Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

DRASTYKA SERII WYPADKÓW. (całe opowiadanie gore)

DRASTYKA SERII WYPADKÓW.

(całe opowiadanie gore)

 

III. EPILOG: (całego leśnego opowiadania o przerażaczu, pt. " Ukryty wśród ruchu ")

 

Najczęstszą reakcją na bestialstwo bezpodstawnego okrucieństwa, jest równie bestialski przejaw agresji, będący podświadomym działaniem obronnym. Zwykle, jest on okazywany natychmiastowo. Niekonieczenie jednak, jeżeli ma być bardziej dotkliwym, musi być dokonanym... w zupełnie oczywisty sposób...

 

Spowity odrętwieniem, ściskającym jego ciało kamiennym uściskiem chemicznego trawienia mięśni, zaczął zmieniać pozycję, co mogłoby zostać zauważonym nie inaczej, jak mozolnie samoprzycinający się krzak, stanowiąc nieodłączną aparycje spowijającej go zewsząd, drapliwej gałązkowości. Mając ochotę najzwyczajniej: zebrać niczym w syntetycznych workach, stanowiących tropiki namiotów, ich plugawą zawartość, wlokąc po jak najostrzejszych, wapiennych wertepach na klif, celem zwrócenia im niezależnej wolności, pośród ciemnogranatowej, złowieszczo milczącej toni, podejmował właśnie zastanowienie, jak tego dokonać... skoro nawet chcąc się wyszczać u jego stóp, odzianych w ciężkie, solidne buciory, nie byli w stanie zdać sobie sprawy z jego obecności, zupełnie, jakby hurtowe chlanie najtańszych, byle mocnych, dyskontowych piw, stanowiło dla nich przejaw uzyskania statusu nie podlegania przeznaczeniu. Właściwie, skoro było ono planowane, wystarczyło je stronniczo ukierunkować... dlatego, jakby przecząc logice postrzegania, ściana zieleni, zaczęła nieco sprawiać wrażenie, jakby niknącej z biegiem czasu, w samej leśnej głębi dokoła...

 

Żmije. Pieprzone gady, będące tak zasadniczo spokojne, iż dane im jest zabijać w absolutnym milczeniu. Niestety, nie są czarnymi kobrami, dlatego średni zastrzyk lepkiej mazi, pompowany ich szponiastymi kłami, na im większy organizm, tym zdecydowanie wolniej, okazując proporcjonalną pobłażliwość, wpływa. Jakby złośliwie: oprócz trawiastych zarośli, gdzie ich obecność, bez względu na cokolwiek, jest dostrzegana odczuciem bolesnego ugryzienia, poza nimi: bytują w średnio mokrych, dających schronienie miejscach, czekając, spiralnie czujne, na przechodzący pod ich włościami posiłek. Znalazł właśnie takową, niecierpliwie posykującą momentami, skrytą w jamie przy korzeniach uschniętego drzewa. One nie słyszą, zapewniam. Są jednak w stanie odczuć upadek ludzkiego włosa, nawet kilka metrów od swojego ciała i to poza zasięgiem wzroku. Doskonale o tym wiedział, zawieszając na kilkumetrowej tyce, wyciętej z krzaka leszczyny, ociekającą krwią, króliczą łapkę. Cóż... może to wydać się irracjonalne, jednak: zawieszając ją na tyczce, poprzez kawałek lnianego sznuru, pod jej rozgałęzionym zwieńczeniem, można klepaniem łapką przed jamą żmiji, zachęcić ją do uchwycenia jej w pysk stanowczym susem, niespodziewanie zjawiającym ją z ukrycia, aby docisnąć do podłoża jej pysk owym rozwidleniem, co pozwala na jej uchwycenie pod warunkiem, że płynnie skraca się dystans, przesuwaniem rąk po samym narzędziu polowania... Owszem: zajebiście proste... jednak wydaje się o wiele bardziej skomplikowanym, gdy wijące się, łuskowane cielsko spasionego, metrowej długości, szaropumeksowej barwy, gada: musi zostać stanowczo uchwycone poniżej łba, gdzie siła skrętów jego ciała, może uraczyć dwoma zdobnymi kroplą krwi punktami, z których jad... zaczyna swój śmiercionośny pochód. Nie obecnie, co z ulgą nie zapeszawszy, skierował do pogrążonego w chmielnym upojeniu, obozowiska.

 

Jak się utarło: " listonosz zawsze puka dwa razy ", okazało się to życiem tutejszych koczowanin, gdzie każdy z nigdy pojedynczych namiotów, zawsze skierowany był wejściem, w stronę płonącego w samopas ogniska. Jak wiadomo: wszystko, co przechodzi między nim, a wejściem namiotu, jest objawiane ruchliwym cieniem, projektoryzowanym na tropiku od wewnątrz. Głupcy... nawet z posykującym wkurwiewczo, metrowym, jadowitym gadem w dłoni, zaledwie jedną ręką, wystarcza pozyskaną wobec posiadania tegoż posykiwacza, tyką: rozsunąć kamienie okalające płomień, a od powstałej szczeliny, zarysować w ziemi kilkucentymetrowej głębokości, cienkie korytko... następnie: nie puszczając gadziej mordy, należało jedynie znaleźć jak najłagodniejszy spad, kontaktu lustra wody z brzegiem, skąd czerpiąc ją jedną z licznie pizgniętych gdzie popadnie wokół, opróżnionych butelek piwa, zalewać porównywalnie sykliwą cieczą owo korytko, pozwalając, aby spokojnie, topiła żar paleniska, tłumiąc blask, niczym ściśnięcie naftowego knotu. Obecnie, pośród leniwie unoszących się smużek wodnej pary, cokolwiek już nie pozwalało stanąć przed oczami pijanej głupotą świadomości. Hmm... " zabezpieczenie wejścia ze szmatki... suwakiem błyskawicznym ", przed naturalną dociekliwością... bardzo ciekawe, na co zwrócił uwagę, ująwszy go w palce, poprzez rękaw kurtki. Nawet sekwencyjny stuk kolejnych par zwalnianych ząbków, taktowany co kilkanaście sekund, nie był w stanie otworzyć ich oczu... Był pewien, że gdy tylko zwolni uścisk, gadzi łeb z sykiem, zagłębi zęby jadowe w czymkolwiek, co tylko odczuje, jako żywe, a nauczony ukierunkowania jego dotyku, najpierw... w ułamku sekundy skieruje ukłucie jadu dokładnie w tą stronę, a po nim każde kolejne, aż odczuwając gasnący w konwulsjach ruch... zamilknie on zupełnie. Z tego powodu, nie przesadzał z miotaniem gadziną, niczym kręgielną kulą, zwalniając suwak na tyle, aby zmieścił się w nim gadzi łeb, a tkanina, uniemożliwiała mu odwrócenie się, dlatego: ujął wijące się żmijsko wpół, także drugą dłonią, umieściwszy łeb gada w szczelinie, puścił go, jednocześnie wpychając znaczną część cielska do wewnątrz, ujmijmy:.. zamkniętego, ze śpiącymi w jego wnętrzu, schlanymi szczylami. Nie czekał na efekt, stawiając bezszelestne kroki, niczym prowadzony wskazaniami ciemności. Za jego plecami, przeraźliwymi przeciągłością boleści okrzykami... nadeszły przecież uznane za pewne...

 

Zwinął się w kłębek, zaledwie kilka metrów od nich, spoglądając wzrokiem niewzruszenie utkwionym, w budzącym się wiązanką seplenionych bluzgów, rozświetleniu latarką wnętrza tropiku obok. Zanim chwiejnie się zataczając, opuściło go dwóch wyrostków, z pod tropiku obok jaśniejącego, dochodziło już tylko urywane konwultycznie, chrapliwe rzężenie. Zapewne: mieszkańcy już zaczęli sinieć, gdy jad powoli pochłaniał bicie ich serc. Możliwe, że z ust ciekła im piana, a z nozdrzy, płynął obfity krwotok, powodowany zbyt mocnym pompowaniem krwi, przed wyzbywające się zaniku skurczy, serca... zapewne: czuli się już obecnie, jak duszeni... niewiadomego pochodzenia czeluścią, zgniatającą uściskiem ich klatki piersiowe... zresztą: kogo to obchodzi, mając takie znaczenie, jak dla nich samych: " niby nie zasłużona śmierć:.. ale!: jakoś tak wyszło... ". Hmm... właściwie: pozostałe przy życiu postacie, sprawiały wrażenie zwrócenia im go łaską Zaświatów i chyba tylko z powodu poskąpienia, jeden z nich runął zatoczywszy się, zaczynając o dziwo: pochrapywać, jakby dla zwieńczenia kontaktu z podłożem. Ehh... jego pobratymiec, okazał miłosierdzie, nie wpadając na pomysł psikusa, aby się na niego odlać tytułem rześkiej pobudki, kulturalnie kierując się... może inaczej: potykając się sekwencją przypadkowych paraboli kolejnych kroków, jakkolwiek zachowując pozory kontroli nad normalnością, skierowany nawet jemu samemu nieznaną siłą, w strone tak starego drzewa, iż nawet latem, jego sterczące wszędostronnie konary, posiadały liście, jedynie jakby zwieńczające jego wysokość. Chciał tylko się nie zeszczać, dlatego nie pomyślał, aby obejrzeć się za plecy, gdzie krzaczasta niskopienność, zaczęła wznosić się ku wzrostowi ludzkiemu, niczym przyspieszona przyrostem od młodej sadzonki, na zbyt prędce projektowanej taśmie filmowej...

 

Jakby krzepnąc poruszaniem się w upływie kolejnych sekund, pochylił się ku przerywanie rzucanej bezwiedem własnych poczynań, niknącej w mrocznym tle lasu, postaci. Podświadomie, bez przykładania do tego uwagi, zwyorywał kamienistą ziemię, pod grubą, gumową podeszwą. Około piętnaście metrów szarży... napewno nie więcej, jeszcze... kilka pijackich zatoczeń, skurwielu... a już po kolejnym, ruszył pędem, pchając masą dźwignię własnego ciężaru, trafiającą na bezwładniony zarówno działaniem alkoholu, jak i zaskoczeniem, opór. Przeciwstawił mu się zaledwie strachliwym kwiknięciem więznącego nim w płucach oddechu, gdy sunął wierzgając nogami, niegodnymi postanięcia w leśnych włościach, ponad ich trawiastym dywanem. Był ciężki, na zapewnienie odpowiedniego impetu rozstania, dzierżąc go w ramionach podczas szarży, Leśnodusz, zaczął dyszeć w podobie kilkudekadowej przeszłości życia zwyczajnego, szarzejącego nią łosia. Do czasu, gdy odczuwając początek trzaskliwego łamanymi gałęziami umiejscowienia poroża, będącego jego własnymi ramionami, cisnął zalegającą w nich wierzgliwość, wyczuwając dystans na odbicie się jej bezwładnym uderzeniem, powodującym istną kakafonię przeschle łamliwych trzasków, zwieńczoną ostatecznie przerażająco głucho przeciągłym jękiem powietrza, uchodzącego paniką potęgującego przez ruchy żeber, z przebitych na wylot, ostro zwieńczonymi ku temu, konarami. Jak słyszał, zastygając na tle drzewa: dusząc się własną krwią, czekała je bolesna, jednak... już niezbyt długa agonia...

 

Ostatni zwierzaczek, był wyjątkowy. Zaraz Ci o tym opowiem, jednak... no zobacz tylko:.. zrzygał się śródsennie, leżąc na boczku. Miło grzany kałużą własnych wymiocin, krzepnącą wokół jego mordki, był... tak przesłodko bezbronny, iż... kojarzy się z dostojnym misiem, prawda?.. Takim zwyczajnym brunateńcem, posapującym rytmicznie przez kilka miesięcy bez przerwy, pogrążony w swym niedźwiedzim śnie, pozwalając o sobie zapomnieć nawet myśliwym, a przynajmniej do czasu, gdy postanawiają go obudzić, zaledwie salwą wiadra mosiężnych pocisków tak dużego kalibru, iż po kilku sekundach, już przeszywają jego cielsko na wylot. Hmm... no, jak widzisz: musimy skąpać śpimisia, o. Śpi mocno, jak stary niedźwiedź, zatem... pozwól, że pokażę Ci ową... niedźwiedzią przysługę.

 

Ostry smród wymiocin, zdawał się gwałcić krzaczaste powonienie, swym oślizgłym kutasem, bez pozwolenia wbijając się w nozdrza, impetem tegoż bezeceństwa, odczuwany aż w zatokach. Nie mniej jednak, ujęty za kostki, smrodliwy chrapliwiec, po zaledwie kilku postojach, co kilka metrów powodowanych pijackim, przezsennym sapem, zaczął stawać się potulnością, wyzbywającą się tego brzemienia. I nawet jego zachlana mordka, podskakując z głuchym klaskiem trafiania na wertepy ścieżki wiodącej na klif, nie zechciała go zbudzić... Ehh... rwane szuranie jego pleców po gałęzistej ściółce, jak i uprzednie, pogardliwe przewalenie bezwładu z klatki piersiowej, przyniosły identyczny skutek... Bo weź zobacz:.. jak leży zwierzynka na wapiennym występie, zaledwie krok od stanięcia w obliczu grawitacji... Cóż... to on jest misiem, dlatego: nie mam zamiaru wyławiać go trąceniem masywną łapą. Jednak... zachowajmy logikę. Uderzając o taflę wody na wznak, zginie odrazu, z tego powodu... zasługuje jednak na miłosierdzie, nie uważasz?..

 

Krzaczasta postać, jednym susem dopadła do schlanego w byt nieboszczyka szczyla, dźwigając go z ziemi, niewyobrażalnie silnym ciśnięciem w czeluść za klifem, co niechybnie przywodzi na myśl bodliwość rozległego, jeleniego poroża, jakby był nie czymkolwiek innym, jak prozaicznie lekkim, wędkarskim spławikiem. Ba! Nawet spadał pionowo, nogami w dół, zupełnym naśladownictwem.

 

Pluskliwe jebnięcie, po kilkunastu sekundach, przeszło w spanikowany, chlupoczący jazgot. Wiem... ja także usiłuję w to uwierzyć, jednak... nie miał się jebany, kiedy obudzić... aaa... przesuń się o krok w prawo...

 

Doskonale rozpoznawał ten kształt, ogarniając go dotykiem dłoniastego poroża. Tylko po to, aby wyrwać z ziemi, kilkunastokilogramowy kamień. Zdając się z nim sunąć, kryty za kolejnymi pniami drzew, przetaszczył go w pamiętne miejsce. Dokładnie, doskonale pamiętasz, ponieważ kilka sekund po opuszczeniu jego rąk, spowodował gromki szumliwie, spiralny wrzask czarniejących nocą, ciemnogranatowych swym bezsłownym mrokiem, głębin...

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania