochód.

Stalam w szoku nie potrafiąc sie poruszyc kiedy nagle zostałam odepchnieta na bok jednocześnie w ostatniej chwili unikając zderzenia.

Kiedy odwróciłam się zobaczyłam na jezdni leżącą Margot.

Podbiegłam do niej i zaczęłam wzywac pomocy.

Leżała cięzko oddychając i patrzyła na mnie a w jej oczach widzialałm troske.

Przytuliłam ja mocno.

-Dziękuję-wyszeptałam.

Margot zamerdała ogonem i spojrzała na mnie wzrokiem pełnym spokoju.

Wzięła głeboki wdech i w tym momencie jej oczy zastygły w bezruchu wciąż wpatrując sie we mnie.

Nigdy już nie miałam innego psa,i tak żaden nie zastąpiłby Margot.

Stukot otwieranych drzwi wyrwał mnie z zamyslenia.

Właśnie zdałam sobie sprawę,dlaczego patrząc na Pana Edgara czułam smutek.

Otóż 7 miesięcy temu Pani Reich zachorowała na raka.

Mimo starań Pana Edgara robiła się coraz słabsza.

W 2 miesiącu choroby Pan Reich rzucił pracę,aby opiekować się żoną.

Choroba zostawiła ogromny ślad w psychice Pani Reich i teraz przez otwarte okno zamiast delikatnej i zmyslowej gry na pianinie słychac było krzyki i przekleństwa.

Pod koniec choroby Pani Reich nie poznawała juz swojego męża.

3 miesiące temu zmarła.

Pan Reich mimo długów wynikających z kosztownego leczenia nie pozwolił sprzedać fortepianu i winnicy.

Jeździ po świecie i za każdym razem wraca z tymi najtrudniejszymi do zdobycia winami.

Układa je w piwnicy dokładnie w takim porządku,jaki wprowadziła Pani Reich.

Kiedyś zapytałam Pana Edgara skąd bierze na to siłę,dlaczego nie chce zacząc nowego życia.

Jego przepełnione żalem ale i serdecznościa oczy zabłysły.

-Ponieważ wiem,że gdzieś tam jest świat,gdzie moja piekna zona siedzi właśnie w swojej winnicy i

czyta przysiegę,którą tam złożyłem.

Nie byłam w stanie zadać kolejnego pytania.

Ilekroć widzę Pana Edgara wracającego z dalekiej podróży,widzę też oczyma wyobraźni Panią Reich.Siedzącą na białej ławeczce

czytającą z usmiechem tajemniczą obietnicę.

 

Rozdz 9

 

Praca w wydawnictwie nie była taka zła.

Zajmowałam sie przede wszystkim tłumaczeniem tekstów z języka angielskiego na francuski i odwrotnie.

Przez ostatnie miesiące nie potrafiłam nic napisać,zdecydowałam się więc na pracę której wynik nie był w znacznej części uzależniony

od nastroju.

9 h dziennie siedziałam w biurze robiąc jedną przerwę w trakcie której standardowo chodziłam do kawiarni po ekspresso.

Po wypisciu kawy mogłam już nie wychodzić z biura.

Ok godz 20 byłam znów w domu,robiłam ogólne porządki i kładłam się spać.

Mimo zmęczenia miałam ogromne problemy ze snem,zasypiałam więc po odpowiedniej ilości tabletek nasennych.

Z czasem żeby zasnąć musiałam brac dawki duzo wieksze,niż jestem w stanie przynać sama przed sobą.

Białe prostokątne pudełeczko Fenobarbitalu było nieodłącznym elementem mojego codziennego wieczornego schematu.

Moje mysli krążyły wokół pustki,przenikliwej pustki wypełniającej mnie po brzegi.

-Błagam zaśnij-powtarzałam,a ilość przyjmowanych tabletek zwiększała się.

I tak znów budziły mnie promienie słońca.

Najgorsze były weekendy.

Mama uwierzyła w moje dobre samopoczucie,jednak co sobote dzwoniła i wypytywała mnie o wszystkie sfery mojego życia.

Tego popołudnia miała byc to jednak nieco inna rozmowa:

-I jak ci sie zyje kochanie?Może jednak wrócisz do Londynu.

-Dziękuję mamo,żyje mi się całkiem dobrze.Mam tu prace,znajomych.

-No nie wiem.Sypiasz dobrze?

Dlaczego ona zawsze musi wiedzieć więcej niz powinna.

Nie moge jej miec tego za złe,w końcu sama straciła męża i przeszła załamanie.Doskonale wie,na czym to polega.

-Tak mamo,spie jak dziecko.Wiesz,że na początku miałam problemy.Teraz już spię bez leków-skłamałam.

-No dobra niech ci bedzie,

Ufff uwierzyła.Nie bez znaczenia była moja ulga.Mama z zawodu adwokat była raczej wyczulona na kłamstwo.

-A jak tam Richard?-zmieniłam temat.

-W sobote jedziemy na ryby.Wiesz jak on to lubi.W zasadzie nie chciałam tego robić,jednak wypomniał mi obiad u Sue.

Prawda,że ze mna był,więc ja mogę posiedziec trochę nad jeziorem i połowić te ryby.Związek to kompromis.-dodała.

Nagle zalało mnie wspomnienie rozmowy sprzed roku,wtedy przed skokiem,nad przepaścią.Rozmowy o kompromisach.

Znów ujrzałam jego usmiech,usłyszałam każde słowo, które wtedy do mnie wypowiedział.

Dreszcze przeszły po całym moim ciele.Wróciła potworna pustka.Gorąco!Nie mogła usłyszeć tego w moim głosie.

-Opanuj się-krzyczałam w myslach sama na siebie.

-Scarlett kochanie,jestes tam?-w jej głosie było słychac na szczęście tylko zdziwienie.

_Tak jestem.Cos przerywa.No to życze udanej podrózy.No i koniecznie wez spray na komary!Wiem jak ich nie znosisz.

-Nie bardziej niż Ty kochanie-skiwtowała.

-Mamo będę kończyć,Vicky przyszła na herbate.

-Zaproponuj jej swoja specjalność.Capuccino cynamonowo-migdałowe.

I znow to bolesne ukłucie w klatce piersiowej.I mdłości na samą myśl.

-Dobrze mamo.Zdzwonimy się.

-Do usłyszenia kochanie.

Nie zdążyłam odłozyć słuchawki,kiedy po chwili zastanowienia ponownie przyblizyłam ją w panice do ucha i krzyknęłam:

-Mamo,mamo jesteś tam???-poczułam niewyobrażalną panikę.Przecież już nie mam czasu.Muszę się pożegnać.Odkładałam to tak długo.

-Jestem Scarlett.Coś się stało?

-EEEE-Nie wiedziałam co powiedziec.Przeciez nie była to standardowa sytuacja.Tego nie da się zaplanować.Ale była to ostatnia okazja.

_Uwazaj na siebie-wymamrotałam.

-Jak zawsze kochanie,przeciez nie utopię się w płytkim jeziorku,wiesz,że boję się wody więc głebiej nie wejdę.

-EEE no tak.Mamo?!-głos ugrzązł mi w gardle

-Tak skarbie?-jej głos z kolei był spokojny i niemal widziałam ją stojącą przy telefonie z usmiechem na twarzy.

-Kocham cie-starałam się powiedziec to tak spokojnie i opanowanie jak tylko mogłam.

-Ja ciebie też Scarlett-wyczułam ulgę w jej głosie.Nie domyslała się.To dobrze.

-Do widzenia mamo-szepnelam,a łzy mimowolnie popłyneły po moim lewym policzku.

-Do zobaczenia skarbie.

Odłozyłam szybko słuchawke przez chwilę dochodząc do siebie.

Jest szczęśliwa,ułozyła sobie życie.Tylko to chciałam wiedzieć.

Odetchnełam z ulgą,kiedy właśnie zapukała Vicky.

 

Rozdz 10

 

Dotarło do mnie,że nie zdążyłam się przebrać.Wpuściłam Vicky,która jak zwykla wyglądała jak ikona stylu.

Poleciałam na górę,włozyłam swoją turkusową sukienkę do kolan i standardowo czarną marynarkę.Do tego bezowe czółenka

i torebka.Po 10 min byłam już gotowa.

-No Scarlett,usmiech proszę!Nie codziennie zostaje się zaproszonym na imprezę zamkniętą,którą PRYWATNIE organizuje sam szef.

-uśmiech na jej ustach zdradzał wszystko.

-Vicky-ton mojego głosu był oskarzycielski.

-Johnny to zarówno Twój jak i mój szef.Nie powinnas tak mówic!Łączy nas praca.

Spojrzała na mnie spode łba i prychneła.

Vicky pracowała w wydawnictwie dłużej niż ja.Była tłumaczką tekstów niemieckojęzycznych.Ale przede wszystkim była niepoprawną romantyczką.

Johnny był szefem naszego działu.Przystojny dobrze zbudowany blondyn,zawsze szarmancki i uwielbiający towarzystwo kobiet.No własnie!Wszystkich kobiet.

-Vicky nie prychaj tylko przynaj mi rację,wiesz,że ten facet spał z wiekszością swoich.. eee.. podwładnych?

-Masz też na mysli rudego Georga?-zapytała,a kąciki jej ust rozeszły sie na boki tworząc coś na kształt uśmiechu.

I ja parsknełam smiechem.

-Wiesz co mam na mysli-skwitowałam.-Zachowuj się jak dorosła osoba,masz 25 lat a tylko romanse ci w głowie.

Spojrzała na mnie podejrzliwie -A Ty masz 29 lat a zachowujesz sie jak jakas dewotka.

-Za 4 lata poznasz smak dewiacji to pogadamy-podsumowałam i obydwie wybuchłysmy smiechem.

Z Vicky zaprzyjaźniłam się juz w pierwszym tygodniu pracy.Była taka beztroska,radosna.

Rzec mozna,że czasami wręcz nieodpowiedzialna.Ale w obecnym stanie chyba własnie takiej relacji potrzebowałam.

Przy niej i ja stawałam sie inna.Zaryzykuję nawet stwierdzenie,że na chwilę zapominałam.

Zapominałam o nim.

-Dalej bo się spóźnimy-poganiała mnie.

Taksówka już czekała.Na miejscu byłyśmy po ok 20 min.

Piekny dom,z ogrodem wypełnionym typowo jesiennymi kolorami.

Johnny powitał nas szampanem bacznie przyglądając się blondynce mierzącej go wzrokiem odkąd weszłymy.Zapewne to

ona zajmie dzisiaj miejsce u jego boku.

Czas mijał na rozmowach, których tematyka nie wykraczała poza zagadnienia podróży oraz sztuki w najszerszym tego słowa znaczeniu.Z biegiem czasu szampn uderzał do głowy.

Moc trunku odczuła zapewne Vicky,która najwyraźniej zbyt dosłownie zinterpretowała rozmowy na temt wyzszości muzyki klasycznej nad innymi formami sztuki.

Poprosiła o ściszenie muzyki i przysiadła przy pianinie.

Ty umiesz grać?-zapytałam z nuta zaskoczenia w głosie,co oczywiście nie umkneło jej uwadze .

-Nie umiem,ale spróbuje-odpowiedziała zbyt pewna siebie i zdecydowanie zbyt pijana.

-Zejdz proszę-wysyczałam przez zęby.

-No i jak to będzie wyglądać?Wszyscy patrza i czekają aż zagram-i miała rację.Oczy tłumu zwrócone były w naszą stronę.

Bez wątpienia czekali na występ.

-Ale Ty umiesz grać.-dodała po chwili.

-O nie,ja się stąd zmywam,radz sobie sama-zamierzałam odejść,kiedy Vicky złapała mnie w pas i posadziła przy fortepianie

jednocześnie mnie przedstawiając.Nie wiem kiedy rozległy sie gromkie brawa.Nie miałam wyboru.Musialam zagrać.

Nuty krązyły gdzieś w moich myślach,w totalnym chaosie.Od ponad roku nie słyszałam tej melodi.

-Ariade de Capo,Bach-zapowiedziałam utwór co wywołało falę oklasków.

Zaczęłam grać,nie mysląc o nutach,starałam się po prostu jak najszybciej skończyć.

Klawisze płoneły pod moimi palcami kiedy wreszcie ostatni dzwięk zmieszał sie z ciszą.Brawa zalały cały hol.

Podziekowałam wszystkim za mozliwość zagrania i czym prędzej wyszłam z domu.

Dzisiaj nie byłam w stanie juz z nikim rozmawiać.

Zegar wybijał godzinę 01:42.Zamówiłam taksówkę.

-Jestes na mnie zła?-Vicky ze zbolała mina najwyraźniej analizowała mój nastrój.

Patrzyłam w te duże brązowe oczy i nie potrafiłam się na nią gniewać.

-Chodz tu-przytuliłam ja mocno do siebie.

Dotąd nie zdawałam sobie sprawy,że przez te pare miesiecy stała się jedną z najbliższych mi osób.

-Odwzajemniła uścisk.

-Dbaj o siebie i unikaj łajdaków,zrozumialas?-mój ton brzmiał powaznie.

-Oczywiście,ale przeciez wracasz za 2 dni,przez te dwa dni nie zdążę poznac żadnego łajdaka.Choc załuję-puściła do mnie oko.

-Tak-Odpowiedziałam ledwo tłumiąc łzy.

_To chyba moja taksówka- przytuliłam ją raz jeszcze i jak najprędzej odwróciłam się i powędrowałam w strone wyjścia.

Siedząc na ławce w oczekiwaniu na taksówkę,słyszałam doniosły glos Vicky.Rozejrzałam się dookoła.

Było ciemno i zimno.Chciałam jak najszybciej znalezc sie w domu.Moją uwagę zwrócił znajdujący się przy ławce obok niewielkich rozmiarów monument o zadziwiającym kształcie zwoju pergaminu.

Na jego czarnym tle iskrzyły się wypelnione drobnymi kryształkami niewielkie napisy.

Nie widziałam tekstu więc postanowiłam podejść bliżej i przeczytac iskrzący sie z daleka napis:

E solo dopo aver perso tutto che siamo liberi di fare qualsiasi cosa!(tłumacz.Dopiero gdy stracimy wszystko, stajemy się zdolni do wszystkiego)

Usmiechnełam sie mimowolnie.

Po 25 minutach od przyjazdu taksówki byłam juz w domu.

Położyłam się na łózku,nie zdjęłam nawet butów.Po głowie błądził gdzieś drugi i ostatni cytat ze złotej tablicy:

Sogna come se dovessi vivere per sempre. Vivi come se dovessi morire oggi<tłum.Śnij,jakbyś miał zyć wiecznie i żyj, tak jakbyś miał umrzec dziś)

Po raz pierwszy od wielu miesięcy przypomniałam sobie,czym jest spokojny i naturalny sen.

 

Rozdz 11

 

Otworzyłam oczy w samo południe.

Przeciagnęłam się i ruszyłam w stronę kuchni.

W mikrofalówce czekały na podgrzanie moje ulubione naleśniki.

Otworzyłam lodówkę w poszukiwaniu drzemu truskawkowego,który dostałam standardowo od mamy w trakcie ostatniej wizyty w domu.

Po zjedzeniu naleśników i wypiciu filiżanki ekspresso zaczełam szykować się do wyjścia.

Malinowa ołówkowa spodnica i czarna koszula czekały już na swoim miejscu.

Praktycznie gotowa do wyjścia spiełam gęste loki w elegancki kok i powędrowałam w stronę samochodu.

Wybiła 13 kiedy pojawiłam się w pracy.

Była sobota,więc zazywczaj pełne biuro było dzisiaj tylko do mojej dyspozycji.

Musiałam pozamykać parę niedokończonych zleceń i przekazać przypisane do mnie projekty odpowiednim pracownikom.

Chciałam wszystkiego dopilnować.

Kiedy zamknęłam ostatnią teczkę i odłożyłam ją na miejsce moje biurko zazwyczaja zapełnione stertą dokumentów i teczek róznego pochodzenia

zrobiło się puste.

Poczułam się zdecydowanie nieswojo.

Rozejrzałam się po sali z poczuciem sentymentu do ostatnich miesięcy życia które tu zostawiłam.

-No dobra-wzdychnełam i dosyć nerwowo opuściłam Our Best Books Company.

Kiedy podjechałam pod dom,była już 18.

Ciepły i łagodny wiatr rozwiewal mi płaszcz.

Po południe było wyjątkowo klarowne,po unoszącej się od tygodni mgle nie było sladu.

Po wejściu do domu rozebrałam płaszcz i starannie powiesiłam go w szafie.

Gorąca woda pod prysznicem rozluźniała mięśnie i gładziła skórę.

Po wyjściu z łazienki starannie wysuszyłam i rozczesałam włosy.

Burza gęstych blond loków rozlała się na wszystkie strony.

Delikatny makijaż dodał wyrazu subtelności.

Wyjelam z szafy przygotowana wczesniej kremową sukienkę.

Po upewnieniu się,że materiał nie ukrywa już więcej zagnieceń zaczęłam się ubierać.

Na koniec jeszcze czarne ulubione czółenka.

Zaknęłam szafe i ruszyłam w stronę salonu.

Otworzyłam barek i bez zastanowienia sięgnełam po butelkę Ballantinesa.

Kilka opakowań leków z pełną ich zawartością czekało na stole w salonie.

Nalałam whisky do szklanki i już ruszyłam w stronę mojego ulubionego skórzanego fotela.

Zazwyczaj siedziałm tu wtulona w Michela jak małe dziecko, z kolanami podciagniętymi na wysokość jego klatki.Często tak zasypialiśmy.-wspomnienie wywołało we mnie lekki przyjemny dreszcz.

Wyjęłam po kilka tabletek z każdego opakowania i ulozyłam je na stole w idealnym porządku,od największej do najmniejszej.

Odłożyłam pozostalości tabletek do nocnej szafki.

Zapalilam ogień w kominku i wróciłam z powrotem na miejsce.

Wziełam pierwszą tabletke i włożyłam głęboko do gardła.Szybko popiłam wcześniej przygotwanym alkoholem i juz siegałam po nastepną.

Niewiele myśli kłebiło się w głowie.Tak długo na to czekałam.Przygotowałam się,więc skąd ta niepewność?Skupiałam się na tańczących w kominku iskrach i przyjemnym cieple ciagnącym od kominka.

Kiedy połknełam ostatnia tabletkę, poczułam ulgę.

Ponownie napełniłam szklankę.

Podeszłam do okna i patrzyłam na oświetloną światłem latarni drogę skapana w najrózniejszych kolorach liści.

Z tej perspektywy liście wyglądały jak idealnie skrojony dywan.

Ruszyłam w strone sypialni gdzie usiadłam przy biurku włączając komputer.

Chciałam raz jeszcze przeczytać list,który zaraz wyślę do mamy.

Nagle zakręcilo mi się w głowie i poczułam silny ucisk w żołądku.

Szybko chwyciłam szklanke whisky i wypiłam do dna.

Lekko rozmywające się obrazy utrudniały zadanie.

List był długi.

Zaczęłam czytać,ale skaczące litery nie chciały sie uspokoić.

Kolejny ucisk w zołądku.

Podniosłam się,zeby usiąśc na łózku, ale nim zdązyłam sie podnieść moja twarz leżała juz przy dywanie.Wszystko dookoła wirowało,zwiększało się i zmniejszało.

Nie miało to żadnego sensu.

Gdy znów usiadłam przy biurku, całośc listu wydała mi się tak błacha i bezsensowna.-Usuń-klinkełam i zaciemnione wcześniej pole znów było śnieżnobiałe.

Wystukałam:

PRZEPRASZAM.TO NIE TWOJA WINA.PO PROSTU JUZ DLUZEJ NIE MOGLAM.KOCHAM CIE.

Niewiele widziałam,litery wirowały i jak szalone zamieniały sie miejscami.

Wcisnelam wyslij i po wiadomości nie było już śladu.

Zamknełam laptopa,wstałam i powli ruszyłam w stronę salonu.

Zazwyczaj pomarańczowe światło migało złowieszczo,a drzwi które własnie mijałam wydawały sie być tak odległe i nieosiągalne.

Jakims cudem dotarłam do salonu,nalałam kolejną porcje whisky i wypiłam łapczywie.

Po chwili cały pokój zaczał unosic się razem ze mną.

Ogromne dreszcze przeszły przez całe moje ciało i nagle znów pod policzkiem poczułam przyjemny słodki zapach dywanu.

Znam skądś ten zapach-fotel zaczął przybierac niepokojące rozmiary.

- Zapach kojarzy mi się z urodzinowym tortem zamawianym na moje każde urodziny.

-Migdały!-krzyknełam nagle a fotel powrócil do swoich wcześniejszych rozmiarów.Nie spuszczałam z niego wzroku.

Ale ostanio chyba ich nie lubiłam ...Nie mogłam sie skupić,ponieważ moje dłonie na to nie pozwalały. Najwyraźniej czegos szukały,zaciskając i rozszerzając sie samowolnie,ale nie przeszkadzało mi to.

Rozejrzałam się zauważając leżące w niewielkiej odległosci ode mnie zdjęcie.Michel usmiechał sie z niego do mnie i puszczał zawadiacko raz jedno raz drugie oko.

-Ono powinno leżeć na górze-wymamrotałam,usta odmawiały mi posłuszeństwa.

Starałam się wyciągną ręke aby dotknąć jego policzek,ale dreszcze nie dawały za wygraną.

Nie miałam siły walczyc, poddałam się,postanowiłam mu się przyglądać.

Tak byliśmy wtedy nad Tekapo.Było tak jasno, ciepło-chciałam przypomnieć sobie tamto po południe, ale drgawki nie dawały za wygraną.

Mysli biegły swoim torem mieszając dotychczas niepowiązane doświadczenia i podając mi na tacy coraz więcej abstrakcyjnych wspomnień,których nie byłam juz w stanie analizować.

Nie wiem ile to trwało ale udało mi się wreszcie wyciągnąć rękę i dotknąć jego twarzy.

Mimo ogromnego zmęczenia spowodowanego nieustającymi drgawkami byłam szczęsliwa.

Nagle wykrzywiłam się z bólu a ogromny skurcz przeszedł po całym moim ciele.

Teraz wirował już cały pokój,ze mną włącznie.

Starałam się nie zgubić jego wzroku,całe swoje siły przeznaczając na utrzymywaniu otwartch oczu.

Nagły palący ból pojawił się w okolicach głowy i zaczał schodzic coraz niżej.

PAtrzyłam łapczywie na zdjęcie a Michel wpatrywał się we mnie.

Ból przeszedł przez szyję,zacisnełam mocno zęby.

Michel znów puścił do mnie oczko.

Palące gorąco opuściło szyję idąc niżej aż wreszcie dortarło do klatki piersiowej rozrywając ją na strzępy.Krzyknełam i wygiełam się z bólu ostatkami sił podnosząc wzrok.Tam gdzie jeszcze przed chwilą był Michel

unosiła sie teraz tak dobrze znana mi nieprzenikniona ciemność.

 

Rozdz 12

 

Promienie słońca grzały moją skórę,a wiatr rozwiewał burzę loków.

Uchyliłam oczy ostrożnie wstając.

Rozejrzałam się aby stwierdzić,że naprawdę nie pamiętam abym w ciagu ostatnich pół roku wybierała się nad Tekapo.

Turkusowa woda połyskiwała odbijając promienie,które tak wdzięcznie mnie ogrzewały.

-Właśnie dokładnie tak zapamiętałam to miejce-pomyślałam.

Jedynie dywan z kwiatów różnił się od tego w moim wspomnieniu.

Ten zadziwiająco dokładnie tworzył wąską ścieżkę pośród otaczających mnie dookoła traw.

Ruszłym naprzód sprawdzić dokąd zaprowadzi mnie kręta ścieżka.

Przelatujący kilka centymetrów nad moją głową jastrząb z bliska okazał się być jeszcze większy.

Usiadł na pobliskim drzewie wpatrując się we mnie wnikliwie.

Ruszyłam naprzód rozglądając się.

Po ok godzinie wędrówki zauważyłam w oddali imponujących rozmiarów bramę.

Ścieżka kończyła się dokładnie u jej wrót.

Słońce zaczynało powoli zachodzić,zdecydowałam się więc wejść do środka.

Zastukałam czekając na pozwolenie jednak w tym samym momencie brama uchyliła się lekko.

Pchnełam drzwi i niepewnie weszłam do środka.

Niepostrzeżenie zaraz za mną wleciał również towarzyszący mi od samego początku wędrówki ptak.

Usiadł na pobliskim drzewie i znów przyglądał się badawczo.

Po środku otoczonej zewsząd kwitnącymi jabłoniami i wyścielanej święża bują trawą ścieżki zauważyłam białą

ławkę,a na niej siedzącą kobietę w podeszłym wieku.

-Dzień dobry-krzyknęłam ochoczo,na co kobieta odwróciła się.

Nie mogłam uwierzyć własnym oczom.

Przedemną siedziałą kobieta,którą kiedys znałam.

Usmiechnela się serdecznie i skinieniem reki przywołała mnie do siebie.

Pani Reich nieprzypominała siebie z ostatnich miesiecy.

Chuste na głowie zastapiły teraz długię blond włosy spiete w elegancki kok.

Zniknely też cienie pod oczami,a cera na stałe zastapiła bladosć zdrowym odcieniem różu.

Ruszyłam w strone Pani Reich i po chwili juz siedziałam obok niej na ławce.

-Dobrze wyglądasz Scarlett,co słychac u mojego męża-zapytała wpatrując sie we mnie.

-Pan Edgar nadal zapełnia puste miejsca w piwniczce-odparłam niepewnie.

W oczach Pani Reich malowało się wzruszenie i radość.Jej oczy zaszkliły się.

-Powiedz mi dziecko,co ty tutaj robisz.Nie powinnas tu być.-jej głos brzmiał tym razem stanowczo.

-Ja właściwie...-nie potrafiłam wykrztusić słowa.

Własnie w tej chwili wspomnienia ostatniego czasu wróciły do mnie tak wyraziscie,że omal widziałam je na jawie.

Wirujący pokój i usmiechniety się Michela.

Na wpół pełne opakowania leków i rozbita leżąca obok mnie szklanke.

-Ja chyba nie zyję.-wyszeptałam.

_PAni Reich spojrzała na mnie z troska i pogłaskała mnie po głowie.

-Kochanie chyba musisz juz iść,nie możesz tutaj być.Ktoś na ciebie czeka,ale to nie jest miejsce w którym powinnas zostac na dłużej.

Musisz iśc, dalej-powiedziała z troska.

-Zdziwiona zachowaniem Pani Reich wstałam i zdezorientowana ruszyłam w strone bramy.

Doskonale czułam,że nie jest to moje miejsce,ale nie wiedziałam również dokad mam iść.

Nagle przystanełam i przypomniałam sobie,o rozmowie z Panem Edgarem.

-Pani Reich-krzyknęłam odwracając się,a ona spojrzała na mnie ze zdziwniem.

-Obietnica.Co obiecał Pani Pan Edgar??-wiedziałam,że to jedyna mozliwość,aby poznac odpowiedz.

Pani Reich usmiechnęła się i zauważyłam ledwo widoczną łzę płynącą leniwie po jej prawym policzku.

Pogładziła oparcie ławki na którym teraz dopiero dostrzegłam wyryte słowa.

-ZA TWOJĄ ZGODĄ NIEGDZIE NIE ODEJDZIESZ,JAK DLUGO BEDE CIEBIE W SOBIE PIELEGNOWAŁ,TAK DLUGO ZE MNA ZOSTANESZ.-wyszeptała Pani Reich a usmiech ponownie zalał jej twarz.

Niespodziewanie w ciągu kilku sekund zerwał się potęzny wiatr a błekitne niebo zastapiły czarne chmury.

Snieżnobiałe kwiaty opadły a gołe gałęzie powykrzywiały się złowieszczo.

Ruszyłam biegiem w stronę wyjścia.

Porwisty i lodowaty wiatr przenikał każdą cząstke mojego ciała,czułam,że zamarzam.

Nagle upadłam,zauważając,że z ziemi zaczynają wyrastać długie i potężne korzenie.

Podniosłam się szybko i ruszyłam naprzód.

Słyszałam za soba przerazliwy świst,jednak strach nie pozwilił mi się odwrócic.

Biegłam co sił walcząc z lodowatymi podmuchami wiatru,od których powoli zamarzałam.

Nagle z lewej strony zauwazyłam biegnącą w oddali czarną postać.

Była to przerażająca kreatura,poruszająca się mimo wiatru niezwykle szybko.

Postać spojrzała na mnie i zmieniła kierunek biegnąc juz dokładnie w moją stronę.

Z jej ust wyrobywał się przerażający odgłos przypominający świst i syk jednocześnie.

Biegłam juz najszybciej jak potrafiłam pragnąc znalezc się poza brama,kiedy tajemnicza postać mocno chwyciła mnie za ramię

i jednym ruchem nadgarsta odrzuciła na bok jak szmaciana lalkę.

Upadłam a w miejscu dotyku poczułam ogromny ból.

Upiór ruszył pewnie w moją stronę.

W tym momencie biały jastrząb,który najwyrazniej towarzyszyl mi przez cały czas,odciął drogę istocie idącej w moją strone.

Korzystając z okazji wstałam i resztką sił ruszyłam w stronę wyjścia.

Po chwili znów byłam na kwiecistej polanie spoglądając na turkusowe i juz nie tak spokojne jezioro.

Nie mogąc złapac tchu usiadłam na trawie i znów poczułam ukłucie w lewym ramieniu.

Znajdowała się tam pokaźnych rozmiarów rana,pojawiające się bąble kazały sądzic,że było to dośc poważne poparzenie.

Nie mając siły na dalsze poszukiwanie schronienia położyłam się na trawie i przymknełam oczy,aby po chwili pogrązyć się w głębokim śnie.

 

Rozdz 13

 

W moim snie widziałam Panią Reich siedzącą na białej ławce w objęciach Pana Edgara.

Szeptała mu cos do ucha,żeby po chwili wymienić się z nim czułym usmiechem.

Po chwili postac Pana Edgara zastąpił Michel.

Chciałam pobiec w jego stronę jednak nie mogłam się ruszyć.

Kobieta siedząca w jego objęciach odwrociła sie w moja stronę i obdarzyła mnie serdecznym usmiechem.

-Nigdy dotąd nie wyglądałam na tak szczęśliwą-pomyslałam patrząc na samą siebie,znajdująca się w objęciach Michela.

Michel wręczał mi coś,z tej odległości nie byłam w stanie dostrzeć co to było.

Obudził mnie świst i potęzny podmuch wiatru.

Szybko podniosłam się i zauwazyłam swojego oddanego kompana siedzącego na gałęzi krzaka tuż obok mnie.

Podeszłam niepewnie,ale ptak nie zdawał się byc spłoszony.

Przyglądał mi się uważnie.

Wyciagnęłam rekę w jego strone i chwile później biały jastrząb siedział juz na moim ramieniu.

Pogłaskałam go i po chwili znów wrócił na swoje poprzednie miejsce, mierząc mnie wzrkiem.

Spojrzalałam w jego nadzywczaj jasne pełne głebi ślepia.

-Dziękuję-powioedziałam i po chwili byłam prawie pewna,że ow ptak skinał głową w rekacji na moje podziekowanie.

Postanowiłam ruszyć dalej na co mój towarzysz przystal z wielką radością.

-Nazwę cię Orbis-zaproponowalam,na co ptak niepodziewanie rozłozył skrzydła,wzbił sie w gore i wykonał trzy pełne okrążenia po czym wylądował na moi ramieniu.

Ruszylismy dalej,a ja zdałam sobie sprawę,że od bardzo dwana nie jadłam i nie piłam.Co dziwniejsze,wcale nie brakowało mi

pozywienia.

Nagle na skraju ścieżki zauwazyłam starszego mężczyznę.

Szedł w moją stronę,wyraz jego twarzy był nieodgadniony.

Cofnełam się nieufnie,poniewaz jak dotąd moje doświadczenia z tutejszymi istotami zdecydowanie nie należały do tych wartych powtórzenia.

-Nie bój się mnie.Podejdz tu-głos siwego starca brzmial pewnie.

-No podejdz proszę.Jestem Landon.Pokaże ci,czemu w zasadzie nie powinno cie tu byc.-powtórzył wyraznie zdenrewowany brakiem mojej reakcji.

Podeszłam bliżej i przyjrzałam sie jego twarzy.

Marszczki zdradzały podeszły wiek.

-Wiesz dlaczego tu jestes?!-spytał oskarżycielsko.

-Tak wiem.Nie rozumiem jedynie dlaczego wszystko tutaj,to miejsca które poznalam za zycia,dlaczego widziałam Pania Reich i jej ogród,dlaczego ten świat buduja moje wspomnienia?

Nie rozumiem,dlaczego prześladuje mnie ten przerazajacy stwor-wzdrygnełam się na samą mysl- i co wlasciwie mam teraz robic?-wylałam z siebie wszystkie dreczace mnie pytania.

Landon wygiał usta w szyderczym uśmiechu.

-Spójrz tutaj-powiedział wskazując na taflę jeziora.

Podeszłam niepewnie,i pochyliłam się.

-Nic tu nie ma-powiedzialam czując zażenowanie,że w ogóle go posłuchałam,kiedy nagle Landon popchnał mnie prosto w turkusową otchłań krzyczac:

-Mam nadzieje,ze w koncu zrozumiesz,czemu tu jestes-.

Woda była lodowata,starałam się płynąć w górę,ale jezioro wciagało mnie jescze głębiej i głębiej.

Nagle poczułam pod nogami stabilny grunt i kiedy otworzyłam oczy znów byłam w swoim mieszkaniu.Jak przez mgłę widziałam porozrzucane dookoła pozostałości po szklance.

Na środku leżała kobieta,ściskając w ręku ramkę ze zdjęciem...

Przerażona cofnęłam się w tył,nie chciałam na to patrzec.

Wybiegłam z salonu i o dziwo znów znalazłam się w tym samym pomieszczeniu.

Jednak tym razem blond kobieta siedziala na kanapie połykając tabletki i popijając zwartością szklanki.

Chwile potem cały obraz rozmył sie i poczułam,że spadam.

chciałam chwycic się czegos,jednak dookoła mnie panowała pustka.

Kiedy znów poczułam grunt,byłam w pokoju mamy w Londynie.

Chodziła po pokoju z telefonem w ręku w pospiechu pakując walizkę.

Jej twarz była napuchnięta od płaczu.

Cofnełam się w panice.

-Nie chce na to patrzeć,zabierz mnie stąd, zabierz!!!-krzyczałam i znów czułam,że opadam w dół.

Kiedy otworzyłam oczy znów stałam na polanie,a Landon wpatrywał się we mnie z satysfakcją.

_Dlaczego to robisz?Przeciez to juz przeszłość!Po co rozpamietywać cos czego nie można zmienić?-krzyknełam cała roztrzęsiona tym co dopiero zobaczyłam.

-Przecież tego chciałas.Zabiłaś się.Postanowiłaś odejść,wiec masz czego chcialas-wypowiedział to z taka satysfakcja.

-Powiedz mi lepiej dlaczego wszystko co mnie tu otacza to moje wspomnienia-powiedziałam niemal błagalnym tonem.

_Odebrałaś sobie życie.To jest twoja kara.Chyba wiesz dokąd idą samobójcy-zapytał siląc się na troskliwy ton.

-No chyba nie chesz mi powiedziec,ze istnieje piekło-zapytałam,znając już odpowiedz.

-To jeszcze nie jest piekło.-dodał ze złowrogim usmiechem.

Według prawa możesz iść tylko do piekła.Piekło tak samo jak i niebo za każdym razem wygląda inaczej.

Wszystko zalezy od czlowieka.To ty kreujesz ten swiat.

W twoim przypadku beda to wspomnienia,miejsca,sytuacje od ktorych wlasnie chcialas uciec.

Bedziesz swiadoma swojego czynu i tego,jaki ma on wpływ na ludzi dookoła ciebie.

I to jest to,czego najbardziej sie boisz.

Czarna postać która juz mialas przyjemnosc spotkac to jeden ze straznikow.

-Jeden?Jest ich wiecej-szepnelam

-Oj tak-roześmiał się.

_o wiele więcej.Sa odpowiedzialni za segregacje i doprowadzania zagubionych delikwentów do DOMU-znow ten szyderczy grymas.

-To znaczy....-

-To znaczy,że póki co blądzisz pośrodku.Nie wiem dlaczegu tu jestes,ale wiem,że Twoje miejsce jest gdzieindziej.

I widocznie straznicy tez już to wiedzą.

To tylko kwestia czasu,kiedy cie znajdą i tam uprzejmie zaprowadza .

-Tam?-staralam sie trzymac głos w ryzach.

-Tak.Cos na rodzaj piekła.I nie pytaj jak tam jest,nie byłem i nie zamierzam.

JEdno wiem-jesli tam wejdziesz to zadomowisz sie na stałe.

-Dlaczego sie tak zachowujesz?Bawi cie to?Bawi cie to co ma mnie spotkac?-wpadlam w furie

Landon pierwszy raz spojrzał na mnie w oczach z czymś w rodzaju współczucia.

-Sama tego chciałas.To ty dokonalas wyboru i musisz poniesc konsekwencje.

-Zapewne wiesz czemu tu jestem-zaryzykowalam.

Powiedz mi jak spotkac Michela!Poki jeszcze jestem wolna.

-Na to pytanie tylko Ty znasz odpowiedz.Nie pomoge ci.Pamietaj,ze tutaj sama kreujesz to czym jestes i to gdzie sie znajdujesz.

To twoj wlasny swiat.

A teraz wybacz,ale więcej ci nie pomogę.

Musze iść,wole ich unikać.

-Tak czy inaczej powodzenia-Skinal głową.

Usłyszałam znajmomy świst.

-Nie zostawiaj mnie-krzyknelam błagalnym tonem, ale juz go nie bylo.

 

Rozdz 14

 

W panice zaczelam biec przed siebie,ale świst był coraz bliżej.Lodowaty wiatr znów przenikał moja skórę.Orbis leciał tuz obok, ale widziałam,że coraz cięzej jest mu dotrzymywac mi tepa.

Jakieś 40 m przedemna spostrzegłam bramę.Biegłam ile sił skupiając sie na walce z chłodem.

Gdy dobiegłam do celu zauważyłam,że Orbis nie jest już przy mnie.Swist był coraz bliżej.

Odwróciłam się i zobaczyłam nie jedna a cztery postaci zmierzające w moją stronę.W panice zaczelam szukac wzrokiem mojego towarzysza.

Leżał na ziemi przy brzegu jeziora próbując wstać ale wiatr nie dawał mu żadnej szansy pchając w strone upiorów.

Nie myśląc długo ruszyłam w stone Orbisa.Poczułam na skórze gorąco,promieniujące od strażników.

Kiedy dotarłam do Orbisa zaledwie kilka kroków dzieliło nas od upiorów.

Podniosłam go,otuliłam swetrem i przydusiłam do siebie.Wiatr zwalał mnie z nóg.Nagle poczułam jak moje ciało płonie żywym ogniem,byli już bardzo blisko.

Wziełam głeboki oddech,chowając przyjaciela w szczelnych objęciach i skoczyłam we wzburzone jezioro.

Ogromny chłod znów przeszył moje ciało,skupiałam się w całości na mozliwie jak najskuteczniejszym izolowaniu Orbisa od brutalnych ciosów wody.

Woda rzucała mną jak szamacianą lalką wciagając mnie coraz głębiej i głębiej.

Poczułam,że brakuje mi tchu,już dłużej nie byłam w stanie wytrzymać.

Poddałam się czując jak fale lodowatej wody zalewają moje płuca.

Zamknęłam oczy.

Obudziły mnie głosy ludzi dookoła.

Otworzyłam je ponownie i ze zdziwieniem stwierdziłam,że siedzę właśnie w mojej ulubionej w czasach studenckich kawiarni Cornon w Londynie.

Byłam wycieńczona.

-Orbis-krzyknelam puszukując w panice wzrkiem mojego przyjaciela!

Zaraz potem poczułam znajomy uścisk na ramieniu.

Pogłaskałam go szczęsliwa,że udało nam się wyjśc z tego bez szwanku.

-Nawet nie wiesz ile mieliśmy szczęscia-szepnelam i spojrzalam na mojego wiernego towarzysza.

Teraz dopiero zauważyłam,że jego oczy miały rózne kolory.Jedno oko przywodziło na myśl lazur w czystej postaci,drugie zaś miało odcień brązowy.

Ptak znów dostojnie skinął głową,na co i ja odpowiedziałam tym samym.

Zazwyczaj zatłoczona kawiarnia była wyjątkowo pusta.

Wstałam i ostrożnie ruszyłam w stronę wyjścia,w obawie tego co zastane na zewnątrz.

Ku mojemu zdziwieniu znalazłam się w samym centrum Canterbury.

Ulice podobnie jak restauracje były puste.

Rozejrzałam się dookoła i poczułam,że naprawdę nie chce tu być.

Orbis przysiadł na moim ramieniu lustrując bacznie otoczenie.Pustka tego miejsca napawała mnie lękiem.

Zapamiętałam je inaczej.zupełnie inaczej.

PRzytulne czarno białe domki porozrzucane po obu stronach ulicy przywodziły teraz na myśl stare zniszczone budynki nadające się do tylko rozbiórki.

Gęstoliściaste zielone drzewa zastąpiły teraz powykrzywiane złowieszco całkowicie gołe gałęzie.

Jedynie katedra w oddali wyglądała dokładnie tak,jak ją zapamiętałam.

Ruszyłam w jej stronę.

Mimo,że na ulicach nie było nikogo czułam się obserwowana.

W ciszy słychać było tylko odgłos skrzydeł przelatujących kruków.

Ptaki PRzelatywały nad moją głową i siadały na drzewie,żeby po chwili znów przeciąc mi drogę zdecydowanie za nisko niemal zachaczając pazurami o moje włosy i wydając

przy tym przeraźliwy skrzek.

Przyśpieszyłam kroku,ale im bliżej byłam celu tym więcej ptaków przecinało mi drogę.

Ostatni odcinek drogi pokonałam w biegu,ponieważ natarczywość czarnych ptaszysk stawała się nie do znieseinia.

Kiedy wreszcie dostarłam do bramy głównej katedry zauważylam,że jest ona uchylona.

Spojrzałam znacząco na Orbisa,który momentalnie zajął miejsce na moim lewym ramieniu i ostroznie wślizgnełam się do środka.

W katedrze panował półmrok,w powietrzu dało się wyczuć zapach stęchlizny.

Ściany wnętrza katedry nie prezentowały się juz tak majestatycznie jak część zewnętrzna.

Pokryte były zielonkaow białym osadem,podobnie jak ławki i podłoże.

Stawiałam kroki ostrożnie czując lepki osad przyczepiający się do butów.

Nagle usłyszałam delikatny chichot dobiegający z wnętrza ogromnej sali.

Uskoczylam szybko w prawo chowając się za filarem w nadzieji,że byłam na tyle cicho,ze właściciel tego niezbyt przyjaznego śmiechu

nie jest świadom mojej obecności.

-KTo tu jest?-usłyszałam zachrypnięty głos.

Przesunełam się wzdłóż filaru obmyślając drogę ucieczki.

-Odezwij się,proszę-tym razem w zachrypniętym i początkowo budzącym grozę głosie dało się słyszeć prosbę.

Wychyliłam się i moim oczom ukazał się mężyzyzna ok 40stki,ubrany w elegancki czarny garnitur.

Przyglądał mi się bacznie nie odzywając się.

Podeszłam bliżej i zauważyłam,że twarz mężczyzny wypełnił troskliwy uśmiech.

-Moja mała,to naprawdę ty-ruszył w moją stronę.

Odunęłam się na co mężczyzna przystanął wciąż bacznie mnie obserwując.

-Ty mnie nie poznajesz-w jego głosie dało się wyczuć smutek.

Po dłużej chwili rozpoznałam w stojącym naprzeciwko mężczyźnie ojca.

-To ty?-wyszeptałam

-Scarlette chodz tu niech cie uściskam-i po chwili byłam już w jego objęciach.

Ojciec zmarł kiedy miałam 8 lat.

Wiedziałam tylko tyle,ile chciała powiedzieć mi matka.

Popełnił samobójstwo nie mogąc poradzić sobie z uzaleznieniem od narkotyków.

Matka ciężko to zniosła,długo trwało zanim znów zaczęła cieszyć sie życiem.

Nienawidziłam ojca za to,że nas zostawił.

Nie rozumiałam tego,jak mozna byc takim egoistą.

A jednak teraz sama stoje obok niego.

-Wyglądasz dokładnie tak jak cię zapamietałam-powiedziałam po czym uścisnełam go ponownie.

Nienawiśc znikła zupełnie,może dlatego,że w końcu potrafiłam go zrozumieć.

-Przepraszam,że was zostawiłem.Nie potrafiłem inaczej-jego oczy zaszkliły się.

-Wiem tato,wiem-odparłam.

-Scarlett nie mamy wiele czasu-powiedział rozglądając się dookoła.

-Oni tu przyjdą,ale wyjatkowo nie szukaja mnie.Musisz cos zrozumieć-mówił szybko i niezrozumiale.

-Mówisz o strażnikach?Kiedy weszłam myslałes ,że to oni?

-Kochanie mnie dopadli już lata temu.Teraz jesteśmy w moim świecie.

Nie mogę opuścić tego miejsca.Dziwię się,jak ty się tu dostałas-zapytał.

-Zresztą nieważne,słuchaj przyjdą po ciebie.Nie zostawaj nigdzie dłużej niż parę godzin to może uda ci się

uciekać dłużej niż mi.

-Tato nie chcę,żebys tu zostawał!Chodz ze mna-mój głos przybrał błagalny ton.

Usmiechnął się troskliwie.

-Wiem co zrobiłem.To moja kara i godze sie na nią dobrowolnie.

Chcę,żebyś ty zrozumiała,że wcale nie musisz skończycw ten sposób.

To tylko twoja decyzja.

-Ale ja juz jestem martwa-nauczyłam sie mówić to z zadzwijającym spokojem w głosie.

Najwyraźniej już się do tej mysli przyzwyczaiłam.

-Gdyby tak było,nie byłabys tu-odpowiedział.

-Co to znaczy?-zapytałam.

Nagle poczułam ukłucie chłodu i od strony bramy zaczeła przenikać gęsta biała mgła.

-Nie mamy duzo czasu-ojciec chwycił mnie za rękę i zaprowadził na drugi koniec wielkiej sali.

-Przyszłaś tu,żeby zobaczyć Michela.Myslę,że spotkanie z nim jest dla ciebie ostatnią szansą.-rozejrzał się dookoła a na jego twarzy malowalo sie przerażenie.

Odwróciłam się i zrozumiałam dlaczego.Wielkie kłęby lodowatej białej mgły stopniowo przesuwały sie w naszą stronę.

-Ten świat przybiera kształt twoich wspomnień,możesz byc gdzie chcesz i z kim chcesz.

Mgła przesuwała się nasza stronę coraz szybciej.

-To nie jest łatwe ale pomyśl gdzie on chciałby być.

Wyobraź sobie to miejsce i zamknij oczy.

-Ale tato-nie chciałam go zostawiac.

Miałam mu tyle do powiedzenia,tyle pytań oczekających na odpowiedz.

-Rób co mówię!-objał dlońmi moja twarz i pocałował mnie w czolo.

-Mam nadzieję,że Ci się uda.-uścisnął mnie mocno.

Spojrzałam na niego zdezorientowana.

-Zamknij oczy i wyobraź sobie to miejce.

Zamknij!-posłusznie wypełniłam jego rozkaz.

-Gdzie może być Michel,gdzie on jest.-nic nie przychodziło mi do głowy.

-Idz mała-usłyszałam głos taty i poczułam podmuch lodowatego wiatru.Uniosłam się w górę a wiatr rzucał mną bezlitośnie.

Kiedy lekko uchyliłam oczy zdałam sobie sprawę,że znajduję się w samym śrdoku gęstej mgły.

Orbis starał się walczyc z wiatrem ale i on musiał poddać się wreszcie sile zywiołu.

Nagle chłod ustał ,a oslepiająca biel ustapiła miejscu przenikliwej czerni.

Znów leciałam w dół,wymachując dookoła rękoma w poszukiwaniu Orbisa.

 

Rozdz 15

 

Nagle poczułam grunt pod nogami,chwie później biały jastrząb znów siedział na moim ramieniu.

Byłam nigdzie indziej jak na swojej ulicy,znów w Auckland.

Faktycznie w przypływie paniki pomyslałam o domu,ale czy tu właśnie chciałby znaleźc sie Michel.

Ruszyłam biegiem w stone domu.Orbis leciał obok,ciesząc się z możliwości rozprostowania skrzydeł.

Wbiegłam do kuchni.Pusto.

Sypialnia,korytarz,łazienka-nic.

Serce waliło mi jak szalone.

_No tak,salon-pomyslałam zła na siebie,że nie zaczęłam poszukiwań od naszego ulubionego pomieszczenia.

Lekko uchyliłam drzwi.

Nasz brązowy fotel stał do mnie tyłem,widziałam tylko wyciągnięte w strone kominka nogi i słyszałam

dzwiek odpalanego papierosa.

-Michel-zdołałam wyszeptać.

Fotel się nie poruszył.

Podeszłam bliżej,czułam,że serce wyskoczy mi z piersi.

Kiedy odwróciłam fotel,moje oczy oczy ujrzały siedzącą w nim blondynkę.

Turkusowe puste oczy wpatrywały się w ogień w kominku,w ręku trzymała szklaneczkę whisky.

Odunełam sie kilka kroków wpatrując się w swoje posępne oblicze.

-Dziewczyna odwróciła wzrok w moją stronę i usmiechnęła się

złowrogo.

-To właśnie twoja przyszłość.Już nic nie zmienisz.Twój czas sie skończył.Ida tu.-sykneła przez zęby,a złowieszczy smiech zalał cały pokój.

Oszołomiona zrobiłam kilka kroków w tył,odwróciłam sie i zaczęłam biec.

Biegłam wzdłuż ulicy,mijając kilka postaci wpatrujących sie we mnie.

Usłyszałam znajomy mi skrzek i parę czarnych ptaszyk znów przecięło mi drogę,tym razem zachaczając juz szponami o moje włosy wyrywająx ich spore garści.

Orbis starał się odstarszyc napastników,jednak było ich zbyt wielu.

-Orbis,szybko-! krzyknełąm i wbiegłam do pierwszej napotkanej uchylonej bramy.

Ptak wleciał zaraz za mną.Ptaszyska najwidoczniej dały za wygraną.

Siedziałam na schodach dysząc ciężko,na policzkach poczułam kropelki łez.

Zdałam sobie sprawę,że go nie znajdę.

Cała ta podróż przynosi mi tylko ból.Nie miałam juz sił dłużej walczyć.

Orbis zerwał się z miejsca spoglądając w stonę bramy.

I ja to zobaczyłam.

5 czarnych postaci zmierzało w naszą stonę.

Usłyszałam świst a wcześniej oparzone ramię dało o sobie znać z podwójną siłą.

Orbis uniósł się w powietrze i ruszył w górę.

Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się.

Ptak spojrzał na mnie z wyraźnym zaciekawieniem i zawrócił.

Usiadł naprzecwiko.

-Nie mam juz siły uciekać.To i tak nie ma sensu.-wyszeptałam.

Łzy popłynęły mimowolnie po policzkach.

Ptak złapał dziobem rękaw mojej sukienki i starał się ze wszystkich sił mnie podnieść.

Pogłaskałam go czule i ucałowałam.

-Idz sam,znasz drogę.Poradzisz sobie,dziekuję za pomoc.Bez ciebie juz dawno straciłabym siły.-

Dziękuję za wszystko.

 

A teraz uciekaj!-krzyknełam.

Świst był juz bardzo blisko,znów znajome uczucie podmuchu gorąca.

Orbis spojrzał na mnie.Mogłabym przysiąc,że w jego oczach widać było smutek.

Wzbił się do góry i po chwili wylądował na moim ramieniu wtulając małą główkę

w moją szyję.

Pochyliłam głowę w jego stronę i objełam ptaka rękoma.

Podkurczyłam nogi i czekałam.Czekaliśmy na nieuniknione.

Brama otworzyła sie i czarne poczwary juz nas otaczały.

Gorąco było nie do zniesienia,a świst nie pozwalał mysleć.

Otworzyłam na chwilę oczy aby zobaczyć,jak najwyższa z postaci robi krok w przód i wyciąga obślizgłą dłoń o długich i powyginanych palcach dokładnie w moją stronę.

Skuliłam się najmocniej jak to możliwe i przycisnełam do siebie Orbisa.

-Kocham cie-szepnęłam przypominając sobie twarz Michela w dniu kiedy go poznałam.Po chwili ku mojemu zdziwnienu gorąco ustało i znów poczułam

że lecę w dół z ogromną prędkością.

Kiedy otworzyłam oczy po strażnikach nie było śladu.

Siedziałam przy fontannie na Place de la Concorde.Orbis zajął miejsce na drzewie niedaleko.

Zazwyczaj pełen Plac był tylko do mojej dyspozycji.

Odłożyłam notatki,które jakimś cudem znalazły się na moich kolanach i rozejrzałam się.

Leciutki wiatr rozwiewał włosy a błękitne bezchmurne niebo nie przeszkadzało słońcu ogrzewać mojej zmarzniętej skóry.

Rozejrzałam sie dookoła kiedy to mój wzrok napotkał jego.

Stał ok 20 metrów ode mnie,rozglądając się.

Biała koszula,czarne spodnie,buty w koloże cappucino.Wyglądał dokładnie jak

w ten dzień.Dzień kiedy się poznaliśmy.

Serce waliło mi jak szalone.

Wstałam powoli i przetarłam oczy ale nadal tam był.

Ruszyłam w jego stronę.

Najwyraźniej usłyszał moje kroki odwracając się.

stanełam.

Mierzyliśmy sie wzrokiem kiedy wreszcie usmiechnął się i ruszył wzdłóż drogi.

I ja zaczełam biec.

Zatrzymałam się tuż przed Michelem.

Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

-To naprawdę ty?-wyszeptałam.

Objął moją twarz i pocałował mnie czule.

-A kto inny?-jego głos drżał,tak samo jak i mój.

Przytuliłam go mocno a on podniosł mnie do góry wypowiadając co chwile moje imię.

-Jak mnie tu znalazłaś?Skąd wiedziałaś,że tu będę na ciebie czekał?-zapytał

-Czekałeś na mnie?Przecież nie mogłeś wiedzieć...Jak?-nie kryłam zdziwnienia.

Usmiechnął,i pocałował mnie troskliwie w czoło.

-Wiedziałem o twojej śmierci.Obserwuje cie przez cały czas.-jego głos nie brzmiał juz tak spokojnie.

-Jak w ogóle mogłas to zrobić,co ci przyszło do głowy???-ciągnął.

-Przeciez gdybym tego nie zrobiła,nie stałabym teraz tutaj-odpowiedziałam.

Westchnął i złapał mnie za rekę -chodz ze mną.

Szłam wtulona w Michela,naprawdę szczęśliwa.Dokładnie tak jak kiedyś.

-Usiądzmy-zaproponował.

Wyraz jego twarzy był nieodgadniony.

-Coś się stało?-zapytałam.-Nie cieszysz się,że tu jestem?

Przyciagnął mnie mocno do siebie i pocałował.-Oczywiście,że tak!Czekam tu na ciebie odkąd dowiedziałem się co zrobiłaś.

Nie wypuszczałam go z objęcia.

-A to kto?-zapytał Michel patrząc na wpatrującego sie w nas białego jastrzębia.

Przywołałam ptaka skiniem reki,i zaraz znów siedział na moim ramieniu.

-To Orbis,mój przyjaciel.Spotkałam go na samym początku,bardzo mi pomógł.

Michel wyciagnął rękę w stornę ptaka i pogłaskał go.ORbis pozwolił się dotknąć jednak cały czas bacznie przyglądał sie Miechelowi.

-Zapewne dowiedziałaś się już,że ten świat kreujemy sami.-zapytał nagle.

-Tak.Landon zdążył mi juz to i owo wyjasnić.

-Więc widzę,że też go spotkałaś-Michel usmiechnął się.

Spojrzałam na niego ze zdziwieniem -A więc to on tłumaczy nowym zasady?Niezbyt przyjazny z niego człowiek-Michel roześmiał się

-No tak,do najsympatyczniejszych nie należy,ale biorąc pod uwagę specyfikę jego pracy-roześmiałam się na co jastrząb opuścił moje ramię aby znów zasiąść w bezpiecznej odległości i

obserwować nas.

-Landon mówił prawdę.Każdy z nas tworzy ten świat,może przyjmowac dowolna postać i równiez tak postrzegać innych.-ciagnął Michel.

-chcesz mi powiedzieć,że ty wcale nie musisz byc sobą-patrzyłam na niego spode łba.

-Co do tego możesz mieć pewność-zaśmiał się całując czule.

I znów ten zawrót głowy.

Ale spójrz teraz tam-Michel wskazał miejsce gdzie jeszcze przed chwila siedział Orbis.

-Orbis-wstałam w panice wypatrując przyjaciela.

Nagle miejsce Orbisa zajął ciemnowłosy labrador.

stał pod drzewem i merdał ogonem patrząc na mnie.

-Margot?-wyszeptałam.

-Pies podbiegł do mnie machając ogonem.

Rzuciłam się na kolana i przyciagnełam do siebie MArgot tuląc ją mocno.

_Piesku,tak bardzo tęskniłam.-nie potrafiłam powstrzymac łez.

Pies merdał szczęśliwie ogonem i poddawał sie moim pieszczotom.

-Wygląda tak jak ją zapamietałam-wyszeptałam do Michela.

Dwukolorowe oczy wpatrywały się we mnie z radością,czarno beżowa sierść była miękka i błyszcząca.

Wróciłam na ławkę a Margot przysiadła obok mnie.

Scarlett-Michel chwycił mnie za rękę i spojrzał na mnie.

Nie podobał mi się ten wzrok.

-Musisz wrócić.To nie jest twoje miejsce.-jego głos brzmiał spojonie.

-Co ty mówisz?Właśnie cie odnazałam,szłam do ciebie przez taki kawał drogi,a ty mi mowisz,że nie mogę tu zostać?

Ze mam tak po prostu odejść?-popatarzałam roztrzęsiona

Ja nie zyję,więc jak bys nie zauważył i tak nie mam dokąd pójść.

No chyba,że pozwolić złapać się straznikom.Juz raz spróbowałam,ale jakimś cudem przeniosłam się tutaj-nie potrafiłam złapać tchu.

-Scarlett-Michel pogłaskał mnie po policzku wyraźnie pragnąc powiedzieć mi coś ważnego.

Podniosłam wzrok i spojrzałam mu w oczy.

-Ty żyjesz.-powiedział.

-Co ty mowisz-wyjakałam.

-Jestes w śpiączce.Możesz wrócic w każdej chwili-jego głos był taki opanowany.-Musisz tylko tego chciec.I to jest własnie moje zadanie.-

Patrzyłam na Michela mysląc,że ta cała historia to jednak jakiś chory sen i zaraz obudze się we własnym łózku.

To wszystko stawało sie zbyt absurdalne.

Margot połozyła głowe na moich kolanach domagając się pieszczot.

Spełniłam jej życzenie i zwróciłam sie w strone Michela.

-Czyli moge wrócić?-zapytałam

-Tak-Michel złapał mnie za rękę mocno ściskając.

-Możesz wrócić i przezyć swoje życie tak jak na to zasługujesz.

Skierowałam wzrok w dół -Ale mogę też zostać.Tutaj z Toba.

_Scarlette-wyszeptał a ja usniosłam wzrok.

-Możesz tu zostać.Ale pomyśl.Masz całe życie przed sobą.

-Zycie,które chciałam spędzić z Tobą!-krzyknełam

-Tak-przyblizył się do mnie-możesz przezyć je za nas dwoje.

Mi zabrano te szansę,ty nie możesz jej zamrnować.

Wrócisz tam i będziesz szczęśliwa.

Tam znów kogos poznasz,zakochasz się.

Popołudniami znów będziesz sączyć capuccino siedząc w miękkim wygodnym fotelu przed kominkiem w poszukiwaniu inspiracji na kolejną książkę.Dokładnie jak dawniej.

Poczułam niekontrolowany smutek,na myśl,że muszę się z tym wszystkim pożegnać.Michel doskonale wyczuł mój nastroj.

-Nie musisz z tego rezygnować-dodal.

Będziesz szczęścliwa!Tego dla ciebie pragnę.

-Ale my...nie chce cie zostawiac,nie mogę-wpatrywałam się w Michela.

-Ja będe tu na ciebie czekał.Obydwoje będziemy-spojrzał na MArgott,która zamachała ogonem i szturchnęła moją reke w oczekiwaniu na

dalsze piesczoty.

Mysli kłębiły się w głowie jak oszalałe.Jednak wiedziałam,że Michel ma racje.Moja decyzja to konsekwencje również dla innych ludzi.Dla mamy.Nie mogę jej tego zrobić.

Już dość przeżyła,ta wizja nie może się spełnić.

-Dobrze.-odpowiedziałam pełna zwątpienia.-Wrócę tam.Ale wrócę z obietnicą.Będziesz tu na mnie czekać.Obydowje będziecie.

Kolejnym razem kiedy tu trafie,musze mieć pewnosć,że was odnajdę.

Uśmiechnął się-kolejnym razem będziemy na ciebie czekać przy brzegu turkusowego jeziora.

-Obiecujesz?-zapytałam.

-Obiecuję-odpowiedział i przyciagnął mnie do siebie.

-Juz czas-uśmiechnął się.

Spojrzałam na MArgot.

-Dziękuję maleńka za wszystko.Czekaj na mnie,to nie potrwa długo.

Pochyliłam się i uścisnełam Margot całując ją na pożegnanie.

Pomachała wesoło ogonem i spojrzała na mnie.Jej oczy były pełne radości.

Odwróciłam się do Michela.

Wyjął z kieszeni złoty medalik z wygrawerowanym małymi kryształkami napisanem:

E solo dopo aver perso tutto che siamo liberi di fare qualsiasi cosa.(tłumacz.Dopiero gdy stracimy wszystko, stajemy się zdolni do wszystkiego).

-Daje ci go z obietnicą.Z obietnicą,że wrócisz do mnie.Przeżyjesz wspaniałe długie życie i nim sie obejrzysz znów sie spotkamy.-włożył medalik do kieszeni mojego czarnego swetra.

-Tak będzie-odpowiedziałam a łzy ustąpiły miejsca usmiechowi.

Przytulił mnie raz jeszcze i czule pocałował.

Odsunął się krok w tył puszczając moją rękę.

Margot dotrzymywała mu kroku.

-Teraz zamnij oczy Scarlett.-

Zrobiłam to po chwili czując lekki zawrót głowy.

-Do zobaczenia niebawem.Kocham cie-jego głos brzmiał kojąco.

Przestałam sie bać.

-Do zobaczenia-odpowiedziałam i znów poczułam,że spadam w dół.

Tym razem otworzyłam oczy i zauwazyłam,że na końcu drogi widać wzburzoną turkusową wodę.Wziełam głęboki wdech czekając na ukłucie przeraźliwego zimna kiedy nagle znów zawładneła mną ciemność.

 

Rozdz 16

 

Kiedy znów otworzyłam oczy,widziałam kilka postaci jak przez mgłę.

Mrugnęłam kilka razy i obraz wyostrzył się.

-Mamy ją-krzyknął mężczyzna,przyglądając mi się uważnie.

-Pamiętasz jak masz na imię?-zapytał.

Co za głupie pytanie.Oczywiście,że pamiętałam.Więcej niż zdołał sobie wyobrazić.

-Scarlette-odpowiedziałam.

Chwile później dwie pielęgniarki zajeły się podstawowymi badaniami mającymi ocenić wyszkodzone przez niedotlenienie szkody.

-Doktorze,wyniki w normie.NAwet lepiej-zdziwiona pielęgniarka podsuwała wyniki lekarzowi,który zerkał to raz na mnie to na zapisaną kartkę.

-No Scarlette,nie wiesz ile miałaś szczęścia-odrzekł ze zdumieniem w głosie.

_Jak długo tu leżałam?-zapytałam,sądząc że usłyszę cos w rodzaju 2 tygodnie.

-3 miesiące.Było z tobą kiepsko,nawet bardzo kiepsko.Ostatnie 30 min byłaś reanimowana.-zbladłam.

-Aż tu nagle otwierasz oczy i jakby nigdy nic rozmwiasz z nami.-lekarz wciąz nie spuszczał ze mnie wzroku.

-Jest tu moja mama?

-Oczywiście,czeka na korytarzu.Wprowadzic ją?

Skinęłam głową na co lekarz opuścił salę.

Wyciagnełam się jednocześnie czując okropną pustkę z żołądku.

No tak,od 3 miesięcy to kroplówka utrzymywała mnie przy życiu.

Przymknęłam oczy i usmiechnęłam się.

Naprawdę byłam szczęliwa,że żyję.

 

Po 2 tygodniach obserwacji mogłam wreszcie opuścic przygnębiające mury szpitala.

Czarna sukienka i baleriny czekały juz w szafce.

Z satysfakcją zrzuciłam szpitalną koszulę i ubrałam ulubiony zestaw.

Przyglądałam się w lustrze swojemu odbiciu i muszę przyznać,że byłam pod wrażeniem.

Mój organizm przez 2 tygodnie zdążył zregenerowac się niemal do początkowego stanu.

Po worach pod oczami i sinej cerze nie było już śladu.I włosy znów nabrały blasku.

-Taksówka juz jest-mama weszła do sali zabierając kilka siatek ze sobą.

I ja ruszyłam w stronę wyjścia.

-Mamo idz do samochodu,zapomniałam swetra,zaraz dojdę-powiedziałam i w pospiechu ruszyłam w strone sali.

Moj ulubiony czarny sweterek czekał przewieszony na krześle.

Chycilam go i przezuciłam przez ramię odwracając się w stronę wyjścia,kiedy nagle usłyszałam lekki brzdęk upadającego przedmiotu.

Odwróciłam się i zauważyłam leżący na ziemi wiosrek.Wiosiorek z medalikiem.

Podniosłam medalik i przeczytałam wygrawerowany napis.

-Obiecuję-szepnełam z uśmiechem i włozyłam medalik na szyję.

Ruszyłam w stronę wyjścia.

 

 

Rozdz 17

 

I znów jesień.

Pierwszy raz od 40 lat spędzałam ją w Auckland.

Zapomniałam już jak chłodne i mgliste mogą być poranki.

Zegar pokazywał już godzinę 8.Wyślizgnęłam się z ciepłego łóżka i powoli powędrowałam w stronę kuchni.

Zaparzyłam kubek cynamonowo migdałowego capuccino<mimo upływu lat smak w ogóle się nie zmienił> i sącząc napój ruszyłam do sypialni.

Malinowa sukienka czekała juz na krześle.

Upiełam mocno przerzedzone już loki w eleganckiego koka,włożyłam sukienkę i beżowy płaszczyk.

W pośmiechu opuściłam mieszkanie,ponieważ zamówiona 10 min temu taksówka wyjątkowo pojawiła się na czas.

W trakcie podrózy obserwowałam łapczywie krajobraz miasta,które w moich oczach zmieniło się niewiele.

Poczułam lekki smutek mijając kamienicę,w której przez ostatnich 38lat mieszkałam wraz z mężem Jacem.

Dalej kościół w którym Vicky wyszła za mąż. To właśnie wtedy ja i Jace się poznaliśmy.Zdecydowanie nie doceniłam wówczas potencjału Vicy jako swatki .

Delikatny uśmiech zagościł na mojej twarzy kiedy minęliśmy BOOKS NEW AGE.

To w tej bibliotece spędzałam lata temu większość czasu pisząc swój pierwszy besseler.

Wena przyszła krótko po wyjściu ze szpitala...

-To tutaj-kierowca wyrwał mnie wreszcie z zamyśleń.

20 min pózniej stałam już na polanie pokrytej liśćmi najróżniejszych kolorów.Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam w stronę jeziora.

Niebo było błękitne,mimo chłodu promienie słońca usilnie starały się ogrzać zmarzniętą skórę.

-To tutaj.Trafiłam.-po tylu latach znalezienie drogi nie było wcale takie proste.

Po łubinach co prawda nie było śladu, natomiast w ich miejscu leżały liście o najrózniejszych barwach.

Czerwień pomarańcz żółć brąz zieleń.Do znanej mi przed laty tęczy brakowało tylko fioletu.

Siegnełam ręką do kieszeni i wyciągnęłam zawieszony na łańcuszku medalik.Spojrzałam na niego dostrzegając mieniące się kryształki napisu odbijającego promienie...

Zmęczona dośc długą drogą usiadłam na brzegu jeziora.Powietrze było czyste i orzeźwiające.

Tafla turkusowego jeziora była niewzruszona.

Wyciągnęłam wygodnie ciało wzdłóż liści patrząc w niebo.

Biały jastrząb przeleciał niżej niż zazwyczaj.

Z kieszeni płaszcza wyjęłam pożółkłe juz zdjęcie czarnowłosego mężczyzny.

Spojrzałam na nie po raz ostatni i schowałam z powrotem do kieszeni w której spoczywał już medalik.

Przymknełam oczy wsłuchując się w szum wiatru.

Chwile póżniej odgłosy ustapiły miejscu ciszy.

Znajome uczucie opadania nie przeraziło mnie.Uśmiechnęłam się.

 

 

 

 

Rozdz 18

 

 

Kiedy znów poczułam grunt, uchyliłam oczy.Promienie słońca oślepiały mnie cudownie grzejąc skórę.

Z impetem ruszyłam wzdłuż kolorowej ścieżki w stronę turkusowego jeziora.Ziemię pokrywały teraz nie liście,a kwiaty najrózniejszych kolorów.

Wiatr rozwiewał znów bujne blond włosy gładząc pozbawioną zmarszczek skórę.

Po chwili stałam już wpatrując się w piaszczysty brzeg jeziora.

Mój wzrok łapczywie lustrował linię brzegu.

Zatrzymał się dokładnie na środku.

Michel i Margot widocznie pochłonięci zabawą wciąż nie zdawali sobie sprawy z mojej obecnośći.

Wyjęłam z kieszeni swetra lśniący złoty medalik z wygrawerowanym napisem i włożyłam na szyję.

Spojrzałam raz jeszcze w stronę jeziora.

Margot spojrzała na mnie i szczeknęła na co Michel wyprostował się i smiejąc w głos ruszył w moją stronę.

MArgot wyprzedzała go radosnie machając ogonem.

Biegłam w ich stronę czując, że już nigdy mogłabym nie opuszczać tego miejsca.

I tym razem tak właśnie miało być.

 

THE END

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • KarolaKorman 13.06.2017
    Przeczytałam tylko pierwszą część. Czy wrócę po kolejną? Nie obiecuję, bo nie wiem, czy znajdę czas. Chciałabym jednak zostawić Ci kilka rad, bo ładnie piszesz i szkoda, by Twoja praca poszła na marne. Po pierwsze nie wstawiaj takich długich tekstów. Wiem z doświadczenia, że takie tasiemce rzadko są czytane i tym samym odbierzesz sobie szansę na czytelników. Możesz skorzystać z Edycji (na Twoim profilu obok opowiadania) i tekst wstawiać w częściach. Wówczas czytający będzie komentował poszczególne części, a Ty będziesz miała szansę nawiązać z nim kontakt i zachęcisz go do kontynuacji. Takie długie teksty wstawiamy tutaj tylko w wyjątkowych przypadkach. Np. Bitwa literacka, bo tekst musi być w całości. Po przecinku dawaj spację, by wyrazy się nie zlewały. Powinnaś też w jakiś widoczny sposób oddzielić wspomnienia od teraźniejszości, by czytający się nie pogubił. Bardzo lubię pierwszoosobową narrację i Tobie to dobrze wychodzi. Są ciekawe opisy i wtrącenia myśli Scarlett. Tekst mi się spodobał, stąd te kilka słów. Aaaa! Jeszcze jedno. Nie zakładaj niepotrzebnych wątków na Forum, by nie być żywcem zjedzona :) Pozdrawiam :)
  • nila92 13.06.2017
    Dziękuję :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania